NeoNail: kolekcja Boho - stylizacja + przegląd kolorów

czwartek, listopada 16, 2017 18

NeoNail: kolekcja Boho - stylizacja + przegląd kolorów

Czy są tutaj fanki lakierów hybrydowych? :) Jeśli tak jak ja kochacie ten rodzaj manicure, ten post jest dla Was. Przedstawię Wam dziś (piękną!) kolekcję Boho marki NeoNail oraz zaprezentuję stylizację przy jej użyciu. Nie zabraknie też cudownie mieniących się lakierów z linii Star Glow. Wszystkie hybrydomaniaczki zapraszam do lektury! 



Dlaczego uwielbiam manicure hybrydowy?

Nigdy nie byłam fanką malowania paznokci tradycyjnymi lakierami. Z natury mam krótką i małą płytkę, więc często zalewałam sobie skórki, a paznokcie nigdy nie były tak długie jakbym chciała. Gdy troszkę podrosły, to od razu się łamały, były bowiem miękkie i wyginały się we wszystkie strony. Hybrydy pozwoliły mi je zapuścić i sprawiły, że teraz manicure jest dla mnie czystą przyjemnością. Mam gwarancję precyzji - do momentu, gdy nie włożymy dłoni do lampy możemy nanosić tyle poprawek ile chcemy oraz trwałości. Na zwykłym lakierze nie dość, że momentalnie były widoczne "pościelowe" wzorki, to jeszcze odpryskiwał maksymalnie po dwóch, trzech dniach. Lakiery hybrydowe zmieniam dopiero wtedy, gdy wymaga tego spory odrost, czyli po około trzech tygodniach. Co więcej, hybrydy NeoNail mają bardzo przyjemną konsystencję i umożliwiają mi zarówno dokładne pokrycie płytki jedną cienką warstwą (nie są zbyt gęste), jak i  zachowanie czystości skórek (nie są za rzadkie, więc nie rozlewają się na nie, dzięki czemu manicure wygląda estetycznie i przede wszystkim nie traci na swej trwałości). 



NeoNail - kolekcja Boho

Kolekcja lakierów hybrydowych Boho, to siedem wyszukanych odcieni umożliwiających tworzenie oryginalnych stylizacji na każdą okazję. Kolory wyglądają przepięknie zarówno solo, jak i połączone ze sobą. W skład linii wchodzą:

5800-1 Turquoise Wave - zgaszony turkus z nutą zieleni i szarości
5601-1 Lavender Morning - rozbielona lawenda z wyraźnie różowymi tonami,
5602-1 Heather Kiss - rozbielony, zgaszony fiolet
5603-1 Violet Garden - piękny odcień fioletu, mi od razu przywodzi na myśl bez
5604-1 Berry Flavor - głęboki, wyrazisty fiolet
5605-1 Agitated Ocean - połączenie głębokiego turkusu i zieleni
5606-1 Night Sky - nasycony granat

Duży plus za unikatowe odcienie, wygodne pędzelki, które pozwalają precyzyjnie pomalować paznokcie, szczególnie przy skórkach, odpowiednia konsystencja i przede wszystkim niesamowita pigmentacja. Moje paznokcie widoczne w stylizacji na zdjęciach zostały pokryte jedną warstwą koloru. Jedna warstwa dała pełne krycie - zero prześwitów, czy smug. 

Każda buteleczka mieści 6ml lakieru i kosztuje 28,99zł.

W mojej stylizacji znalazło się również miejsce dla pięknego lakieru z linii Star Glow, o której również chcę Wam opowiedzieć. To kolekcja ośmiu lakierów hybrydowych o transparentnej bazie z mnóstwem roziskrzonych drobinek. Uwielbiam tego typu rozwiązania, bo pozwalają ekspresowo urozmaicić manicure! Mamy tutaj: 

5811-1 Eclipse – transparentna baza z drobinkami w odcieniach żółci, pomarańczy i złota
5812-1 Gravity 
–  transparentna baza  z mieszanką drobinek w odcieniach różu, pomarańczy i zieleni
5813-1 Lunar – transparentny lakier hybrydowy wzbogacony cudnym mixem różowo-zielonych drobinek
5814-1 Falling star - transparentna baza z drobinkami w odcieniach fioletu, różu i zieleni
5815-1 Comet – transparentna baza z mieszanką fioletowo-granatowych drobinek
5816-1 Equinox
– transparentny lakier hybrydowy z opalizującymi na zielono i foletowo drobinkami
5817-1 Twinkling – transparentna baza z mieszanką zielonych, granatowych i turkusowych drobinek
5818-1 Asteroid – transparentna baza z iskrzącymi turkusowo-zielonymi drobinkami.

Duży plus za przyjemną konsystencję i odpowiednio gęste nasycenie lakieru drobinkami, za możliwość stopniowania krycia, wielowymiarowe wykończenie oraz różnorodny, zależny od odcienia lakieru bazowego. Kolekcja Star Glow daje nieskończenie wiele możliwości, a jednocześnie jest bardzo łatwa i szybka w aplikacji. 

Każda buteleczka mieści 6ml lakieru i kosztuje 34,00zł.

Stylizacja kolekcją NeoNail Boho krok po kroku

Gdy decyduję się na zdobienia, to zazwyczaj stawiam na nieskomplikowane, ale efektowne rozwiązania. Tak było i tym razem. Stylizacja jest prosta i szybka w wykonaniu. Choć początkowo ciągnęło mnie do fioletów, wybór padł na dwa przepiękne kolory w odcieniach turkusu, czyli Turquoise Wave oraz Agitated Ocean. To one grają tu główne skrzypce! 



Jak wykonać manicure z powyższego zdjęcia? Łapcie ekspresową instrukcję krok po kroku!

1. Przygotowuję paznokcie do manicure, tj. za pomocą Pushera 3C odsuwam skórki i następnie jeśli trzeba wycinam je cążkami do skórek (3mm). O cążkach opowiem Wam jeszcze w dalszej części wpisu, bo są genialne!
2. Ewentualne nierówności w długości, czy kształcie niweluję poprzez opiłowanie paznokci pilnikiem szarym, prostym o gradacji 100/180. Przechodzę do zmatowienia płytki różowym blokiem polerskim
3. Odtłuszczam płytkę Nail Cleanerem z atomizerem (super wygodne rozwiązanie!) i maluję bazą Hard Base
4. Wsadzam dłoń do lampy LED 24W/48W ECO na 30 sekund. 
5. Przechodzę do malowania kolorem - palec środkowy i serdeczny pokrywam lakierem w odcieniu Agitated Ocean, pozostałe Turquoise Wave. Utwardzam w lampie. Następnie serdeczny i środkowy pokrywam błyszczącym lakierem w odcieniu Equinox. Znów wsadzam dłoń do lampy.
6. Przechodzę do zdobienia. Kolorami Violet Garden oraz Heather Kiss za pomocą pędzelka Studio Line - kolinsky 0/0 na palcu serdecznym maluję trójkąty i kropkę, na małym trójkącik i kropkę, a na wskazującym samą kropeczkę. Tutaj ogranicza nas jedynie fantazja! Całość utwardzam w lampie.
7. Sięgam po Art Gel - White 5431 i tym samym pędzelkiem do zdobień dorysowuję nieregularne białe obrysy moich kropek i trójkątów, na palcu serdecznym dorysowuję jeszcze dwa kontury trójkątów z boku i białą kropkę. Całość znów utwardzam w lampie.
8. Czas na Hard Top. Nakładam jego cienką warstwę na wszystkie paznokcie. Znów dłoń wkładam do lampy.
9. Wisienką na torcie tego zdobienia są maleńkie cyrkonie Swarovski SS3 - Crystal AB, które przyklejam na przezroczysty klej do tipsów kolejno: jedną na palcu wskazującym, tuż nad kropeczką, dwie na palcu serdecznym, na końcówkach trójkącików oraz jedną na małym palcu, na trójkącie. 
10. Aplikuję kaktusową oliwkę na skórki i manicure gotowy!

