Haul z Rossmanna

czwartek, września 14, 2017 31

Haul z Rossmanna

Dziś wpadam do Was z moimi ostatnimi zakupami z Rossmanna. Uzupełniłam braki i skusiłam się na kilka kosmetycznych nowości. Jeśli jesteście ciekawe jakie produkty wrzuciłam do koszyka, zapraszam do dalszego czytania!


Zacznę od makijażu, bo tutaj skusiłam się na trzy nowości, głównie z waszego polecenia. 

Pierwszy kosmetyk, to bananowy puder sypki od Wibo. Wiele z was go chwali, a ja szukałam akurat czegoś lekkiego i zarazem fajnie utrwalającego. Puder faktycznie ma delikatną formułę i na skórze nie jest zbytnio widoczny, a największym jego plusem jest fakt, że ładnie prezentuje się pod oczami - miękko i gładko. Dość słabo jednak trzyma mat na przetłuszczającej się skórze i wciągu dnia konieczne są poprawki. Moja cera ostatnio wariuje i niestety mam problem z utrzymaniem strefy T w ryzach, dlatego puder bananowy mi nie wystarcza. Z powodzeniem jednak stosuję go właśnie do utrwalania korektora pod oczami. Jeśli nie macie większych problemów z błyskiem, polecam!

Jedna z Was poleciła mi także Bielenda Make-Up Academie fluid Matujący MATT, więc niedawno chwyciłam najjaśniejszy odcień. Faktycznie numerek 0 jest przyjemnym beżem, który obecnie nawet dla mnie jest odrobinę za jasny (szok!), a wcale opalona nie jestem. Na okres jesienno-zimowy będzie idealny. Jakie mam wnioski po pierwszym użyciu? Konsystencja jak najbardziej na plus - kremowa i dość lekka.  Fluid dobrze się rozprowadza, nie tworzy maski i świetnie się ze skórą stapia. Ma średnie krycie, które można budować, ale aby przykryć większe zmiany konieczny będzie korektor. Przypudrowany utrzymał mat około 6 godzin, później strefa T uraczyła mnie błyskiem. Lekko wytarł się na nosie, ale mimo wszystko, do końca dnia wyglądał całkiem ok. Zobaczymy jak będzie zachowywał się dalej.

Skusiłam się także na pomadkę Eveline Cosmetics Velvet Matt Lip Cream w odcieniu 413. To kolor idealny na co dzień, widoczny na ustach, ale jednocześnie subtelny i odpowiedni na każdą okazję. Lubię takie niezobowiązujące zgaszone róże, które mogę nosić w torebce. Miałam wobec szminki wielkie oczekiwania, bo wiele z Was poleca tę linię. Nie zawiodłam się, choć nie jest to kosmetyk bez wad. Kolorek jest ładny, pigmentacja odpowiednia, komfort noszenia  i wykończenie (nie jest to płaski zastygający mat, raczej aksamitna, półmatowa warstwa) również, jednak drażni mnie nieco, że aplikator "chwyta" małą ilość produktu i muszę kilka razy zanurzyć go w opakowaniu, by uzyskać satysfakcjonujący mnie efekt. Tak, czy inaczej, uważam, że to jedna z bardziej przyjemnych drogeryjnych szminek tego typu.


Bardzo lubię perfumy Moschino I Love Love. To taki dziewczęcy, świeży, wakacyjny zapach (przypomina mi D&G Light Blue, ale jest mniej ostry), który towarzyszy mi od lat i chętnie do niego wracam. Ostatnio pojemność 100ml była w dobrej cenie w Rossmannie, więc długo się nie zastanawiałam. 


Nie mogło zabraknąć zapasu mojej ulubionej maseczki Bielenda Blue Detox, detox & nawilżenie, maska metaliczna do cery suchej i wrażliwej. Wiem, że nie u każdej z Was się ona sprawdza, ale ja nadal ją lubię. Świetnie rozpromienia, nawilża i koi moją skórę. Skusiłam się także na wersję srebrną Silver Detox, czyli maskę metaliczną do cery mieszanej i tłustej.




Wreszcie dorwałam też te nowe galaretkowe maski Bielendy! Długo nie było ich w moim Rossmannie. Pierwsza, to Bielenda matt booster jelly mask, czyli żelowa maseczka normalizująco-matująca, druga natomiast, to Bielenda hydro boost jelly mask, czyli żelowa maseczka ultra nawilżająca. Jeszcze nie miałam czasu ich użyć, ale wkrótce Wam o nich więcej opowiem! 


