AA Wings of Color Dust Matte Loose Powder - pudry, które musisz poznać!

niedziela, października 14, 2018 4

AA Wings of Color Dust Matte Loose Powder - pudry, które musisz poznać!

Kiedyś od pudru do twarzy wymagałam wyłącznie długotrwałego zmatowienia. Obecnie, mimo posiadania cery mieszanej, z szybko przetłuszczającą się strefą T, oczekuję aby puder przede wszystkim utrwalił i scalił makijaż, wyrównał i zmiękczył strukturę skóry (wygładził rozszerzone pory) oraz zapewnił jej zdrowy, świeży wygląd bez efektu maski, czy płaskiego matu uwidaczniającego pierwsze zmarszczki. Nie zmieniło się jednak to, że wciąż uwielbiam poznawać nowe kosmetyki tego typu. Dziś przedstawiam Wam aż trzy różne! Poznajcie pudry AA Wings of Color Dust Matt Loose Powder. Jestem pewna, że pośród nich każda z Was znajdzie odpowiedni dla siebie. :)


Dust Matt Loose Powder jest bardzo drobno zmielonym pudrem sypkim o działaniu matującym. Wyróżnia się na tle innych bardzo lekką formułą oraz krótkim składem, w którym znajdziemy składniki roślinne i minerały takie jak wyciąg z aloesu, owoców acai, proszek z tapioki, czy zeolitów. Co za tym idzie, mamy gwarancję zarówno  utrwalonego makijażu, matu, jak i promiennego wyglądu. 

Na samym wstępie nie mogę nie wspomnieć o designie opakowań, który przypadł mi do gustu. Jest prosto, minimalistycznie, a zarazem elegancko i z klasą. Złote napisy na białych wieczkach prezentują się bardzo gustownie i cieszą oko. Zgrabne i poręczne słoiczki są lekkie i dobrze leżą w dłoniach. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło na plus? Wygodne, elastyczne sitka oraz specjalnie zaprojektowana nakrętka, która chroni puder przed rozsypywaniem i pyleniem. Genialne rozwiązanie!


Kosmetyki AA Wings of Color dostępne są wyłącznie w drogeriach Rossmann. Zapewne zdążyłyście już poznać lub usłyszeć o:
  • Dust Matt Loose Powder - to sypki puder matujący, który ma za zadanie utrwalać makijaż i wygładzać naszą cerę. Kosmetyk wzbogacony został o wycią z aloesu i ekstrakt z owoców acai. Dostępny jest w 3 odcieniach: 20 transparent, 21 ivory, 22 golden beige.
Teraz dołączyły do niego dwie jeszcze cieplutkie nowości! Tym samym linia poszerzyła się o:
  • Dust Matt Loose Powder nr 30 Make UP Fixer - sypki puder zawierający proszek z tapioki, który zapewnia długotrwały mat i utrwalenie makijażu. Działa niczym utrwalająca mgiełka.
  • Dust Matt Loose Powder nr 31 Skin Fresher - puder sypki zapewniający mat, korygujący niedoskonałości i strukturę skóry oraz poprawiający jej koloryt. Posiada proszek z zeolitów. 

No dobrze, zatem jaki puder wybrać dla siebie? Jak moje wrażenia? Już Wam opowiadam. :)

AA Wings of Color, Dust Matt Loose Powder 20 Trasparent 

Puder posiada jasny, beżowy odcień, który w żaden sposób nie wpływa na kolor podkładu - nie przyciemnia go, ani też sam nie oksyduje w ciągu dnia. Jest naprawdę ultra drobno zmielony i ma bardzo aksamitną konsystencję, która przyjemnie się rozciera i pozostawia na skórze jedwabiste wykończenie. Niezależnie od tego, czy używam do aplikacji pędzla, czy gąbeczki uzyskuję zmatowienie bez efektu maski, czy też płaskiego, tępego wręcz matu. Struktura skóry prezentuje się bardzo miękko i gładko, rozszerzone pory są zminimalizowane, a zmarszczki nieuwydatnione. Nie podkreśla też suchych skórek. Puder dobrze też sprawdza się pod oczami - nałożony w większej ilości na chwilę wzmacnia krycie korektora i wzorowo go utrwala. W moim przypadku mat trzyma się około 7 godzin, później wymagane jest zebranie nadmiaru sebum z nosa za pomocą bibułki. Poza błyskiem w strefie T makijaż utrzymuje się bez zarzutu - nie blednie bronzer, ani róż, nie mam odcisków na telefonie po rozmowie. Nie zauważyłam żadnego zapychania, a mam do tego spore tendencje.