Jak Wam się podoba? :)




O akcesoriach NeoNail słów kilka

Na sam koniec chcę Wam opowiedzieć o kilku akcesoriach NeoNail, które przyspieszają, usprawniają i uprzyjemniają cały manicure hybrydowy!

NeoNail, cążki do skórek 3mm

Bardzo bym chciała nie musieć skórek wycinać, ale niestety są jakie są i samo odsuwanie, czy rozpuszczanie ich żelem nie wystarcza. Zmuszona jestem za każdym razem choć minimalnie je usunąć cążkami. Przetestowałam ich wiele i wszystkie nie były wystarczająco ostre. Niektóre wręcz szarpały skórę robiąc jeszcze większe zadziorki, te od NeoNail są rewelacyjne! Ich ostrza są super ostre, dzięki czemu zapewniają precyzję oraz ekspresowe pozbycie się skórek w bezbolesny sposób. Jeśli szukacie dobrych cążek, koniecznie wypróbujcie właśnie te! Kosztują 39,99zł kupicie je tutaj. 



NeoNail, lampa LED 24W/48W ECO

To profesjonalna ECO lampa do manicure hybrydowego, która została wyposażona w 21 diod LED, co przekłada się na moc efektywną 48W, a rzeczywistą 24. Lampa utwardza zarówno lakiery hybrydowe, jak i żele. Posiada także aż 3 czasy utwardzania. Możesz wybrać 30s/60s oraz 99s.  Co więcej, wyposażona jest również w wyświetlacz alfanumeryczny, który pokazuje jaki czas pracy został wybrany oraz wbudowany sensor ruchu - lampa włącza się sama, gdy wsuwasz do niej dłoń. Lampa zapamiętuje również ustawioną moc i posiada funkcję Low Heat Mode odpowiedzialną za jej stopniowe nagrzewanie się. Diody LED są energooszczędne i rozmieszczone w taki sposób, by zapewnić równomierne utwardzanie. Odchodzi tu również wymiana świetlówek. Niekwestionowaną zaletą lampy jest też jej dość duży, ale wciąż poręczny kształt oraz ładny wygląd. Spokojnie możemy wsunąć całą dłoń, nie martwiąc się, że jakiś paznokieć nie zostanie utwardzony, a wygodny spód na magnes pozwala zachować pełną higienę użytkowania. Wszystko chodzi płynnie, gładko, nic się nie zacina. Jestem na duże tak! Lampa kosztuje 179zł, znajdziecie ją tutaj


NeoNail, Nail Cleaner z atomizerem 100 ml

Cleaner to must have podczas wykonywania manicure hybrydowego. A ten jest super wygodny ze względu na praktyczny atomizer, który przyspiesza pracę i ogranicza ryzyko wylania się produktu. Możecie pomyśleć, że to niby nic, ale naprawdę robi różnicę! W dodatku Cleaner bardzo ładnie pachnie, jest perfumowany, więc z automatu staje się łaskawszy dla naszego nosa. Pojemność 100ml kosztuje 10,99zł i dostępna jest tutaj.




Oliwka do skórek z pipetą 15 ml - kaktus

Mała rzecz a cieszy. Jeśli tak jak ja kochacie lody "Kaktus" i powąchacie tę oliwkę, będziecie wiedzieć o co chodzi! :D Do tego  dochodzi wygodna buteleczka z pipetą, która dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Ja korzystam z niej nie tylko podczas wykonywania manicure, oliwka stoi na biurku i natłuszczam za jej pomocą skórki w ciągu dnia. Kilka dni regularnego stosowania wystarczy, by zauważyć różnicę na plus. Obszar wokół paznokcia robi się bardziej gładki, miękki i wolny od przesuszonych miejsc, czy zadziorków. Oliwki dostępne są w dziesięciu wersjach zapachowych (następna w kolejce będzie chyba truskawka), za jedną buteleczkę przyjdzie nam zapłacić 11,90zł, a wersję kaktusową znajdziecie tutaj.




Na dzis to tyle, jestem ciekawa co sądzicie o kolekcji Boho i Star Glow - które odcienie są Waszymi faworytami? Wszystkie wyżej zaprezentowane lakiery oraz mnóstwo inspiracji znajdziecie na stronie NeoNail.pl.

Ulubieńcy października

piątek, listopada 10, 2017 44

Ulubieńcy października

Październik minął mi ekspresowo i był bardzo napiętym, pełnym pracy miesiącem. Znalazłam jednak chwilę, by uprzyjemnić sobie czas makijażem, ulubionymi rytuałami pielęgnacyjnymi i testowaniem nowości. Przychodzę dziś zatem z garstką faworytów ostatnich tygodni, czyli kosmetykami, które wyjątkowo mocno przypadły mi do gustu. Ciekawe? No, to lecimy! 


Wspominałam Wam już o moich problemach z cerą. Nie dość, że co rusz pojawiają się na niej jakieś dziwne niespodzianki, to jeszcze okropnie się przetłuszcza. Zmieniły się więc nieco moje preferencje makijażowe. Na większe wyjścia potrzebuję naprawdę długotrwałego podkładu, który zarazem nie tworzy maski i ładnie stapia się z cerą. W moje potrzeby idealnie wpisuje się Encre de Peau ALL HOURS od Yves Sant Laurent. Odcień B10 jest dość jasny i choć zawiera różowe tony, to naprawdę dobrze stapia się z moją cerą. Nałożony Beautyblenderem zapewnia matowe, a jednocześnie zdrowe i gładkie wykończenie. Nie warzy się w trakcie noszenia, nie oksyduje i nie ściera się. Przypudrowany długo trzyma mat i pierwszych poprawek wymaga po około 7-8 godzinach. Wtedy lekko zaczyna się wyświecać w strefie T. Sprawę załatwia jednak bibułka matująca wraz z odrobiną pudru. Wrażenie robi też piękna butelka kształtem nawiązująca do klasycznego smokingu YSL. Boleć może jedynie cena - 229zł za buteleczkę, ale moim zdaniem kosmetyk wart jest każdej złotówki. Kupicie go w Douglasie.

O wspomnianym wyżej Beautyblenderze opowiadałam wielokrotnie. Nie wyobrażam już sobie makijażu bez gąbeczki! Obecnie bardzo rzadko sięgam po pędzle ponieważ aplikacja na mokro pozwala mi uzyskać bardziej naturalny wygląd podkładu przy jednoczesnym zachowaniu krycia. BB świetnie spisuje się także do wklepywania pudru na mokro. Ta metoda nie dość, że zapewnia bardziej długotrwały mat, to jeszcze pięknie wygładza i optycznie zmiękcza strukturę skóry. Niedawno musiałam pożegnać się z moimi dotychczasowymi gąbeczkami, ponieważ zamknęłam je w szufladzie, gdy jeszcze nie wyschły. Moja nieuwaga doprowadziła do rozkwitu pięknej pleśni, więc zmuszona byłam zamówić nową sztukę. Padło na wersję nude, dostępną tutaj

Ciekawym odkryciem okazał się również puder Rimmel Insta Fix & Matte. Jest lekki, transparentny, ładnie matuje i nie ma płaskiego wykończenia. Nie podkreśla też suchych skórek i nie zapycha. Idealnie nadaje się do poprawek w ciągu dnia. Brakuje mi w nim jedynie lusterka. Kupiłam go za grosze na promocji w Rossmannie.



Deborah Milano, to marka trochę niedoceniana, a szkoda, bo asortyment pełen jest prawdziwych perełek! Myślę, że wkrótce opowiem o nich więcej, a dziś skupię się na pięknym różu w odcieniu 46 Rosa Pesca. Ma wypiekaną formułę i lekko rozświetlające wykończenie. Dodaje cerze świeżości i dziewczęcego, zdrowego wyglądu. Zaskakuje niezłą pigmentacją i trwałością. Ładnie rozkłada się na policzkach i dobrze rozciera. Trudno zrobić sobie nim krzywdę. Lubię po niego sięgać na co dzień. Szaf Deborh szukajcie w Rossmannach, a jeśli macie problem z upolowaniem kosmetyków stacjonarnie, to róż znajdziecie również tutaj.