Uzupełniłam też braki w kosmetykach do włosów. Zdecydowałam się na sprawdzony duet z Isany Oil Care, czyli odżywkę do włosów bardzo zniszczonych i suchych oraz kurację olejową do włosów z olejkiem arganowym. Oba produkty znam, stosuję od kilku lat i lubię. Świetnie dbają o moje pasma i zapewniają im ładny, zdrowszy wygląd. Ułatwiają rozczesywanie, dociążają i minimalizują plątanie się. Dobre i tanie!

→10 za 10zł - tanie i dobre kosmetyki pielęgnacyjne


Kupiłam też dwufazową odżywkę Gliss Kur Ultimate Resist, która ma mi pomóc w rozczesywaniu włosów. Czasami tak się pioruńsko plączą, że nie mogę poradzić sobie z kołtunami. Mam takie jedno, szczególnie upierdliwe pasmo. Poza tym odżywki bez spłukiwania fajnie radzą sobie z elektryzującymi się pasmami i ujarzmiają odstające baby hair'y.


Ostatnim kosmetykiem jest żel pod prysznic Dove deeply nourishing, czyli klasyk marki. Nie wyróżnia się on jakoś specjalnie właściwościami pielęgnacyjnymi, ale uwielbiam go za zapach. Jest taki delikatny, odprężający i uspokajający po ciężkim dniu. A, że ostatnio znów chodzę spać koło 3 nad ranem, to taki relaksujący prysznic jest dla mnie jedną z niewielu chwil tylko dla mnie. ;) 


I to już całe moje zakupy! Dajcie znać, co ciekawego Wy ostatnio kupiłyście. Skusił Was Rossmann swoimi promocjami? :)
3 x nie, czyli kosmetyczne rozczarowania

poniedziałek, września 11, 2017 20

3 x nie, czyli kosmetyczne rozczarowania

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić trzema kosmetykami, które totalnie mnie rozczarowały i uważam, że szkoda na nie wydawać pieniędzy. Jeśli chodzi Wam po głowie zakup któregoś z nich, koniecznie przeczytajcie dalszą część wpisu i dopiero wtedy podejmijcie decyzję. 


Od jakiegoś czasu testuję matowe szminki dostępne w drogeriach (zarówno tych stacjonarnych, jak i internetowych), bo chcę Wam przygotować ich przegląd. Odkryłam wiele perełek, ale natrafiłam również na kilka bubli. Należy do nich między innymi Maybelline Vivid Matte Liquid. Odcień 05 Nude Flush jest piękny, ale na tym kończą się w zasadzie zalety tego kosmetyku. Choć nie - jeszcze pigmentacja oraz aplikator są w porządku. Niestety pomadka w ogóle nie zastyga, rozmazuje się i brudzi wszystko wokół. Nieważne ile jej nałożę, czy zdejmę nadmiar chusteczką, to i tak mam ubrudzoną brodę oraz obszar nad ustami. A niech no dotknę niechcący dłonią warg, to już w ogóle pozamiatane. Jestem zawiedziona. Tyle dobrego, że szminkę kupiłam w promocji i nie zapłaciłam za niej regularnej ceny.



Kolejny zawód to My Secret I love matte lips liquid lipstick w odcieniu 12. Kupiłam ją w ciemno, bo nie było testera. Wydawała mi się być zgaszonym różem, ale po odkręceniu okazało się, że jest on dość mocny, a na ustach jeszcze przybiera na intensywności. Sam w sobie zły nie jest, choć ja się w nim czuję niczym Barbie. ;) Żałuję, że nie chwyciłam 11. Główną wadą szminki jest jednak to, że bardzo brzydko na ustach leży. Kolor jest nierównomierny, tworzą się prześwity, a wszelkie lekko przesuszone miejsca, których naturalnie nie widać stają się ciemniejsze. Wygląda to na tyle okropnie, że za każdym razem, gdy pomadkę nakładałam, to po chwili ją zmywałam, bo nie dało się wyjść tak z domu. Spodziewałam się czegoś innego, lepszego. Dycha wyrzucona w błoto.