Zainteresuj się pudrem jeśli przede wszystkim:
→oczekujesz wykończenia w postaci aksamitnego matu,
→szukasz pudru pod oczy, który nie podkreśli zmarszczek,
→masz rozszerzone pory i chcesz je ukryć,


AA Wings of Color, Dust Matt Loose Powder 30 Make Up Fixer

Tutaj mamy do czynienia z białym, zmikronizowanym proszkiem, który naprawdę porządnie utrwala makijaż i matuje na wiele godzin nawet najbardziej przetłuszczającą się cerę. Jednak tak jak wyżej, nie funduje nam on płaskiej, wysuszonej maski na twarzy za co duży plus. Nałożony, czy to pędzlem, czy gąbeczką nie bieli, a zaaplikowany w nadmiarze jest łatwy do usunięcia. Mimo swych mocno absorbujących sebum właściwości nie przesusza cery, nie podkreśla jej przesuszonych partii, zmarszczek, czy suchych skórek (moja zmora na nosie). Nałożony ruchami wklepującymi bardzo ładnie wygładza strukturę skóry i ukrywa pory na nosie (kolejna moja zmora, niestety wiele kosmetyków ma tendencję do ich podkreślania :(). Producent porównuje jego działanie do utrwalającej mgiełki i faktycznie coś w tym jest. Jest lekki, niewyczuwalny na twarzy, a pięknie scala makijaż i trzyma w ryzach strefę T przez długi czas- u mnie pierwsze poprawki są koniecznie po mniej więcej 9h. Świetnie sprawdza się podczas imprez, różnego rodzaju ważnych wyjść, kiedy chcemy mieć pewność, że przez całą noc będziemy wyglądać nienagannie. 

Zainteresuj się pudrem jeśli przede wszystkim:
→chcesz mieć pewność, że Twój makijaż będzie wyglądał perfekcyjnie przez wiele godzin,
→zależy Ci na długotrwałym macie bez efektu maski, 
→szukasz pudru utrwalającego, który nie przesusza skóry


AA Wings of Color, Dust Matt Loose Powder 31 Skin Freshener

Na początku zaskoczyć może jego pastelowy fioletowo-różowy odcień, jednak nie bez powodu ma on taki kolor. :) Jego zadaniem oprócz zmatowienia cery jest nadanie jej świeżego, promiennego wyglądu oraz zminimalizowanie niedoskonałości. Nie od dziś wiadomo, że fioletowe tony skutecznie wyrównują koloryt skóry, radzą sobie z przebarwieniami, czy drobnymi plamkami. Co więcej, puder w tym odcieniu skutecznie dodaje poszarzałej, zmęczonej cerze życia i energii. Kosmetyk dobrze współgra z podkładem - stapia się z nim i nie jest widoczny na skórze. Działa jak taka niewidzialna, magiczna mgiełka. Przy okazji też nieźle matuje - moją strefę T trzyma w ryzach około 6 godzin, optycznie wygładza i zmiękcza. Osobiście lubię go używać najbardziej wtedy, gdy mam na koncie nieprzespaną noc, albo moja cera ma po prostu gorszy dzień. Efekty jego działania są wtedy bowiem najlepiej widoczne. To moje pierwsze spotkanie z pudrem w tym odcieniu (dotychczas używałam jedynie korektorów), ale na pewno nie ostatnie!

Zainteresuj się pudrem jeśli przede wszystkim:
→twoja skóra jest zmęczona i poszarzała
→masz nierówny koloryt skóry,
→szukasz pudru utrwalającego, który zapewni Ci promienny i świeży wygląd,

zobaczcie jak drobno zmielone są te pudry!

Jeśli miałabym podsumować trzy pudry, to u mnie sytuacja wygląda następująco: na co dzień wybieram AA Wings of Color, Dust Matt Loose Powder 20 Trasparent, który spełnia moje oczekiwania co do dziennego makijażu. Na większe wyjścia, kiedy zależy mi na nienagannym wyglądzie makijażu przez całą noc sięgam po AA Wings of Color, Dust Matt Loose Powder 30 Make Up Fixer. Natomiast, gdy mam za sobą nieprzespaną noc, dużo stresu, jestem chora i generalnie moja cera potrzebuje dodatkowego wsparcia, wybieram AA Wings of Color, Dust Matt Loose Powder 31 Skin Freshener. 