Wróciłam też do matowej pomadki Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick w odcieniu 03. Uwielbiam ten kolor! Chyba nikomu tej linii przedstawiać nie muszę, więc dodam tylko, że to jedne z moich ulubionych matowych szminek w płynie. Długo się utrzymują, równomiernie schodzą, nie wylewają się poza kontur ust i nie wysuszają ich nadmiernie. Za 19,99zł otrzymujemy super kosmetyk. Do kupienia np. tutaj

Rzadko (a w zasadzie praktycznie wcale) pokazuję błyszczyki, bo wolę matowe formuły, jednak ten zasługuje na uwagę! Lancome L'Absolu Gloss Sheer w odcieniu 317 Pourquoi Pas tak ładnie i dziewczęco wygląda na ustach, że aż chce się go nosić. Tym bardziej, że jest łaskawy nawet dla najbardziej zmasakrowanych warg. Pielęgnuje i upiększa nawet te suche i popękane. Ma nieklejącą formułę, dość gęstą konsystencję i półtransparentne wykończenie. Krycie jednak można budować - jedna warstwa delikatnie usta podkreśli, natomiast kolejne maźnięcia aplikatorem zafundują już widoczny różowy kolor. Błyszczyk zawiera też mikrodrobinki, które są bardzo subtelne i dodają ładnego blasku. Kosmetyk kosztuje 139zł i znajdziecie go na przykład w Douglasie.


Nie spodziewałam się, że aż tak polubię maskarę z tradycyjną "włochatą" szczoteczką, a jednak! Nowy tusz L'Oreal  Paradise Extatic przypadł mi do gustu, bo robi niezłą robotę! Pięknie wydłuża i pogrubia rzęsy, dobrze je rozdziela i unosi. W połączeniu z zalotką funduje naprawdę spektakularny efekt. Plusem jest także kolor głębokiej czerni, trwałość - nic się nie sypie i nie odbija w ciągu dnia, oraz łatwość zmywania. To stosunkowo nowy kosmetyk na rynku, ale z pewnością wart wypróbowania. Szukajcie go w drogeriach.

Na nowo też odkryłam bibułki matujące, które znacznie ułatwiają mi życie. Obecnie używam Bielenda #InstaPerfect Matt & Clear i jestem z nich bardzo zadowolona. Dobrze zbierają sebum, jednocześnie nie ściągając zbyt mocno całego makijażu. Opakowanie zawiera 100 sztuk i kosztuje 11,99zł. Znajdziecie je np. tutaj


Jeśli chodzi o pielęgnację, to zachwyciły mnie nowe odżywki Pantene 3 Minute Miracle. Zużyłam dwie wersje - Intensive Repair oraz Moisture Renewal i obie są świetne! Genialnie wygładzają i zmiękczają włosy, znacznie ułatwiają rozczesywanie. Tuż po użyciu pasma są śliskie, przyjemne w dotyku, lepiej się układają i zyskują delikatny połysk. W dodatku pięknie pachną! Na pewno kupię kolejne tubki. W promocji w Rossmannie można je dorwać za dyszkę. Warto!

Ostatnio opowiadałam Wam o całej linii Aeternum, a dziś chcę wyróżnić  rewitalizujący krem młodości na dzień, który jest naprawdę świetny i idealnie spisuje się w roli bazy pod makijaż! Jest lekki, nietłusty, szybko się wchłania, dodaje energii, nawilża i napina cerę jednocześnie nie skracając trwałości kosmetyków kolorowych. Nie powoduje wysypu niedoskonałości na mojej problematycznej cerze i naprawdę się polubiliśmy! Nie kosztuje mało - 149zł/50ml, ale na szczęście jest wydajny. Znajdziecie go wyłącznie tutaj.


Listę ulubieńców zamyka żel antybakteryjny Carex Sensitive. Przykładam ogromną uwagę do higieny rąk, a nie zawsze mam dostęp do wody i mydła. Wtedy żel ratuje sytuacje i pozwala mi poczuć się świeżo oraz komfortowo.  Codzienny kontakt z kotami, także tymi z ulicy, czy transport komunikacją miejską (nie boję się głaskać bezdomnego, czy chorego kota, ale obrzydza mnie dotykanie poręczy w tramwaju, czy autobusie, którą macało setki ludzi), to chyba takie podstawowe sytuacje, w których żel bardzo mi się przydaje. Carexa kupuję najczęściej, bo jest wydajny (starcza ponoć na 100 aplikacji, ale nigdy nie liczyłam ;)) i łatwo dostępny. Kupicie go w Rossmannie za 10zł.

I to już wszyscy moi ulubieńcy października! Koniecznie dajcie znać jakie kosmetyki Wam wpadły w oko w ostatnich tygodniach!

Zapraszam Was też na mój instagram @agu_blog ↓↓↓ Powoli zbliżamy się do 15 tysięcy i tak jak obiecałam, z tej okazji szykuję dla Was rozdanie z paletami Urban Decay! Szczegóły już wkrótce. :-)



5 kosmetyków dla cery tłustej i problematycznej

niedziela, listopada 05, 2017 24

5 kosmetyków dla cery tłustej i problematycznej

Po odstawieniu tabletek hormonalnych kilka miesięcy temu, moja cera drastycznie się zmieniła. W wielkim skrócie, zaczęła się mocno przetłuszczać, raczyć mnie wypryskami i rozszerzonymi porami. Do tej pory borykam się z problemami skórnymi na twarzy i na plecach, ale myślę, że to ciekawy temat na oddzielny post, bo wiem, że nie jestem odosobniona w swych zmaganiach. Obiecuję więc, że wkrótce krok po kroku opowiem Wam swoją "pryszczatą" historię. ;-) Dziś jednak przychodzę z pięcioma kosmetykami, które są przyjazne dla portfela, łatwo dostępne i skutecznie wspomagają moją walkę o ładną, zdrową cerę. Widocznie odświeżają, oczyszczają, ograniczają występowanie stanów zapalnych i przyspieszają ich gojenie. Ciekawe? To zapraszam do dalszego czytania.




La Roche-Posay, Effaclar, oczyszczający żel do skóry tłustej

Linia Effaclar towarzyszy mi od wielu lat, jednak w tym roku doceniłam ją na nowo wyjątkowo mocno. Nie wyobrażam już sobie mojej pielęgnacji beż żelu oczyszczającego do skóry tłustej, który świetnie na moją cerę wpływa. Myję nim zarówno twarz, jak i plecy (stety, albo i nie, dużo gorszy wysyp mam właśnie na plecach). Bez zastrzeżeń radzi sobie z resztkami makijażu, dogłębnie skórę oczyszcza i odświeża - po niektórych żelach mam wrażenie niedomycia buzi, tutaj nigdy mi się to nie zdarzyło, a jednocześnie jej nie podrażnia i nie przesusza. Tuż po, nie odczuwam ściągnięcia, czy napięcia, nie pojawia się też zaczerwienienie. Co ważne, kiedy regularnie oczyszczam nim plecy, ich stan jest znacznie lepszy. Pojawia się mniej wyprysków, a struktura skóry staje się wygładzona. Gdy sobie pofolguję i przez kilka dni sięgnę po tradycyjny żel do mycia ciała, od razu mogę spodziewać się wzmożonego wysypu. W międzyczasie próbowałam znaleźć jego zamiennik, ale póki co nic nie odpowiada mi w pełni. Doceniam w nim także wygodną butelkę z pompką (pod prysznic jak znalazł),  przyjemny zapach, fakt, iż nie zawiera mydła, parabenów, ani alkoholu oraz wysoką wydajność. Butelka 400ml wystarcza mi na kilka tygodni codziennego mycia, a kosztuje około 40zł w zależności od apteki. Tą ze zdjęcia kupiłam stacjonarnie w aptece Gemini za 41,99zł. 