Myślałam, że etap ciepłych brązów do podkreślania brwi mamy już za sobą. Ostatnio wpadła w moje ręce nowa kredka Revlon Colorstay brow pencil w odcieniu Soft Brown i niestety mimo przyjemnej konsystencji i precyzyjnego rysika na moich brwiach kolor ten wypada wręcz rudo. :( Mocno wybijają się ciepłe tony, których nie jestem w stanie zniwelować. Nie wygląda to dobrze i z tego co widziałam w sieci, pozostałe kolory również nie są zbyt trafione, szkoda. Jeśli jednak lubicie tego typu tony, to zwróćcie uwagę na te kredki, bo jakościowo są ok - pigmentacja, trwałość, konsystencja na plus. 


Na koniec wrzucam jeszcze swatche tych trzech gagatków!


Podsumowując, miłości z tego nie będzie. :-) Zapewne puszczę powyższą trójkę dalej w świat, może jakiejś kobitce w moim otoczeniu będą służyć lepiej. Na szczęście w ostatnich tygodniach to jedyne moje rozczarowania kosmetyczne, więc nie jest źle. ;-)

Jestem ciekawa, czy znacie wymienione przeze mnie kosmetyki i jakie macie z nimi doświadczenia. Dajcie znać! 


GOLDENBOX No 2

sobota, września 09, 2017 31

GOLDENBOX No 2

Wczoraj kurier dostarczył mi kolejną, drugą już edycję GOLDENBOX, czyli pudełka "stworzonego specjalnie dla kobiet pragnących poznawać produkty z najwyższej półki". Zestaw ma zawierać 6 kosmetyków najlepszych marek, które mają sprawdzić, że poczujemy się wyjątkowo. Czy obietnice zostały spełnione? Oceńcie same, a ja na gorąco dzielę się swoimi wrażeniami.


Tak jak poprzednio mamy dopracowane wszelkie detale. Biało-złoty design, wstążeczka, naklejka, ładna karteczka - te wszystkie elementy tworzą spójną i cieszącą oczy całość. Za to ogromny plus. A jeśli chodzi o najważniejsze, czyli zawartość, to tym razem nie będę się czepiać. Jest dobrze! Box zawiera pięć pełnowymiarowych kosmetyków i jedną miniaturkę. Wszystkie z przyjemnością wykorzystam.


Jakie kosmetyki zawiera GOLDENBOX No 2?

→ GUERLAIN Mascara La Petite Robe Noire 

Klasyka marki. Miałam już kilka kosmetyków z tej linii i byłam z nich bardzo zadowolona. Maskara ma być odpowiednia dla każdych rzęs i je pogrubiać, wydłużać oraz rozdzielać. Ma ciekawą silikonową szczoteczkę i mam nadzieję, że się polubimy. :) Musi poczekać na swoją kolej. Pełnowymiarowa pojemność. Cena: 144,40zł/10ml.

ORPHICA, EDGE – Eyeliner w kredce

Kredka do oczu w odcieniu ciemnego brązu. Odpowiednio miękka i przyjemna w obsłudze. Na pewno ją wykorzystam, bo po kredki sięgam na co dzień zamiast linera. Duży plus za to, że Orphica jest wykręcana, więc nie trzeba jej ostrzyć. Produkt pełnowymiarowy. Cena: 56zł/6g.




→ L'OREAL PARIS Maska Czysta Glinka, redukuje zaskórniki i zwęża pory

Mam już trzy maski z tej linii i bardzo je lubię, zresztą polecałam Wam wersję rozświetlającą. Mam nadzieję, że niebieska nowość spisze się równie dobrze! Zawiera 3 mineralne glinki oraz ekstrakt z alg morskich. Ma oczyszczać bez wysuszania skóry. Myślę, że ją przetestuję i przygotuję post o całej czwórce. Kosmetyk pełnowymiarowy. Cena: 34,99zł/50ml.

→ BANDI, Peeling Gommage, Jubilee Edition, peeling do twarzy

Peelingów nigdy mi dość! A o marce Bandi słyszałam wiele dobrego, choć mało miałam okazji do poznania ich kosmetyków. Peeling ma formę żelu, śliczne opakowanie i ma być jednocześnie skuteczny oraz delikatny dla skóry. Zobaczymy. Przetestuję i dam znać. Kosmetyk pełnowymiarowy. Cena 49zł/50ml.



→ STARA MYDLARNIA, Kula z kremem do kąpieli

Jak ona pięknie pachnie! Jak drogie, męskie perfumy! Czułam ten aromat zanim otworzyłam pudełko. Ubolewam, że nie mam wanny (po remoncie łazienki na pewno się to zmieni), ale wszelkie kule i babeczki dorzucam do miski z wodą, albo gdy wykonuję pedicure, albo gdy po prostu moczę sobie stopy, by się zrelaksować i rozgrzać. Produkt pełnowymiarowy. Cena: 17zł/50ml.