Na który Wy się zdecydujecie? :) 

Sugerowana cena detaliczna AA Wings of Color Dust Matte Loose Powder wynosi 35zł. Jak wspomniałam już wyżej - pudry, tak jak i inne kosmetyki kolorowe marki dostępne są wyłącznie w drogeriach Rossmann i obecnie możecie kupić je w promocyjnej cenie - cały czas bowiem obowiązuje promocja na kosmetyki kolorowe -55%! Trwa ona do 18.10, a od 21.10 do 31.10 zniżką będą objęte wszystkie pudry!


Najlepsze podkłady z Rossmanna

czwartek, października 11, 2018 16

Najlepsze podkłady z Rossmanna

Promocja -55% w Rossmannie na kosmetyki kolorowe trwa w najlepsze. Posiadaczki karty Rossmann od 09.10 do 19.10 mogą zrobić (trzykrotnie) zakupy ze zniżką. W koszyku muszą znaleźć się minimum 3 różne produkty do makijażu. To fajna okazja, aby uzupełnić zapasy lub przetestować nowości. Sama planuję skusić się na kilka gorących hitów, ale jeszcze na zakupach nie byłam. Ciekawią mnie przede wszystkim podkłady i wiem, że Wy też szukacie często opinii na ich temat dlatego dzisiaj przedstawiam najlepsze podkłady z Rossmanna - moi obecni faworyci, sprawdzone typy, po które sięgam z przyjemnością i które zdają egzamin przy cerze mieszanej. Gotowe na przegląd? No to lecimy!


Deborah Milano Extra Mat Perfection

Wiem, że markę nadal dość trudno dostać w Rossmannie (w moim wciąż jej brak), ale wszystkim szczęściarom posiadającym szafę Deborah polecam ten podkład. Ja go uwielbiam i już nie raz go chwaliłam. Pięknie wygląda na skórze, świetnie się z nią stapia, zapewnia matowe, ale zdrowe, aksamitne wykończenie, ukrywa pory, nie podkreśla suchych skórek i w połączeniu z pudrem tej marki daje efekt wygładzonej, jednolitej, świeżej skóry. Krycie ma średnie, ale można je budować. Trzyma strefę T w ryzach, mi najczęściej jak już odrobinę schodzi to z czubka nosa, ale to u mnie dość częsty problem. Używam odcienia 00 i mam już drugą buteleczkę.



Bourjois Healthy Mix BB Cream

Kolejny ulubieniec. Kiedyś bardzo lubiłam tradycyjną wersję, ale po zmianie formuły moja kapryśna cera przestała go tolerować. Na szczęście powstał krem BB, który jest genialny! Lekki, nawilżający, średnio kryjący (spokojnie zakryje wszelkie mniejsze plamki i krostki, do większych niedoskonałości trzeba użyć korektora), dający zdrowe, świeże wykończenie. Mogłoby się wydawać, że na mieszanej cerze z przetłuszczającą się strefą T nie będzie się utrzymywał, ale przypudrowany wygląda ładnie przez wiele godzin  - później wystarczy bibułka i lekkie przypudrowanie nosa, by makijaż prezentował się znów dobrze. Nie podkreśla porów, przesuszonych partii, dobrze dopasowuje się do koloryty skóry. Odcień 01 ma różowe tony, ale na mojej twarzy kompletnie nie rzuca się to w oczy i mi nie przeszkadza.



Rimmel Match Perfection

Producent obiecuje perfekcyjne dopasowanie podkładu do naszej skóry i muszę przyznać, że Match Perfection naprawdę ładnie, naturalnie na twarzy wygląda. Jedwabiste, nie mocno matowe wykończenie, ukryte pory, wygładzona struktura i brak efektu maski, to jego główne zalety. Ogromnym plusem jest także szeroka gama kolorystyczna - aż 11 odcieni w różnej tonacji. Ponadto całkiem nieźle kryje (pierwsza warstwa maskuje lekko, ale śmiało możemy kosmetyku dołożyć), zapudrowany dobrze się trzyma i nie podkreśla suchych skórek. Naprawdę godny polecenia podkład na co dzień!