Evree, Black Rose Detoksykująca czarna maska do twarzy

Kupiona dość spontanicznie, z miejsca stała się jedną z moich ulubionych maseczek. Widocznie odblokowuje i zwęża pory, rozjaśnia ślady po niedoskonałościach i poprawia ogólny wygląd cery. Na pewno lekko ją ujednolica, przyjemnie odświeża i wygładza. Tuż po zmyciu maski skóra jest delikatna w dotyku, miękka i oczyszczona. Nie zauważyłam, aby się przesuszała, na pewno też nie podrażnia nawet bardziej wrażliwych policzków. Ma ciemny, w zasadzie czarny kolor, szybko zastyga, ale jest komfortowa w noszeniu i łatwo się ją zmywa. Ja wszystkie tego typu maski usuwam płatkami Calypso z celulozą (do kupienia w Rossmannie). Ma też elastyczną, wygodną w użyciu tubkę i gęstą konsystencję. Opakowanie mieści 75ml i kosztuje 29,90zł. Ta pojemność śmiało wystarczy na kilkanaście, albo i więcej użyć. Mojej jest jeszcze całkiem sporo, a używam jej regularnie. Kupowałam ją w Rossmannie.



Bielenda, Skin Clinic Profesional, Super Power Mezo Serum, aktywne serum korygujące z kwasem migdałowym

Jeśli borykacie się z niedoskonałościami, przetłuszczaniem i rozszerzonymi porami, to może być kosmetyk idealny dla Was. Ja mam bardzo dobre doświadczenia z kwasem migdałowym, więc skusiłam się na serum po przeczytaniu kilku opinii w sieci. Może nie przynosi spektakularnych efektów z dnia na dzień, ale kilka tygodni regularnego stosowania, odrobina cierpliwości i skóra zaczyna wyglądać dużo, dużo lepiej. Moja przede wszystkim stała się jaśniejsza, bardziej promienna i wyraźnie gładsza. Zniknęła większość grudek, głównie tych z żuchwy i skroni, pory są mniej widoczne, rzadziej pojawiają się duże, bolące wypryski, czy większe ropne zmiany. Wszystko też lepiej się goi, a przebarwienia szybciej znikają. Niestety zaskórniki otwarte wciąż mi towarzyszą. Super Power Mezo Serum stosuję z różną częstotliwością, po prostu obserwuję swoją skórę. Czasem sięgam po kosmetyk codziennie, ale jeśli widzę, że jest przesuszona aplikuję je co drugi dzień lub robię kilkudniową przerwę. Zresztą tak też zaleca producent. Nie zauważyłam chwilowego pogorszenia się cery, natomiast jeśli chodzi o gubienie naskórka, to generalnie nie miałam z tym jakichś większych problemów. Łuszczyłam się przede wszystkim na brodzie, w okolicy ust i lekko na czole, ale po wykonaniu makijażu było, to w zasadzie niewidoczne. Do zalet serum zaliczam także lekką, nietłustą konsystencję, przyjemny zapach, sprawnie działającą pipetę w butelce oraz wydajność. No i niską cenę - opakowanie o pojemności 30ml kosztuje 25,99zł. Znajdziecie je np. tutaj.





Nacomi, Glinka Ghassoul Maska oczyszczająca do twarzy

Glinki, to moja pielęgnacyjna miłość i obiecuję, że jeszcze w listopadzie napiszę zaległy post na ich temat. Zawsze mam je w zapasie, bo to jak cudownie działają na skórę jest nie do opisania! Moją faworytką jest zielona, ale w ostatnich tygodniach bardzo polubiłam glinkę Ghassoul. Rekomendowana jest do pielęgnacji cery wrażliwej, normalnej i trądzikowej. U mnie znajduje zastosowanie nie tylko jako tradycyjna maska do twarzy. Wymieszany z wodą proszek nanoszę również na cały obszar pleców i regularnie na skórę głowy, w celu jej oczyszczania. Jeśli chodzi o skórę, to genialnie podsusza wszelkie wypryski i "wyciąga" na wierzch, to co siedzi głęboko. Pomaga mi przede wszystkim, gdy borykam się z takimi bolącymi, podskórnymi gulami, z którymi nie można nic zrobić. Po aplikacji glinki zmniejsza się obrzęk i zaczerwienienie, cera zyskuje jaśniejszy koloryt, a krostki dużo szybciej znikają. Choć jeśli macie mocno zanieczyszczoną skórę, to może pojawić się przejściowy wysyp, wszystko jednak pięknie goi się po kilku dniach. Co więcej, glinka dobrze uelastycznia, dodaje sprężystości i reguluje wydzielanie sebum, warto więc włączyć te niepozorne proszki do swej pielęgnacji. Moja skóra bardzo dobrze je toleruje, ale jeśli w trakcie noszenia glinkowych maseczek towarzyszy wam uczucie ściągnięcia, możecie do takiej mieszanki dodać odrobinę olejku. Gorąco polecam wypróbować! Ta z Nacomi ma pojemność 194g i kosztuje obecnie 17zł, ale jest wyprzedana. Zamawiałam ją tutaj.



Bielenda, Carbo Detox Pasta węglowa do mycia twarzy 3w1

Na zakup pasty namówiła mnie koleżanka podczas wspólnych zakupów i muszę przyznać, że to była dobra decyzja. Choć zazwyczaj sceptycznie podchodzę do kosmetyków ileś tam w jednym, tak tutaj zostałam miło zaskoczona. Pasta może służyć do tradycyjnego mycia twarzy, ale można ją również stosować jako peeling i maskę. Jak już wspomniałam wyżej, do mycia używam żelu Effaclar, ale w roli delikatnego peelingu i maseczki Bielenda spisuje się wzorowo. Nakładam grubszą warstwę kosmetyku na twarz, czekam kilka minut, po czym wykonuję delikatny masaż w połączeniu z wodą i zmywam. W efekcie otrzymuję czystą, świeżą, zmatowioną i lekko wygładzoną cerę. Według mnie, to kosmetyk dość delikatny, a zarazem skuteczny. Minimalizuje widoczność porów, ładnie je oczyszcza, ale też regeneruje i odpręża skórę. Lubię po pastę sięgać rano, tuż przed nałożeniem kremu, kiedy zależy mi, aby makijaż prezentował się ładnie przez długi czas. Plusa daję również za rześki aromat, gęstą konsystencję, która zastyga i wygodną tubkę. To naprawdę ciekawy produkt w niskiej cenie. Generalnie cała linia Carbo Detox wypada interesująco, ja bardzo lubię jeszcze te wszystkie maski węglowe w saszetkach. Pastę kupiłam w Naturze, w promocyjnej cenie - bodajże 12,99zł/150g.

Tak prezentuje piątka, która według mnie jest warta uwagi. Wszystkie wymienione wyżej kosmetyki sprawdzają się u mnie naprawdę dobrze i przynoszą efekty w walce o powrót cery do normalności. Nie zapominam oczywiście o nawilżaniu, bo jest ono równie ważne, co złuszczanie i oczyszczanie, ale o mojej podstawowej codziennej pielęgnacji porannej i wieczornej opowiem Wam innym razem. :-)

Dajcie znać, czy znacie kosmetyki z dzisiejszego wpisu i co Wy mogłybyście polecić posiadaczkom cer tłustych i problemowych! 

Depilacja laserowa: relacja z pierwszego zabiegu - jak się do niego przygotować i co powinnaś wiedzieć przed?

poniedziałek, października 30, 2017 11

Depilacja laserowa: relacja z pierwszego zabiegu - jak się do niego przygotować i co powinnaś wiedzieć przed?

Depilacja laserowa chodziła mi po głowie od lat. Jeśli borykacie się z problemem wrastania włosów, zapaleniem mieszków włosowym, bądź po prostu wasze włoski z natury są ciemne i gęste, to pewnie nie raz pomyślałyście sobie jak fajnie byłoby się pozbyć tego problemu raz na zawsze. Ja znam to z własnego doświadczenia, dlatego bez wahania przyjęłam propozycję współpracy od depilacja.pl i umówiłam się na pierwszy zabieg depilacji łydek, który miał miejsce w zeszły wtorek. Przede mną jeszcze kilka i już nie mogę doczekać się efektów końcowych, jednak dziś chcę się z Wami podzielić wrażeniami z pierwszej wizyty i opowiedzieć jak to wszystko wygląda w praktyce. :-) Ciekawe? Zapraszam do dalszego czytania.

Co to jest depilacja laserowa  i jak ona działa?