VERDEOASI, Nutri-Intense

Krem do ciała, którego zdecydowanym plusem jest świeży, cytrusowy zapach. Lekka konsystencja sprawia, że szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Przyjemnie nawilża i uelastycznia skórę. I to tyle wniosków po jednej aplikacji, bo na tyle wystarczyła mi na miniaturka o pojemności 10ml. Cena pełnego produktu, to: 140zł/200ml


Box kosztuje 119zł i jego zawartość znacznie przewyższa cenę zakupu. Mi druga edycja podoba się o wiele bardziej niż pierwsza, bo choć kosmetyki pochodzą z różnych półek cenowych, to łączy je dobra jakość. I to mi się podoba. Ciekawa jestem już kolejnej odsłony!

Dla przypomnienia jeszczę dodam, że GOLDENBOX, wypuszczany jest co kwartał i kosztuje 119zł. Zamówienia możecie dokonać tutaj.

 ***

Mam też dla Was specjalny kod rabatowy na zakup pojedynczego zestawu GOLDENBOX. Obniża on jego cenę o 20zł i gwarantuje darmową dostawę. Składając zamówienie wystarczy wpisać: tbg20agublog. Kod działa do 24 września, ale jeśli macie ochotę na zakup, to spieszcie się, bo pewnie box szybko się wyprzeda. :)


Jestem ciekawa co sądzicie o GOLDENBOX No2? Podoba Wam się jego zawartość, czy niekoniecznie? 
Ulubieńcy sierpnia

środa, września 06, 2017 18

Ulubieńcy sierpnia

Dziś bez zbędnych wstępów zapraszam Was na ulubieńców sierpnia. W dalszej części wpisu pokażę kosmetyki, które polubiłam i które wyjątkowo dobrze sprawdziły się u mnie w ostatnich tygodniach. Ciekawe? No, to lecimy!



Bardzo rzadko sięgam po drogie tusze do rzęs, bo te drogeryjne mnie zadowalają. W sierpniu otrzymałam jednak nową maskarę Lancome Monsieur Big. Kiedy przeczytałam, że jej głównym zadaniem jest pogrubienie rzęs i zobaczyłam tradycyjną, sporych rozmiarów szczoteczkę, to pomyślałam, że raczej się nie polubimy. Jakież było moje zaskoczenie po pierwszym pomalowaniu rzęs! Kurde, Monsieur Big naprawdę daje radę i to chyba moja pierwsza strice pogrubiająca maskara, która tak ładnie się prezentuje i podkreśla spojrzenie. Zazwyczaj wybieram te wydłużające, bo wszelkie zwiększenie objętości kończy się u mnie pajęczymi nóżkami, a tu nic z tego. Rzęsy są smoliście czarne, ładnie rozdzielone, widoczne, pogrubione i całkiem nieźle wydłużone, no i przede wszystkim uniesione, bo tusz ładnie trzyma podkręcenie zalotką. Zero grudek, czy posklejanych włosków. Konsystencja od samego początku była odpowiednia, co znacznie ułatwia tuszowanie rzęs. Ponadto zero rozmazywania, kruszenia, czy osypywania się. Jestem zachwycona działaniem, ceną już nieco mniej bowiem tusz kosztuje 139zł i znajdziecie go tutaj.


Drugim bardzo pozytywnym zaskoczeniem sierpnia był podkład L'Oreal Infallible 24H-Matte. Choć obecnie na co dzień używam minerałów, to muszę Wam przyznać, że to naprawdę świetna drogeryjna opcja na dłuższe wyjścia, szczególnie jeśli macie przetłuszczającą się skórę. Podkład ma przyzwoite krycie, którego poziom możemy budować. Ładnie ujednolica skórę, a co najważniejsze świetnie się z nią stapia i nie podkreśla ani porów, ani suchych skórek. Cera prezentuje się gładko i choć jest to kosmetyk matujący, to efekt końcowy daleki jest od płaskiej maski.  Do plusów zaliczam też brak oksydowania po nałożeniu. Na dłoni minimalnie ciemnieje, ale na buzi idealnie się dopasowuje. Przypudrowany długo trzyma mat i nawet jak zaczyna się wyświecać, czy ścierać, to makijaż w dalszym ciągu wygląda ładnie. Nie zauważyłam, aby mnie zapychał, ale też nie używam go na co dzień. Byłam do niego nastawiona sceptycznie, a naprawdę zrobił na mnie dobre wrażenie. Aż chyba przygotuję Wam oddzielny post na temat kilku podkładów z drogerii, bo odkryłam ostatnio kilka fajnych propozycji. Co Wy na to? L'Oreal Infallible 24H-Matte znajdziecie tutaj.