Revlon Colorstay, Combination/Oily Skin

Zmienił swą formułę, dorobił się pompki i nie jest to już ten sam podkład co kiedyś, ale wciąż pozostaje godny polecenia. Doceniam go za trwałość, krycie, długotrwały mat i odcień. Dla mnie to podkład z kategorii tych na większe wyjścia, ale lubię go mieć pod ręką. Maskuje niedoskonałości, ujednolica koloryt i jest świetną bazą do mocniejszych makijaży. Lubi jednak podkreślać suche skórki, dlatego odpowiednie nawilżenie przy jego regularnym stosowaniu to podstawa. Jeśli sięgacie po niego codziennie, to na dłuższą metę może też obciążać skórę.



L'Oreal True Match

Z tym podkładem mam dziwną relację bo na studiach był moim ukochanym kosmetykiem, a później totalnie mi nie podpasował i zjechałam go nawet na blogu. Moja cera chyba znów się jednak zmieniła, bo lubimy się ponownie. Warunek jest jeden - moja twarz musi być wolna od suchych skórek, bo True Match ma tendencję do ich podkreślania. Poza tym ma płynną formulę, ale dość suche i matowe wykończenie, ładnie kryje i ujednolica cerę bez efektu maski i przyjemnie się nosi. Nie jest to podkład długotrwały i po około 5-6h muszę zebrać bibułką nadmiar sebum z nosa, ale i tak go lubię. :)

L'Oreal Infallible 24H - Matte 

Teraz trochę o nim zapomniałam, ale kiedyś używałam namiętnie. To dobry, długotrwały matujący podkład, który na skórze wygląda bardzo gładko i dobrze się z nią stapia. Nie podkreśla suchych skórek, zmarszczek, ani porów.  Zaaplikowany gąbeczką nie tworzy maski i pozwala budować krycie. Na dłoni oksyduje, ale wklepany na twarzy nie zmienia odcienia i nie odcina się od kolorytu szyi. 




Bell HYPOAllergenic Aqua Jelly Make-Up


To podkład z kategorii tych lekkich i nawilżających. Na mojej przetłuszczającej cerze utrzymuje się jednak bardzo fajnie, także w strefie T, a przy okazji funduje zdrowe, naturalne wykończenie. Wygląda dobrze nawet wtedy, gdy moja skóra ma gorszy czas tj. jest przesuszona, poszarzała, czy ze strupkami po wypryskach. Krycie ma delikatne, ale można doklepać kolejną warstwę. Na większe zmiany potrzebny będzie jednak korektor. Plus za jaśniutkie odcienie! 


Eveline HD Liquid Control

Bardzo płynny, nieobciążający skóry i nietłusty podkład, który zaskakuje kryciem i trwałością. Zdaje egzamin nawet na większych wyjściach, ładnie dyscyplinuje strefę T, wygładza cerę, nie podkreśla zmarszczek, ani przesuszeń. Jego aplikacja jest prosta i przyjemna, a jasny odcień sprawdzi się nawet u bladziochów. 

To chyba wszystkie podkłady z Rossmanna, które na ten moment sprawdzają się na mojej kapryśnej cerze i które mogę polecić jeśli macie podobną skórę do mojej, ale jeżeli szukacie więcej kosmetyków godnych polecenia zajrzyjcie do tego wpisu:

>>PROMOCJA W ROSSMANNIE - JAKIE KOSMETYKI WARTO KUPIĆ?<<


Dajcie też znać, czy już zrobiłyście zakupy! A może dopiero macie je w planach? Podrzucajcie wasze podkładowe typy w komentarzach!
ORPHICA TOUCH Nail & Cuticle Conditioner - mój sposób na zadbane skórki

piątek, października 05, 2018 7

ORPHICA TOUCH Nail & Cuticle Conditioner - mój sposób na zadbane skórki

Zadbane dłonie to jedna z najlepszych wizytówek kobiety. Nieważne, czy paznokcie są długie, krótkie, pomalowane lub pokryte jedynie bezbarwną emalią. Równo opiłowane, o jednakowym kształcie i wypielęgnowanych skórkach przykuwają uwagę. Chyba przyznacie mi rację? :) Temat skórek jest niestety moim nawracającym problemem, bo mam je z natury bardzo delikatne i z reguły nawet lekkie dotknięcie je pilnikiem, czy zwykłe, codzienne porządki domowe potrafią je pozadzierać, przesuszyć lub rozkrwawić. Dodajmy jeszcze do tego koty, które pazurów nie szczędzą i czasem jak przyłożą łapą przy paznokciu, to mam gwiazdki przed oczami. ;) 