Podczas zabiegu wiązka lasera przenika aż do nasady włosa i poprzez melaninę (barwnik  w mieszku), niszczy jego macierz. Co najważniejsze, system został opracowany w taki sposób, że wiązka trafia bezpośrednio we włos (po postu go spala) i dzięki temu laser nie powoduje uszkodzeń naskórka i może być stosowany w najbardziej wrażliwych miejscach, takich jak twarz, czy strefa bikini. 

Warto wiedzieć, że im ciemniejszy włos (większa ilość melaniny) i im jaśniejsza karnacja, czyli im większy kontrast między skórą a włoskami, tym efekty depilacji laserowej będą bardziej spektakularne i szybciej widoczne. Ja akurat należę do grupy tych szczęśliwców, bo doskonale wiecie, że jestem bardzo blada, a włoski mam z natury praktycznie czarne, w dodatku dość grube.

Pierwsze efekty mają być zauważalne po 3 tygodniach, serie powtarza się w przedziałach od 6 do 10 tygodni, a ilość zabiegów dobiera się w zależności od rodzaju włosków i tempa ich wypadania. Ja kolejną wizytę mam 5 grudnia. 

Czy depilacja laserowa jest bezpieczna? 

Zabieg wykonywany jest laserem diodowym LightSheer Duet. Jest to produkt amerykańskiej marki Lumienis, która przoduje w produkcji laserów zarówno kosmetycznych, jak i medycznych. Skuteczność i jakość sprzętu potwierdzona jest ogólnoświatowym certyfikatem FDA wydawanym przez amerykański urząd ds. Żywności i Leków FDA, a także innymi certyfikatami, chociażby ISO 9001. Mamy więc tutaj gwarancję bezpieczeństwa oraz długotrwałych efektów. Ponadto jest to zabieg całkowicie bezinwazyjny i może być stosowany praktycznie w każdej części ciała. Wyjątek stanowią brwi i okolice oczu, ponieważ może to skutkować uszkodzeniem wzroku oraz wewnętrzne części stopy.

Czy zabieg depilacji laserowej boli?

Każda z nas ma inny próg bólu, ale według mnie depilacja laserowa łydki nie boli wcale. Laser wyposażony jest w funkcję zasysania skóry oraz w głowicę chłodzącą, co znacznie zmniejsza odczuwanie jakiegokolwiek dyskomfortu w trakcie zabiegu. Dla mnie było to wrażenie porównywalne do delikatnego podszczypywania, bądź wyrywania kilku włosków na raz pęsetą. Jeśli jednak stwierdzicie, że uczucie nie jest dla Was do końca przyjemne wystarczyć poinformować o tym osobę wykonującą zabieg (Pani Asiu, pozdrawiam serdecznie!) i w ruch pójdą żelowe okłady chłodzące. Mi nie były one potrzebne.


Przygotowania do pierwszej wizyty - co musisz wiedzieć przed?

Jeśli zdecydujecie się na zabieg depilacji laserowej, możecie być pewne, że w momencie telefonicznego umawiania wizyty zostanie przeprowadzony z Wami dokładny wywiad na temat waszego stanu zdrowia, historii chorób i przyjmowanych leków. To bardzo ważny etap, a szczere odpowiedzi na pytania będą niezwykle pomocne w ustaleniu planu działania. Tak jak wspomniałam, sam zabieg jest w pełni bezpieczny, ale istnieje szereg przeciwwskazań do jego wykonania i aby właściwie się do niego przygotować trzeba mieć tego świadomość.

Przeciwwskazania do wykonania depilacji:

→ciąża i karmienie piersią
→choroby nowotworowe - okres remisji, po którym można wykonać zabieg to około 5 lat, ale należy to skonsultować z lekarzem
→stosowanie leków światłouczulających i hormonalnych (retinoidy - witamina A, izotretyonina) - zabiegowi można poddać się po upływie minimum pół roku od zakończenia leczenia,
→pielęgnacja stricte złuszczająca i rozjaśniająca, np. kremy z kwasami - w przypadku depilacji twarzy,
→bielactwo, łuszczyca, przerwanie ciągłości naskórka, 
→spożywanie ziół i suplementów nadwrażliwych na światło  - np. nagietek, dziurawiec, skrzyp, pokrzywa wyklucza możliwość wykonania zabiegu na tydzień,
 →mocna opalenizna, nadmierne korzystanie z solarium - opalona skóra zawiera więcej barwnika, tj. melaniny, a wiązka lasera na nią oddziałuje, zatem niewskazane są zabiegi w tej sytuacji, aby uniknąć przebarwień.


Przeciwwskazaniem nie jest:

→obrzęk, zaczerwienienie po goleniu oraz wrastające włoski - to jedne z podstaw do depilacji!
→ zapalenie mieszków włosowych - depilacja laserowa jest bardzo pomocna w zwalczeniu tego typu dolegliwości!
→ doustna antykoncepcja hormonalna - dla pewności należy skonsultować lek z osobą wykonującą zabieg i przeczytać ulotkę,
→ padaczka - pacjenci ze zdiagnozowaną chorobą nie powinni poddawać się depilacji, jednak odpowiednia edukacja osoby wykonującej zabieg oraz pacjenta pozwala na bezpieczne odbycie wizyty.
→ żylaki - oczywiście zależy w jak zaawansowanym stopniu występują, zabiegi wykonuje się z pominięciem ich,
→ piegi - tutaj laser okazuje się być bardzo pomocny, bo delikatnie rozjaśnia zmienione miejsca.

O czym jeszcze należy pamiętać przed zabiegiem?

→na miesiąc przed wizytą odpuść usuwanie włosków za pomocą wosku lub depilatora,
→nie opalaj się i nie stosuj kosmetyków samoopalających - im jaśniejsza skóra w dniu zabiegu tym lepiej,
→tydzień przed zrezygnuj ze stosowania peelingów i mocnego złuszczania ciała,
→stosuj filtry ochronne - ochrona przeciwsłoneczna zarówno przed, jak i po zabiegu, to podstawa!
→w dniu zabiegu nie stosuj żadnych balsamów do ciała, czy dezodorantów,
→dokładnie ogol maszynką miejsce, które poddane będzie depilacji, ale zostaw dosłownie kawałeczek naturalnych włosków, aby osoba wykonująca zabieg mogła ocenić ich grubość i kolor i odpowiednio dobrać moc lasera.

Przebieg wizyty

Depilacja laserowa w Szczecinie wykonywana jest w gabinecie mieszczącym się przy ul. ks. kard. St. Wyszyńskiego. Przesympatyczna Pani Joasia jeszcze raz przeprowadziła ze mną wywiad, odpowiedziała na wszystkie moje pytania oraz opowiedziała jak proces depilacji będzie przebiegał. Bardzo doceniam profesjonalizm osoby wykonującej zabieg, ponieważ jak to za pierwszym razem bywa, nie do końca wiedziałam czego mam się spodziewać, ale w trakcie rozmowy moje obawy całkowicie minęły. Przystąpiłyśmy więc do pracy.

Na zabieg przyszłam w wąskich jeansach, które musiałam ściągnąć. Aby czuć się komfortowo na czas zabiegu otrzymałam mięciutką polarową spódniczkę. Konieczne było też założenie okularów ochronnych i wygodne ułożenie się na sporym łóżku. Zaczęłyśmy od tylnej strony łydek. Pani Asia białą kredką podzieliła je na obszary i zaznaczyła wszelkie znamiona (większe pieprzyki, ciemne zmiany barwnikowe po prostu się omija). Całość trwała niecałe 20 minut. W międzyczasie dowiedziałam się, że laser LightSheer Duet posiada dwie głowice. Większa służy do depilacji większych partii, natomiast malutka pomocna jest przy trudno dostępnych miejscach (np. bikini). Zostałam także poinformowana, o tym jak może wyglądać skóra po zabiegu i jak o nią dbać.

Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jak wyglądała skóra moich łydek bezpośrednio przed zabiegiem. Nie czuję się do końca komfortowo wrzucając tu moje blade parówki w takim zbliżeniu, ale chciałam Wam jak najlepiej zobrazować, czego możecie się spodziewać po pierwszej wizycie.