Wszyscy mają Nablę, mam i ja. :D Nie byłabym sobą, gdybym nie skusiła się na Nabla Dreamy Matte Liquid Lipstick, czyli kultową już matową pomadkę w płynie w przepięknym odcieniu Roses. To idealny, brudny, zgaszony róż odpowiedni na każdą okazję. Pachnie budyniem, ma lekką, jakby wodnistą konsystencję, która po chwili zastyga i doskonałą pigmentację. Pełne krycie za jednym pociągnięciem gwarantowane. Uwielbiam ją! Nosi się komfortowo, jest trwała i równomiernie schodzi. Mój kolejny pomadkowy hit. Znajdziecie ją np. tutaj, ale obecnie jest wyprzedana, bo ona generalnie rozchodzi się jak ciepłe bułeczki.


Teraz totalna petarda - pomada do brwi Wibo! Początkowo nie chciałam jej kupować, bo myślałam, że ta formuła, przy moich lichych włoskach się nie sprawdzi. Później ciągle szafa świeciła pustkami, aż wreszcie dopadłam odcień Soft Brown i jestem zakochana w tym kosmetyku od pierwszego użycia. Konsystencja jest w sam raz i bardzo ułatwia pracę. Pomada nie jest ani zbyt sucha, ani mokra, czy lepka. W połączeniu z moim ulubionym skośnym pędzelkiem, pozwala mi wyrysować taki kształt brwi, na jaki mam w danym momencie ochotę. Intensywność koloru możemy z łatwością stopniować. Ekspresowo też dokonuje się ewentualnych poprawek. Co tu dużo pisać - pomada Wibo, to wysoka jakość, piękny kolor, trwałość, wydajność, precyzja i cena przyjazna dla portfela. Jestem na ogromne tak! Szukajcie kosmetyku w Rossmannach, ja swój egzemplarz kupiłam w promocji za niecałe 19zł.




W poście o promocji na pielęgnację w Rossmannie polecałam Wam  masło do ciała z ekstraktami ze zmysłowo pachnących kwiatów wiśni i róży marki Wellness & Beauty. Bardzo je lubię i stosuję codziennie wieczorem. To już mój drugi słoiczek i jestem nieco zmartwiona, bo Pani w "moim" Rossmannie powiedziała mi, że ta linia zniknęła z półek, a ja tak kocham ten zapach idący w parze z dobrym działaniem. Masło szybko się wchłania, ma nietłustą konsystencję, doskonale nawilża i uelastycznia skórę, łagodzi podrażnienia i nie szczypie nawet po depilacji. 


Całkiem przez przypadek odkryłam również  fajny krem - Mizon Water Volume Aqua Gel Cream. Ma on żelową konsystencję i beztłuszczową formułę, jest leciutki i ekspresowo się wchłania, a jednocześnie odczuwalnie nawilża. Fantastycznie sprawdza się pod makijaż, szczególnie w upalne dni. Moja skóra ostatnio mocniej się przetłuszcza i zależało mi na czymś, co dodatkowo jej nie obciąży, nie zapcha, ani nie skróci matu. Mizon wpisał się w moje potrzeby doskonale. Jeśli lubicie takie żelowe kremy, polecam sprawdzić. Znajdziecie go tutaj.  


I to już wszyscy moi ulubieńcy sierpnia. Dajcie znać, czy znacie wymienione przeze mnie kosmetyki i co sądzicie na ich temat! :-) Jakie perełki skradły Wasze serducha w ostatnich tygodniach? 
Migawki #3: czuję jesień

poniedziałek, września 04, 2017 32

Migawki #3: czuję jesień

Dzisiaj zapraszam Was na kolejną odsłonę migawek. W telegraficznym skrócie opowiem Wam o tym co u mnie słychać, o moich jesiennych planach, drobnych zakupach i weekendzie na wsi! Zapraszam do dalszego czytania!