Z długością natomiast z reguły nie mam większych problemów, bo odkąd pokrywam paznokcie (umiejętnie) hybrydą płytka jest zabezpieczona, utwardzona i odporna na uszkodzenia. Wiecie jednak, że całkiem niedawno miałam remont, który ciągnął się prawie miesiąc, bo wszystko robiliśmy samodzielnie. A ja nienawidzę mieć na dłoniach rękawiczek zatem każdą czynność wykonywałam gołymi rękami. Jak możecie się domyślać, efekt był marny - jednego paznokcia złamałam otwierając puszkę, inny poleciał podczas składania drabiny, kolejne były umazane w farbie, a skórki były wysuszone na wiór. Moja wina. Spiłowałam wtedy paznokcie totalnie do zera, nałożyłam ukochaną hybrydę (nie znoszę nosić gołej płytki, nie używam już innych lakierów niż hybrydowe i na ten moment nie zamierzam rezygnować z tego rodzaju manicure :)) i zaczęłam regenerację  przede wszystkim skórek z ORPHICA TOUCH Nail & Cuticle Conditioner, czyli odżywką do paznokci i skórek. Jak się sprawdziła? O tym Wam dziś opowiem w dalszej części wpisu!



Marka ORPHICA stworzyła linię TOUCH będącą kompleksową terapią regeneracyjno-pielęgnacyjną dla naszych dłoni. W jej skład wchodzi krem do rąk, peeling do rąk, rękawiczki oraz bohaterka dzisiejszego wpisu, czyli odżywka do skórek i paznokci TOUCH. Jej formuła Deep Regeneration Therapy ma za zadanie wzmocnić, zregenerować, nawilżyć, uelastycznić i wypielęgnować nawet najbardziej osłabione i zniszczone paznokcie oraz skórki wokół nich. Podczas regularnego stosowania płytka staje się bardziej odporna na działanie czynników zewnętrznych, a skórki są zmiękczone i odżywione. 

Odżywkę zamknięto w małej, wygodnej i poręcznej tubce z aplikatorem w formie pędzelka. Preparat mimo swej bogatej formuły ma lekką, nietłustą konsystencję, pięknie pachnie i szybko się wchłania. Bardzo doceniam wszystkie kosmetyki do paznokci, które nie fundują mi tłustego filmu na dłoniach, bo nie znoszę tego uczucia.


Plusem jest także łatwa aplikacja - raz dziennie nanoszę za pomocą pędzelka odżywkę na czyste i suche skórki wokół paznokci oraz ewentualny odrost, który pojawia się przy manicure hybrydowym, czekam chwilę aż kosmetyk się wchłonie i zmywam ciepłą wodą. Tyle. Najczęściej robię to wieczorem.

Co do składu - znajdziemy tutaj na przykład wzmacniający, tworzący warstwę okluzyjną i nadający połysk płytce olej rycynowy. Poza nim odżywka zawiera także olej arganowy o działaniu regenerującym, olej abisyński regenerujący i nawilżający suche skórki przy paznokciach, antyoksydacyjną witaminę E, czy też witaminę B3 wspomagającą ochronę przed działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Nie brakuje również syntetycznej witaminy A, naturalnych fitosteroli, które zabezpieczają przed rozdwajaniem oraz skwalenu kondycjonującego płytkę oraz obszar wokół niej.


No, dobra, ale co z najważniejszym, czyli z działaniem? Jeśli chodzi o paznokcie przed i po, to trudno zobrazować efekt na zdjęciach, bo aparat nie oddaje w pełni tej różnicy. Na żywo widać ją gołym okiem.Tak jak wspomniałam wyżej, z samą płytką nie mam większych problemów (no może poza tym, że z natury jest ona bardzo krótka i moje paznokcie w takim wydaniu nie wyglądają zbyt ładnie), ale nanosząc kosmetyk codziennie poczułam również zmianę nie tylko w kwestii skórek. Zauważyłam jakby płytka była bardziej nawilżona, gładsza, paznokcie rosną szybciej, co widać po odroście, są jeszcze bardziej pancerne i odporne na uszkodzenia.

paznokcie pomalowane po remoncie, skrócone do zera, najbardziej przesuszone skórki widać na palcu małym i serdecznym, strasznie wtedy zajechałam sobie dłonie :( / po prawej stronie paznokcie, które zdążyły już trochę odrosnąć dodatkowo przedłużone bazą hybrydową i pokryte lakierem hybrydowym :) zniknęły wszelkie przesuszone miejsca, nie ma też czerwonych zadziorów, które bardzo często mi dokuczały 