Skóra po zabiegu - jej wygląd, czy boli?

Pani Asia ostrzegła mnie, że tuż po depilacji skóra może być lekko zaczerwieniona, że może pojawić się obrzęk okołomieszkowy, czarne kropki (spalone włosy) ale jest to całkowicie normalna reakcja i nie należy się nią martwić. Mija zazwyczaj po kilku dniach. Jak widzicie na poniższym zdjęciu, w chwili zakończenia zabiegu pojawiło się na nogach trochę czerwonych kropek, ale absolutnie nic mnie nie bolało. Bez problemu wciągnęłam na nogi wąskie spodnie (typowe rurki) i pojechałam do miasta załatwiać resztę swoich spraw.

Kilka godzin później, po powrocie do domu efekt czerwono-czarnych kropek się wzmocnił, ale w dalszym ciągu nie czułam żadnego dyskomfortu. Czytałam, że niektóre dziewczyny miały wrażenie, jakby się za mocno spiekły na słońcu, a u mnie nic. Zero szczypania, pieczenia, swędzenia. Chyba jestem gruboskórna. ;-) Same zobaczcie, tak łydki prezentowały się w zbliżeniu tego samego dnia, jakieś pięć godzin po depilacji.


Jak dbać o skórę po zabiegu?

→nawilżamy regularnie - Alantan, albo Bepanthen świetnie zdają egzamin, choć mi wystarczył normalny balsam :)
→unikamy peelingów i nadmiernego ścierania - nie chcemy przecież podrażnienia
→niezalecana jest aktywność fizyczna, w tym także basen - chlorowana woda będzie podrażniać, a obcisłe ubrania również mogą sprawiać dyskomfort
→nie opalamy się! - do przebarwień łatwa droga!
→stosujemy kremy z filtrem - jeśli dany obszar ciała będzie odkryty, to chronimy go przed słońcem, również jesienią i zimą!

Pierwsze efekty

Pierwsze efekty zauważalne są po około trzech tygodniach od pierwszego zabiegu. Wcześniej włosy normalnie rosną, ale po czasie zaczynają się wykruszać i wypadać. Najszybciej widać to w miejscach, w których owłosienie było z natury najbardziej bujne i ciemne. Jestem bardzo ciekawa jakie zmiany zaobserwuję u siebie i na pewno dam Wam znać w kolejnych postach ilu włosków się pozbyłam. 

Czy laser usuwa włosy na zawsze? 

Depilacja laserowa powinna zapewnić nam całkowity spokój z odrastającymi włoskami na około 4-5 lat. Po upływie tego czasu potrzebny może być 1 lub 2 zabiegi przypominające. Warto jednak podkreślić, że laser usuwa włosy wyłącznie w fazie wzrostu, a w przyszłości mogą pojawić się nowe np. przez zaburzenia hormonalne. Problemy z hormonami (np. zbyt wysoki poziom testosteronu, lub/i androstendionu powodujący nadmierne owłosienie) mogą sprawić, że efekty pozabiegowe będą utrzymywać się znacznie krócej. Jest to jednak bardzo indywidualna kwestia.
Znajdź salon dla siebie

Cennik 

Przyznam szczerze, że ceny mnie pozytywnie zaskoczyły. Pamiętam jak kilka lat temu poszukiwałam informacji na ten temat i depilacja laserowa kosztowała znacznie więcej. Cena jednego zabiegu, niezależnie od wybranej partii to 179zł, natomiast w pakiecie "do skutku" jest to koszt rzędu 999zł. Myślę, że to naprawdę atrakcyjna oferta, biorąc pod uwagę, że dzięki temu mamy święty spokój i raz na zawsze możemy zapomnieć o maszynkach, czy podrażnieniach po depilacji. Pełną ofertę znajdziecie na stronie depilacja.pl.

Znajdź salon dla siebie 

Salony depilacji laserowej depilacja.pl znajdują się na terenie całej Polski w aż osiemnastu lokalizacjach. Wszelkie szczegóły znajdziecie na stronie internetowej w zakładce salony.

Pierwsze wrażenia bardzo na plus

Podsumowując, po pierwszej wizycie jestem bardzo zadowolona i już nie mogę doczekać się pierwszych widocznych rezultatów. Mam nadzieję, że przyszłego lata będę się cieszyć już gładkimi łydkami. Na pewno dam Wam znać jak sytuacja wygląda po serii zabiegów. :-)

Koniecznie dajcie znać, czy myślałyście kiedykolwiek o depilacji laserowej lub czy macie z nią już jakieś doświadczenia? A może macie jeszcze jakieś pytania z nią związane? W dzisiejszym wpisie starałam się zawrzeć wszystkie najistotniejsze informacje, ale być może pominęłam jakąś kwestię. Dajcie znać! 

Fokus na markę: SINSKIN - nowość w Rossmannie - czy warto?

niedziela, października 22, 2017 26

Fokus na markę: SINSKIN - nowość w Rossmannie - czy warto?

Całkiem niedawno swoją premierę miała nowa marka makijażowa SINSKIN. Jako, że szafy z jej asortymentem dostępne są już w Rossmannach  w ramach nowej serii na blogu (fokus na markę, to cykl postów, w których pod lupę będę brała kosmetyki danej marki i dzieliła się opinią na ich temat) postanowiłam napisać Wam, co sądzę o kilku kosmetykach z oferty, które posiadam. Czy to warte uwagi nowości? Na co się skusić, a co lepiej sobie odpuścić? Na te pytania znajdziecie odpowiedzi w dalszej części wpisu, zapraszam! 


Muszę przyznać, że propozycja marki SINSKIN jest dość ciekawa i niebawem ma się powiększyć, a sam wygląd kosmetyków robi całkiem niezłe pierwsze wrażenie. Prosty, minimalistyczny design przyciąga wzrok, choć w Rossmannach, w których miałam okazję być w przeciągu ostatniego tygodnia szafy niestety świeciły pustkami i panował w nich niezły bałagan. Rozumiem, że promocja i tak dalej, jednak w przypadku innych, znacznie bardziej popularnych marek nie miało to miejsca. Nie wiem zatem z czego to może wynikać? Dajcie znać jak sytuacja ma się u Was. Druga sprawa, ekspedientki w moim Rossmannie nie miały pojęcia o kosmetykach marki i na proste pytania klientek typu "jaki to podkład? rozświetlający?" odpowiadały "nie wiem, musi pani poczytać, bo to nowość". Trochę słabo, wydaje mi się, że powinny być jednak jakieś szkolenia dotyczące wiedzy o asortymencie. No, ale do rzeczy. Jak oceniam sześć kosmetyków, które otrzymałam kilka tygodni temu do przetestowania? Lecimy po kolei. :)



SINSKIN, fluid rozświetlający Must.Have True Luminous Foundation

W gamie jest sześć kolorów (podział na chłodne i ciepłe), mi trafił się W20 beige, który o dziwo nie wypada zbyt ciemno tuż po nałożeniu. Po chwili jednak oksyduje i to dość mocno. Byłabym mu to skłonna wybaczyć, gdyby działo się to jedynie na dłoni, ale w jego przypadku zmiana koloru widoczna jest również na buzi. Wybija się pomarańczka niestety, lojalnie uprzedzam. Jestem bardzo ciekawa jak wypadłby w teście odcień jaśniejszy, czyli W10 light beige, bo właściwości podkładu oceniam dość dobrze, ale nosić go raczej nie mogę. :( Dla mojej obecnie przetłuszczającej się cery jest to fluid odpowiedni na luźniejszy dzień, gdy nie muszę dobrze wyglądać przez wiele godzin. Wiecie, na wyjście do sklepu, czy na spacer. Ładnie wyrównuje koloryt, nie wchodzi w pory, nie podkreśla suchych skórek i widocznie wygładza strukturę skóry. Zapewnia zdrowy i nienachalny blask, nie zawiera żadnych drobinek, nic z tych rzeczy. Rozświetlenie jest tutaj bardzo, bardzo subtelne. Jego konsystencja jest kremowa, niezbyt tłusta, po aplikacji nie lepi się i nie tworzy maski. Krycie ma na średnim poziomie i dość trudno je dobudować, a tym samym z nim przesadzić. Trwałość w moim przypadku umiarkowana. Zaczynam się świecić po jakichś 5 godzinach, później bez poprawek zaczyna się ścierać, ale z moimi obecnymi problemami z cerą naprawdę trudno zachować długotrwałą świeżość makijażu i mat. Na to przymykam więc oko. Myślę, że docenią jego formułę głównie posiadaczki skór suchych, normalnych i mieszanych. Dla tłustej jest moim zdaniem za lekki.