Jestem gotowa na jesień

Nie wiem jak Wy, ale ja kocham zarówno schyłek lata, jak i jesień samą w sobie i już czekam na jej nadejście. Uzbroiłam się w woski, ciepłe kapcie (uprzedzając pytania, są z Pepco), kupiłam wrzosy i cieszę się, że wieczory są już coraz dłuższe. Gdybym miała jeszcze więcej czasu na czytanie, to byłoby idealnie! Koniecznie muszę się zorganizować tak, by pochłonąć choć dwie książki w miesiącu! Nic nie relaksuje mnie bardziej jak deszcz stukający o parapet, kubek ciepłej herbaty w dłoni, mięciutki koc i lektura lub ulubiony serial - dwa ostatnio ulubione polecam Wam na końcu wpisu.


Yankee Candle uzależnia

Kiedyś nie rozumiałam szału na te wszystkie pachnące świece i woski, jednak gdy zaczęłam swoją przygodę z nimi, to przepadłam. Mam swoje ulubione aromaty, głównie te otulające, ciepłe właśnie z linii jesiennych i zimowych. W dalszym ciągu przeważa u mnie Yankee Candle i mam nawet specjalny koszyk na zapasy. Praktycznie każdego dnia odpalam kominek, bo ogólnie uważam, że tarty pachną mocniej niż świece. Zamówienia zazwyczaj robię w ekobieca.pl (dorzucam do każdego zamówienia moje topowe woski!) lub w aromahome.pl.


Weekend na wsi

Jeśli chcę naprawdę odpocząć i oderwać się od codzienności, pakujemy się i jedziemy na wieś, do naszych najbliższych. :) Spacery po lesie, zbieranie grzybów, jedzenie malin, czy pomidorów prosto z krzaczka, stały dostęp do świeżych warzyw, to coś za czym bardzo tęsknię. Wychowałam się na wsi i choć teraz raczej nie wyprowadziłabym się z miasta na stałe, to lubię pojechać tam i po prostu zwolnić. Powietrze ma inny zapach, a czas płynie inaczej. Uważniej.




Dziękujemy w imieniu Marysi!

Wiecie co, los bywa naprawdę przewrotny i czasami potrafi nam się śmiać prosto w twarz. :) W momencie, gdy powiedziałam, że odpuszczam sobie angażowanie się w kocie dramaty, na naszym osiedlu pojawiła się wystraszona, odwodniona Marysia. Jeśli śledzicie moje social media, znacie jej historię doskonale. Nie dało się przejść wobec niej obojętnie, prędzej by mi serce pękło i wyrzuty sumienia zjadły. To dzięki Wam byłyśmy w stanie uzbierać na pokrycie kosztów leczenia, uregulować rachunek w lecznicy i dać jej szansę na nowe, lepsze życie. I choć zaliczyłyśmy mały adopcyjny fail (o tym innym razem), to wierzę, że Marysia już za chwilę będzie miała prawdziwy dom! Najważniejsze, że już jest zdrowa, silna i bezpieczna. Dziękujemy w jej i naszym imieniu, bez Was byłoby nam o wiele trudniej!

Po odejściu z fundacji obiecałam sobie, że nie będę angażować się aż tak bardzo, ale nigdy nie odmówię pomocy kotu spotkanemu na swojej drodze. I co? Los bardzo szybko wywołał mnie do tablicy. Moje osiedle, okolice mojego bloku i ona... Trafił na nią kolega na spacerze z psem, późnym wieczorem. Siedziała przerażona, bała się osiedlowych kotów, uciekając przed nimi nie mogła nawet wskoczyć na niski płotek. Garnęła się do człowieka. Nie było opcji, by ją zostawić. Szybka akcja, transporter, rano lecznica. Od wczoraj cały czas kroplowki, bo Marysia jest osłabiona i odwodniona. Nie chce jeść. Wyniki watrobowe są poza normą, leczenie wdrożone. Powinno przynieść poprawę. Czekamy i szukamy dla niej najlepszego miejsca, choćby tymczasowego. To wspaniała kicia, którą ktoś pewnie wywalił. 😞 A ja jej obiecałam, że już nigdy nie znajdzie się na ulicy. I choć nie mam pojęcia jak to zrobimy, to wygrzebiemy jej z @_ackk_ dom spod ziemi. Trzymajcie kciuki, za Marysię i za nas. Przydadzą się! 💪
Post udostępniony przez AGU | Agata (@agu_blog)