Skórki są natomiast nie do poznania, a to one były największym wyzwaniem. Ja jestem trudnym zawodnikiem dla tego typu kosmetyków: brak rękawiczek podczas wszelkich czynności porządkowych, niechęć do kremów do rąk, ścisły kontakt z kocimi pazurami plus tendencja do nadmiernych przesuszeń na całym ciele przez szalejące hormony i moją chorobę, a także bycie na bakier z systematycznością -raz dziennie, to dla mnie maks jeśli chodzi o wcieranie czegoś w dłonie i paznokcie! - przyznajcie, trudno temu sprostać. A jednak efekty zaobserwowałam nie tylko ja, ale także inne osoby z mojego otoczenia. Pochwaliła mnie nawet ostatnio znajoma zajmująca się profesjonalnie stylizacją paznokci. :D


Okolica płytki jest na pewno bardziej nawilżona i miękka. Skończyły się zadziorki, drobne ranki i inne tego typu dolegliwości. Zniknęły miejscowe zgrubienia i zrogowaciałe partie, które pojawiały się okresowo np. na środkowym palcu, gdy dużo notowałam. Skórki znacznie wolniej też narastają na paznokieć, w sensie, wraz z odrostem nie pojawia się ta cienka błonka. Nie wycinam ich wcale, jedynie odsuwam drewnianym patyczkiem w tym momencie. Używanie odżywki do paznokci zamierzam kontynuować - od dwóch miesięcy sięgam po nią dość regularnie (chyba ze dwa, trzy razy zapomniałam po nią sięgnąć), a jeszcze sporo jej w tubce. Do zalet zaliczam także wysoką wydajność.


Podsumowując, jeżeli macie  zniszczone, osłabione czy suche paznokcie, problemy z rozdwajającą się płytką, a przede wszystkim dokuczają Wam przesuszone, pozadzierane i poranione skórki, które zaburzają estetykę manicure i wygląd dłoni oraz najzwyczajniej w świecie sprawiają ból (kto się z tym boryka, wie jak to potrafi piec, chociażby podczas kontaktu z wodą), polecam wypróbować odżywkę TOUCH. :) Gwarantuję, że szybko zauważycie różnicę i poczujecie ulgę. To według mnie kosmetyk dla każdego, niezależnie od tego jaki manicure wybieracie na co dzień - odpowiednia pielęgnacja jest bowiem najlepszą wizytówką i bazą zarówno do prostych malunków, jak i artystycznych zdobień.

Odżywka TOUCH kosztuje 109zł/15ml i dostępna jest w sklepie internetowym marki ORPHICA.
Bandi, Tricho-peeling oczyszczający do skóry głowy - czy warto kupić? Jak się u mnie sprawdza?

wtorek, października 02, 2018 6

Bandi, Tricho-peeling oczyszczający do skóry głowy - czy warto kupić? Jak się u mnie sprawdza?

Oczyszczanie skóry głowy jest dla mnie bardzo istotnym elementem pielęgnacji włosów. Samo mycie szamponem niestety nie wystarcza, szczególnie gdy borykamy się z nadmiernym przetłuszczaniem, nawracającym łupieżem, czy wypadaniem. Odkąd jestem tego świadoma regularnie wykonuję peeling i testuję różne kosmetyki mające zadanie złuszczyć i oczyścić skórę z nagromadzonego łoju. Jakiś czas temu z polecenia kosmetologa kupiłam w Hebe dość popularny produkt Bandi - tricho-peeling. Wiele z Was dopytuje, czy go polecam i jak się u mnie sprawdza, więc nadeszła pora, by napisać o nim więcej.


Jeśli zaglądacie do mnie regularnie, to wiecie, że borykam się z problemami skóry głowy. Często towarzyszy mi łupież, muszę myć włosy obecnie codziennie, a od niedawna z powodu szalejących hormonów dopadło mnie nadmierne wypadanie. Szczególnie dbam więc o to, aby skóra i ujścia cebulek były czyste, wolne od łoju i innych zanieczyszczeń. Sam szampon nie jest wystarczający, więc regularnie sięgam po peelingi i inne preparaty mające wspomóc oczyszczanie. Ich stosowanie raz w tygodniu zapewnia ogromną różnicę.

OCZYSZCZANIE SKÓRY GŁOWY - PO JAKIE KOSMETYKI SIĘGAM?