SINSKIN, rozświetlacz w płynie, Must.Have Liqquid Highlighter

Płynny rozświetlacz występuje w trzech odcieniach. Ja posiadam kolor Pink Gold 061 i nie jest to typowe różowe złoto a raczej subtelny, jasny róż. Kosmetyk oceniam całkiem dobrze. Mamy tu przyjemną konsystencję - nie jest zbyt wodnisty i fajnie się rozciera na podkładzie (nie zdejmuje go, nie tworzy plam, ani smug). Pigmentacja też jest ok, a efekt rozświetlenia możemy budować. Poradzą sobie z nim nawet osoby początkujące, bo trudno z nim przesadzić, a nadmierny połysk bez problemu zniwelujemy pudrem. Nadaje się też do mieszania z podkładem i wtedy zapewnia subtelny efekt glow. Wykończenie ma bezdrobinkowe, jest równomiernie odbijającą światło taflą. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczył i to jeden z łatwiejszych w obsłudze i przede wszystkim nadających się na co dzień płynnych rozświetlaczy, z którymi miałam do czynienia.



SINSKIN, mineralny puder sypki Must.Have Mineral Loose Powder

Puder dostępny jest w dwóch odcieniach - naturalny i transparentny, ja mam ten pierwszy. Nie wpływa on na odcień podkładu, nie jest za ciemny i choć zapewnia lekkie krycie, wklepany gąbeczką na mokro, bądź naniesiony pędzlem nie rzuca się w oczy na buzi. Polubiłam go za właściwości wygładzające strukturę skóry, bo pięknie ukrywa moje rozszerzone pory na nosie i "zmiękcza" optycznie cerę. Przyjemnie też sprawdza się w utrwalaniu korektora pod oczami. Nie zapewnia płaskiego, mocnego matu, jego wykończenie nazwałabym satynowym, aksamitnym. Niestety moją problematyczną obecnie strefę T trzyma w ryzach maks przez 5-6 godzin, później zaczynam się świecić dość mocno, ale jeśli nie macie nadmiernie przetłuszczającej się skóry, myślę, że się z nim polubicie. Aha, jeszcze jedno - ładnie też pachnie. Na koniec przyczepię się jednak do bardzo nieprzemyślanego opakowania. Słoiczek z sitkiem i lusterkiem na górze wieczka na pierwszy rzut oka wydaje się być bardzo ok, ale halo, sypki, drobno zmielony proszek trzeba gdzieś wysypać i w tym przypadku jest to właśnie nic innego jak lusterko. Nie dość, że robi się bałagan większy niż gdyby była to odkręcana całkiem góra, to jeszcze lustro pokryte pudrem nie nadaje się do makijażu. Czyżby opakowania projektował mężczyzna?


SINSKIN, wodoodporny tusz do rzęs, Tempting Lashes Must.Have Volumizing Maskara

Maskara w kolorze głębokiej czerni z wielką, włochatą szczoteczką. Nie należę do grona ich fanek, więc mówiąc szczerze polubiłam się z tuszem średnio. Nie daje spektakularnego efektu na moich rzęsach. Lekko je pogrubia i wydłuża, ale delikatnie skleja i nie trzyma skrętu zalotki. Plus za trwałość. Faktycznie jest wodoodporny, bo płyn micelarny nie chciał go ruszyć. Nie osypuje się w ciągu dnia, ale odbił się na nieprzypudrowanej powiece w ciągu dnia. Jeśli więc macie cerę tłustą, konieczne będzie zagruntowanie górnej części pudrem/cieniem. Miłości w tym przypadku nie ma i nie będzie, ale z chęcią przetestowałabym maskarę marki z silikonową szczotką.



SINSKIN, cień do powiek w płynie, Must.Have Fluid Eyeshadow

W ofercie marki dostępne są 3 kolory cieni, ja mam kolorek 342 Icing. Nie nazwałabym go najbardziej uniwersalnym, bo choć sam w sobie jest piękny, to nieumiejętnie nałożony może podkreślić zmęczenie. No, ale dobra, nie czepiam się, bo to naprawdę fajny kosmetyk. Posiada wygodny, błyszczykowy aplikator, bez problemu się nakłada i rozciera, nie gubi pigmentu, dobrze zastyga, nie tworzy skorupki i długo się trzyma. Nie roluje się w trakcie noszenia, nie kruszy, nie spływa i nie blednie. Śmiało zda egzamin zaaplikowany solo, ale jest też niezły w roli bazy! W sumie nie mam mu nic do zarzucenia.


SINSKIN, matowa pomadka w płynie, Must.Have Lip Matte Lacquer

Gama kolorystyczna zawiera 6 odcieni, ja posiadam kolor 424 ladies first! będący intensywnym różem. Zaskoczyła mnie tutaj głównie konsystencja i formuła pomadki. To jakby welur, który gładko sunie po ustach i pokrywa je równomiernie kolorem. Krycie ma dobre, ale szminka nałożona w nadmiarze może się warzyć i delikatnie łuszczyć. Nie transferuje poza kontur warg, nie przesusza ust i wygładza ich strukturę, o dziwo też nie podkreśla jakoś wyjątkowo suchych skórek. Nie zastyga całkowicie i nie zaliczyłabym jej do najtrwalszych matowych pomadek jakie posiadam, ale w noszeniu jest naprawdę przyjemna i znika w ładny, nierzucający się w oczy sposób. Z chęcią poznałabym inne odcienie, bo to naprawdę ciekawy kosmetyk.

Poniżej wrzucam Wam swatche, które idealnie oddają jak bardzo podkład oksyduje. Na twarzy nie jest to może aż tak silne, jednak zmiana koloru ma miejsce i jest widoczna. Szkoda.


Biorąc pod uwagę, że ceny kosmetyków oscylują w okolicy 50zł (regularna cena cienia do powiek to 48,99zł, pudru 88,99zł) i wzwyż, całość oceniam na trójkę. Niektóre produkty są całkiem okej, inne wypadają słabiej. Wydaje mi się, że marka ma potencjał, ale sporo jest tutaj jeszcze do dopracowania, bo mogłoby być znacznie lepiej, zarówno pod względem formuł jak i bardziej przemyślanych opakowań.

Jestem ciekawa, czy macie już jakieś doświadczenia z marką SINSKIN? Może upolowałyście jakieś kosmetyki podczas ostatniej promocji w Rossmannie? Dajcie znać! 

Ps. Jakiej marki kosmetycznej przegląd Was ciekawi? :-)

nowość: Æternum - stylowa pielęgnacja dla wymagających kobiet + KONKURS

wtorek, października 17, 2017 38

nowość: Æternum - stylowa pielęgnacja dla wymagających kobiet + KONKURS

Aeternum, to nowość na polskim rynku. Marka skierowana jest dla wymagających kobiet, które cenią sobie wysoką jakość, skuteczność działania, stylowy design oraz powiew luksusu na co dzień. Momentalnie zostałam skuszona, więc z chęcią przetestowałam linię Aeternum, w skład której wchodzą cztery kosmetyki i dziś dzielę się opinią. Na końcu wpisu czeka też na Was konkurs, zapraszam więc do lektury. 