Jesienny rozkład jazdy na blogu

Wrzesień, to miesiąc, który nastraja mnie bardzo pozytywnie, inspiruje i napędza do działania. Nieważne, że moja organizacja obecnie leży i kwiczy, ja biorę na siebie za dużo i naprawdę nie wiem w co ręce wsadzić - mam dużo planów, nowych pomysłów i zamierzam je konsekwentnie realizować. Blog, to takie moje dziecko, miejsce, w które od zawsze wkładam całe swoje serducho, a ostatnio traktowałam go po macoszemu. Was zresztą też, za co najmocniej przepraszam. Wszystko przez brak czasu i konkretnego planu! Niestety w tym momencie spontan się u mnie totalnie nie sprawdza, bo przebieg mojego dnia czasem trudno przewidzieć i muszę mieć zaplanowane działania, teksty, zdjęcia do przodu. A przyznam szczerze, że to dla mnie nowość. ;-) Obiecałam sobie jednak,że wypracuję nowy sposób działania, choćby nie wiem co, bo sama szalenie tęsknię za regularnością! Mocno więc postaram się, by od września publikować dla Was minimum 3 razy w tygodniu - w poniedziałki, środy i piątki. Gdy zaś uda mi się dorzucić do tego posty w niedzielę, będę zadowolona! Jednak nic na siłę. Nigdy nie pisałam i nie będę pisać z przymusu.



Też byłam w Biedronce!

Biedronka pozamiatała szkolną ofertą! Te wszystkie papiernicze i biurowe przydasie rozchodziły się jak ciepłe bułeczki! Złoto, pastele - to coś, co wciąż jest na topie i te wszystkie ołóweczki, spinacze, karteczki, kalendarze, po prostu zalały instagram. Ja też zrobiłam zakupy, wstałam nawet wcześniej, by kupić to co mi się spodobało w gazetce. I choć etap edukacji mam dawno za sobą, to wiadomo - wszystko przyda się do zdjęć i BuJo. :D A tak serio, to od zawsze mam bzika na punkcie tego typu akcesoriów. Lubię notować w ładnym notesie, mieć fajny długopis i tak dalej. Jestem nienormalna? ;)






Dwa dobre seriale i mój nowy sposób na naukę angielskiego 

Jak wspomniałam wyżej, uwielbiam serialowe maratony! A pomyśleć, że kiedyś wcale ich nie oglądałam (nie licząc M jak miłość :D).  Niedawno skończyliśmy ostatni już sezon Orphan Black, pod którego wrażeniem ciągle jestem. A raczej wciąż zachwycam się grą Tatiany Maślany, która wciela się w kilka postaci i po prostu wymiata! Jeśli interesuje Was temat klonowania ludzi, stworzenia ludzkiego ideału i dążenia do władzy za wszelką cenę, gorąco polecam!

Zaczęliśmy też oglądać kolejny sezon Power i jak zawsze oglądam seriale z polskimi napisami, tak tu ich zabrakło, a ja byłam niesamowicie ciekawa, co się wydarzy w kolejnych odcinkach. No i wreszcie się odważyłam włączyć odcinek najpierw z napisami angielskimi, a później już totalnie bez (muszę przyznać, że bez jest mi łatwiej zrozumieć dialogi, bo nie skupiam się na pojedynczych słowach tekstu). Bardzo dużo daje mi osłuchanie się z językiem i przez te kilka tygodni osłuchałam się na nowo z językiem, czego mi właśnie brakowało. No i co najważniejsze mam w sobie coraz większą odwagę w mówieniu. Oglądanie serialu dało mi więcej niż prywatne lekcje angielskiego po latach nauki, serio! A serial Wam polecam. W roli głównej bogaty właściciel popularnego nocnego klubu w Nowym Jorku, jego podwójne życie, gangsterskie klimaty i narkotyki.



Niech wrzesień będzie dobry!

Dziś rozpoczęcie roku szkolnego, więc wszystkim moim czytelniczkom powracającym w szkolne mury życzymy z asystentem Cukierkiem powodzenia, samych piątek i łagodnego przejścia z wakacyjnego trybu. ;) Niech ten miesiąc będzie dla Nas wszystkich wspaniały i rozpieszcza piękną pogodą!

A gdyby ktoś pytał, to Mój słodki Cukierek w dalszym ciągu jest do adopcji i szuka najlepszego domu. Być może mam za duże wymagania, ale warunkiem koniecznym jest dom niewychodzący w Szczecinie lub okolicach z odpowiednimi zabezpieczeniami tj. siatka na balkonie oraz towarzystwo innego kota. Ten dzidziuś jest ze mną od 3 tygodnia życia, wykarmiony butelką i chcę mieć pewność, że będzie bezpieczny i szczęśliwy. ♥♥♥


Na sam już koniec życzę Wam udanego tygodnia kochani! Dajcie znać co tam u Was! 
 Vichy Dermablend, transparentny puder utrwalający

piątek, września 01, 2017 13

Vichy Dermablend, transparentny puder utrwalający

O pudrze Vichy Dermablend słyszeli już chyba wszyscy. Zakładam też, że większość z Was już go próbowała. W moje ręce wpadł dopiero ostatnio, bo choć od dawna chciałam go wypróbować, jakoś nie było nam po drodze. I co tu dużo mówić, bardzo żałuję, że poznałam go tak późno! Dlaczego? O tym opowiem Wam w dalszej części wpisu.