Bandi, Tricho-peeling oczyszczający do skóry głowy kupiłam z polecenia kosmetolog, która to chwaliła jego skuteczność. Nie kosztuje dużo (kosmetyki tego typu potrafią być okrutnie drogie!), bo około 40zł, a zaskakuje niezłą wydajnością. Stacjonarnie znalazłam go w Hebe.

To preparat, który ma skutecznie usuwać nadmiar martwego, zrogowaciałego naskórka, normalizować, działać przeciwłupieżowo i zwiększać wchłanialność składników aktywnych z pochodzących z innych, stosowanych przez nas kosmetyków, np. wcierek, czy masek. Peeling zawiera w składzie kwas mlekowy i mocznik, dedykowany jest skórze problemowej, suchej, wrażliwej, przetłuszczającej się, a jego kompozycja zapachowa wolna jest od alergenów.


Ciemna, granatowa butelka z pipetą prezentuje się bardzo "gabinetowo" i profesjonalnie. Sama pipeta, to dość wygodne rozwiązanie jednak moja nie nabiera kosmetyku do końca, a tylko do połowy (nie wiem, czy mam wadliwy egzemplarz, czy wszystkie tak mają), przez co trochę się muszę namachać nim pokryję całą powierzchnię głowy. Aplikacja jest łatwa, bo po prostu wydzielam na głowie przedziałki i tak przekładając pasmo po paśmie, nakładam peeling na skórę. Żelowo-kremowa konsystencja nie ścieka i dobrze trzyma się naskórka. Trochę skleja włosy, ale to bez znaczenia, bo przecież za kwadrans i tak je myjemy.

Do gustu przypadł mi jego delikatny, niedrażniący nosa zapach. To mieszanka ziół i mięty, dość charakterystyczna, według mnie bardzo przyjemna. Mięta przywołuje na myśl świeżość i szczerze mówiąc oczekiwałam, że po nałożeniu tricho-peelingu Bandi na skórę otrzymam właśnie uczucie orzeźwienia, które towarzyszyło mi dotychczas w trakcie tego typu zabiegów. 


Niestety - i tu przechodzimy do sedna, czyli do działania. Dawałam kosmetykowi kilka szans, ale szczerze? Nie widzę jakieś znaczącej różnicy, gdy po niego sięgam. Skóra nie jest ani wyraźnie oczyszczona, ani odświeżona. Łuska jeśli jest, to nie zmniejsza się jakoś szczególnie, włosy nie zyskują na objętości, ani nie są bardziej odbite u nasady. Tak samo szybko również się przetłuszczają. Jedynym plusem jest fakt, że peeling w żaden sposób mnie nie podrażnił (nawet w trakcie noszenia nie czuję jakiegoś mrowienia, szczypania itp).

Pokładałam w nim spore nadzieje, ale mam wrażenie, że na mnie nie działa wcale. :) Szkoda. Zdecydowanie lepiej sprawdzają się u mnie kosmetyki, o których pisałam w poście podlinkowanym wyżej, m.in. peeling Pharmaceris, czy chociażby tradycyjna glinka. :)

Jeśli myślicie o jego zakupie, lepiej zorganizujcie sobie próbkę przed zakupem całej buteleczki. 

Jestem ciekawa, czy miałyście do czynienia z tricho-peelingiem Bandi. Koniecznie dajcie znać, czy sięgacie w ogóle po kosmetyki tego typu. Ja właśnie zaczynam testowanie kolejnego peelingu i opowiem Wam o nim za jakiś czas!

Zdrowa dieta kota -  Jaka karmę wybrać? Jak zmienić nawyki żywieniowe? Jak odchudzić kota?

wtorek, września 25, 2018 36

Zdrowa dieta kota - Jaka karmę wybrać? Jak zmienić nawyki żywieniowe? Jak odchudzić kota?