W myśl marki Aeternum, piękne opakowania mają podkreślać świetną zawartość, czyli kremy i balsamy bogate w składniki aktywne. Głównym i zarazem wspólnym składnikiem wszystkich kosmetyków jest C-Tetra, czyli najbardziej nowoczesna, stabilna forma witaminy C, która doskonale się wchłania. Co więcej, nie powoduje podrażnień, łuszczenia się, jest odpowiednia nawet dla wrażliwej skóry, która nie toleruje kwasu askorbinowego, chroni przed stresem oksydacyjnym i walczy z wolnymi rodnikami. Poprawia również nawilżenie skóry, sprzyja walce z przebarwieniami, działa wzmacniająco na naczynia krwionośne, wygładza naskórek i poprawia wygląd cery trądzikowej. Pozostałe składniki aktywne, to między innymi TRI-molecule Hyaluron Acid zwany hialuronowym eliksirem młodości, Masło Moringa, czyli ekstrakt z drzewa długowieczności, Olej Perilla, antyoksydant o wysokiej zawartości kwasów omega, oraz  Olej Chia będący źródłem młodości i mocy dla organizmu. 

Coś co już na pierwszy rzut oka wyróżnia linię Aeternum na tle innych kosmetyków, to przepiękne opakowania. Róż i złoto, to kompozycja ponadczasowa, stylowa i niesamowicie kobieca. Codzienna pielęgnacja staje się przyjemnością, a słoiczki swym wyglądem wręcz zachęcają, by po nie sięgać.

Do tego dochodzi też wspaniały zapach, który jest delikatny, aromatyczny, lekko cytrusowy i pobudzający. Po posmarowaniu ciała i dłoni dość długo się utrzymuje, ale w żaden sposób nie drażni nosa i nie razi nachalnością.

Poniżej podzielę się z Wami wrażeniami po wypróbowaniu czterech kosmetyków marki. Zacznę od tych, wobec których jestem najbardziej wymagająca, czyli kremów do twarzy.

Aeternum, rewitalizujący krem młodości na dzień

Moja cera jest obecnie kapryśna i sprawia mi mnóstwo problemów. Z największą starannością dobieram więc codzienną pielęgnację. Od kremu na dzień wymagam, aby miał lekką konsystencję i jednocześnie był treściwy w swym działaniu. Musi dobrze nawilżać, szybko się wchłaniać, współgrać z nakładanym przeze mnie makijażem (podkładem i korektorem), nie skracać jego trwałości, nie zapychać i nie podrażniać. Rewitalizujący krem młodości na dzień świetnie wpisał się w moje obecne potrzeby. Ma lekką, odświeżającą formułę, nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze i ekspresowo się z nią stapia, a przede wszystkim doskonale odżywia i budzi cerę często zmęczoną i przesuszoną działaniem leczniczych preparatów. Staje się ona miękka i jakby bardziej ujędrniona. Jest też bardziej promienna i wygląda po prostu zdrowiej. Krem dobrze współpracuje także z podkładami, po które sięgam. Jest dobrą bazą zarówno dla tych bardziej treściwych fluidów, jak i lekkich kremów BB. Nie zmienia ich właściwości, pozwała równomiernie rozłożyć je na skórze. Co najważniejsze - nie zapycha mnie, a z pojawianiem się niedoskonałości mam ostatnio spory problem, dlatego obecnie zwracam na to jeszcze większą uwagę. Używanie go to czysta przyjemność. Cena 149zł/50ml.


Aeternum, odbudowujący  krem młodości na noc

Od kremu na noc wymagam przede wszystkim działania regenerującego, silnie nawilżającego i odżywczego. Obecnie nie może mieć jednak zbyt tłustej i treściwej konsystencji, bo nie służy ona mojej problematycznej cerze. Odbudowujący krem młodości na noc ma lekką i odświeżającą formułę. Przyjemnie się wchłania zostawiając na skórze delikatną warstewkę ochronną, nie jest jednak tłusty. Dobrze nawadnia, uspokaja i koi (szczególnie po silniejszym oczyszczaniu), wyraźnie zmiękcza, a przy okazji też odpręża i poprawia jędrność skóry. Nie spowodował u mnie powstania nowych zaskórników, nie potęguje nadprodukcji sebum (wręcz przeciwnie, reguluje jego ilość - pamiętajcie, że nawet tłusta cera potrzebuje właściwego nawilżenia, bo jej nadmierne przesuszanie tylko wzmocni błysk w strefie T) i dobrze współgra z preparatami zaleconymi od dermatologa. Myślę, że docenią go posiadaczki każdego rodzaju skóry, bez względu na wiek. Cena 149zł/50ml.


Aeternum, luksusowy odżywczy balsam do dłoni

Krem do rąk Aeternum kupił mnie przede wszystkim swą formułą. Nie toleruję tych lepkich, długo wchłaniających się, które po aplikacji ograniczają moją aktywność. Ten natomiast ma odpowiednią konsystencję, a skóra wręcz go pije. Chwilę po nałożeniu dłonie zostają pokryte niewidzialną woalką ochronną (absolutnie nie tłustą) i stają się aksamitne w dotyku. Znika uczucie napięcia, które towarzyszy przesuszonej skórze, wraca komfort, delikatność i miękkość. Najbardziej zauważalną różnicę widzę na zewnętrznej stronie dłoni i wokół skórek, a gdy na noc zaaplikuję grubszą warstwę kremu i nałożę bawełniane rękawiczki, to rano efekt jest piorunujący! Polecam, szczególnie teraz w okresie jesienno-zimowym, gdy nasze ręce są narażone na większe podrażnienia spowodowane wiatrem i chłodem. Tubka jest poręczna, więc można mieć ją zawsze przy sobie. Cena 49zł/100ml.

Aeternum, regenerujący balsam, odnowa ciała 

Jesienią, gdy robi się chłodniej moja skóra domaga się większej dawki nawilżenia. Chłodne powietrze na dworze, centralne ogrzewanie w domu, to moment, w którym szybciej zaczyna się przesuszać, robi się szorstka, czy zaczerwieniona. Lubię formuły, które nie są ulepkowate i pozwalają mi na szybkie wskoczenie spod prysznica w ciepłą piżamę lub ubrania z rana. Wszelkie balsamy, które są mocno tłuste odrzucam na starcie. Regenerujący balsam Aeternum spełnił moje oczekiwania. Ma wygodne opakowanie z pompką, nie zostawia klejącego się filmu na ciele, a zarazem odpowiednio dba o skórę. Tuż po aplikacji staje się satynowo gładka  i delikatna w dotyku. Znikają przesuszone, szorstkie miejsca, wzrasta jej elastyczność i pojawia się uczucie głębokiego nawilżenia. Na plus oceniam również wydajność oraz szybkie wchłanianie. Cena: 89zł/250ml.





Jeszcze jedna ważna kwestia na koniec - dostępność. Kosmetyki Aeternum dostępne są wyłącznie w drogerii  internetowej beglossy.com

Słowem krótkiego podsumowania, jestem na tak! Zarówno kremy do twarzy, jak i balsam oraz krem do rąk spisują się u mnie wzorowo i jednocześnie każdego dnia cieszą oko. Linia dedykowana jest dla każdego rodzaju skóry i myślę, że jest na tyle skuteczna i uniwersalna w działaniu, że faktycznie sprawdzi się niezależnie od typu, czy wieku naszej cery. 

***

KONKURS

Zakładam, że tak jak ja lubicie testować nowości kosmetyczne więc dla pięciu moich czytelniczek mam wybrany przez Was kosmetyk Aeternum!

Co należy zrobić? 

Odpowiedz na pytanie który produkt zachwycił Cię najbardziej i dlaczego? Wejdź na stronę drogerii beglossy.com wklej link do produktu w komentarzu (→ linia Aeternum dostępna tutaj) i napisz dlaczego chciałabyś go ode mnie otrzymać. :) I zostaw namiar mailowy na siebie.

Zabawa trwa od 17.10.2017 do 23.10.2017. Dzień później, na podstawie najciekawszych odpowiedzi wybiorę 5 osób, które otrzymają ode mnie kosmetyk marki. :) Na dane teleadresowe (w wiadomości zwrotnej na mojego maila do Was), będę czekać 3 dni, gdy ich nie otrzymam, zwycięzcę wybiorę ponownie.
________________________________________________________________________

Nagrody wędrują do:
princesskindka@
jajekk17@
misslelitka@
bogibo.88@
Kasieczka26.05@

Dziękuję wszystkim za udział w zabawie! Już piszę do Was maile dziewczyny! :)