Puder transparentny bezbarwny Vichy zapakowano w zgrabny przezroczysty słoiczek z czarnym wieczkiem. W środku został on wyposażony w sitko oraz puszek, który zaskoczył mnie swoją miękkością i jakością wykonania. Świetnie sprawdza się do wciskania pudru w skórę, można go wyprać i wciąż wygląda jak nowy. Design jest prosty, minimalistyczny i z klasą. 

Duży plus również za konsystencję. Proszek jest bardzo drobno zmielony, wręcz miałki w swej formule i aksamitny w dotyku. Gładko sunie pod palcami, nie stawiając oporu. Nie ma opcji, by wyczuć tu jakieś zbite grudki.

Głównym zadaniem pudru utrwalającego Vichy Dermablend jest przedłużanie trwałości makijażu, matowienie skóry i jednocześnie zapewnienie naturalnego, gładkiego oraz miękkiego wykończenia. Kosmetyk ma nie podkreślać skórek, porów, czy zaskórników a połączony z podkładami marki ma wzmacniać ich działanie. Jest bezpieczny dla cery wrażliwej i alergicznej.

Za co ja polubiłam go najbardziej? Moja skóra nie jest ekstremalnie tłusta, ale mam niemały problem z nosem. To obszar, na którym moje pory są wyjątkowo mocno rozszerzone i niestety niektóre pudry potrafią to skutecznie uwydatnić. Jeśli moja cera ma gorszy okres, to zdarza się, że utrwalenie podkładu kończy się po prostu widocznymi kropkami na nosie (podkład+puder osadzają się w porach i brzydko je podkreślają). Do czasu, gdy nie poznałam pudru Vichy najbardziej gładki efekt gwarantowały mi pudry w kamieniu, te z funkcją krycia, jednak one często potrafią się warzyć i nie trzymają też dobrze matu. Dermablend gwarantuje mi natomiast wielogodzinną trwałość, wolną od błysku strefę T i wyrównaną strukturę skóry. Pięknie utrzymuje makijaż na swoim miejscu, a zarazem skutecznie zmniejsza widoczność porów, maskuje suche skórki, nie podkreśla zmarszczek i ma bardzo miękkie wykończenie, któremu daleko do płaskiego matu.

Przetestowałam go w wielu sytuacjach. Sprawdza się doskonale zarówno na co dzień, jak i podczas większych wyjść. Nie zawiódł mnie na weselu, czy imprezie w klubie. Nawet po pobycie w zatłoczonym lokalu makijaż prezentował się świeżo i ładnie. Puder też nigdy mnie nie zapchał, ani nie spowodował nadmiernego przesuszenia cery.

Jak go aplikuję? Tak jak wszystkie inne pudry. Moje dwa ulubione sposoby, to wciskanie pudru w skórę wilgotną gąbeczką, albo za pomocą puszku. Wtedy bez problemu usuwam ewentualny nadmiar kosmetyku z twarzy i nie muszę się martwić o bielenie - puder pięknie stapia się i współgra z  każdym podkładem.


Na koniec jeszcze kwestia wydajności - sypkie formuły mają to do siebie, że starczają na długo i tutaj też wróżę nam długą znajomość, bo pudru praktycznie nie ubywa. 

Myślę, że nie ma się co dalej rozwodzić, ja dołączam do grona jego fanek, a Wam polecam wypróbowanie go na własnej skórze. Jeśli szukacie kosmetyku matującego, skutecznie utrwalającego i przy tym wygładzającego cerę, będziecie zadowolone! :-)

Słoiczek zawiera 28g kosmetyku i online znajdziecie go w wielu miejscach. Stacjonarnie szukajcie go w dobrych aptekach.


Więcej opinii na temat pudru Dermablend znajdziecie: tutaj.


Koniecznie też napiszcie mi jakie są Wasze doświadczenia z transparentnym pudrem utrwalającym Vichy Dermablend? :-)