Kiedy Rudy pojawił się w naszym domu, moja wiedza na temat kotów była zerowa. Mam wrażenie, że świadomość pośród innych osób również była niska. Nie było kocich grup na facebooku, instagram i facebook dopiero rosły w siłę, a za karmę premium uważany był Royal Canin. To było ponad cztery lata temu. W międzyczasie adoptowaliśmy również Lusię oraz odchowaliśmy dziesiątki kocich maluchów jako ich opiekunowie tymczasowi. Oczywiste jest więc to, że chcąc nie chcąc moje doświadczenie i przede wszystkim świadomość tego co dobre, a co złe  dla kota wzrosła. Wciąż się uczę, czerpię wiedzę na temat kociego żywienia od osób mądrzejszych ode mnie, czytam i dokształcam się w tym temacie dla siebie. Przeszłam długą drogę, do pewnych decyzji musiałam dojrzeć, ale jednego jestem pewna - kot jest mięsożercą i to właśnie mięso jeść musi. A żadna marketowa karma, nawet ta najdroższa, najbardziej znana obok dobrej jakości mięsa nie stała. Podobnie jest z chrupkami, zarówno tymi pospolitymi typu Whiskas, jak i wspomniany wcześniej Royal Canin. Żeby jednak wszystko było jasne oraz miało ręce i nogi, zacznijmy od początku. :) Ten post jest na Wasze życzenie, ostrzegam, że będzie długi i może nieco chaotyczny, ale ja nie jestem żadną specjalistką, dzielę się z Wami tym co sama wiem.

Złe dobrego początki

Tak jak wspomniałam wcześniej - wszystkiego trzeba się nauczyć. Teraz mamy to szczęście, że wiedza podana jest na tacy. W sieci znajdziemy wiele merytorycznych artykułów na temat żywienia kotów, są kocie grupy na facebooku (o kotach - merytorycznie, barfne korepetycje - to ich infografiki są dla mnie po dziś dzień najlepszą ściągą i wiedzą w pigułce), w których kociarze dzielą się wiedzą. Trzeba tylko chcieć szukać i się uczyć. Kiedyś nie było tyle dobrego, a przez wiele, wiele lat funkcjonował schemat, że to sucha karma powinna być podstawą kociej diety. Tym bardziej, że weterynarze wciąż to powtarzają. Ja w to naprawdę długo wierzyłam. Karmiłam Rudego karmą Royal Canin Sterilised 37 i czułam się lepsza, bo sądziłam, że przecież mój kot dostaje drogą karmę, a nie jakiegoś tam Kiciusia. A niestety ten przykładowy Kiciuś wcale od Royala gorszy nie był. ;) Później zaczęłam kupować mokrego Felixa w saszetkach no bo przecież to takie pachnące mięsko. No nie, mięsa to tam praktycznie nie ma. I żeby podać Wam konkretny przykład:

  • Skład Felix Kaczka i drób: mięso i produkty uboczne pochodzenia zwierzęcego (w tym 4% kaczki, 14% kurczaka), ryba i rybne produkty uboczne, roślinne produkty uboczne, minerały, cukier - produkty uboczne pochodzenia zwierzęcego oznacza nic innego jak pazury, dzioby, spermę i inne odpadki ładnie ubrane w słowa 
  • Skład Catz Finefood Purrrr Kangur: kangur (70%) (serca, mięso, wątroba, żołądki), bulion (28,8%), minerały (1%), olej z ogórecznika lekarskiego (0,2%) - myślę, że komentarz jest zbędny, różnicę w składach widać gołym okiem
Zerknijcie jeszcze na TĘ INFOGRAFIKĘ..

Kiedy już zdamy sobie sprawę z tego, że karma którą kotom dajemy nie należy do najlepszych jakościowo, wypadałoby coś z tą świadomością zrobić. Tylko co? :) Natłok informacji (czasem sprzecznych) przeraża, wybredne koty, które swoją drogą są świetnymi manipulantami ;) również nie ułatwiają. I tu przechodzimy do sedna - jak to się stało, że moje koty przestały jeść suchą karmę i marketowe, kocie fast foody w saszetkach? Ile czasu to zajęło? I przede wszystkim jak się do tego zabrać?  Jaką karmę wybrać? To wszystko i jeszcze więcej zdradzę Wam w dalszej części wpisu!

Daj sobie czas - do pewnych zmian trzeba czasem dojrzeć :)

Mi tak naprawdę dziurę w brzuchu odnośnie żywienia Lusi i Rudego zaczęła wiercić moja koleżanka. Za każdym razem, gdy widziała suche chrupki w miskach tłumaczyła, że paśnik wystawiony non stop nie jest konieczny i że przecież koty w naturze nigdy nie polują na coś co jest suche. Jednak ja dalej obstawałam przy swoim, że Rudzio nie lubi mokrej karmy, że on w życiu nie ruszy, że próbowałam, że to się nie uda, bo on jak jest głodny, to pół bloku go słyszy tak się drze. :) Marta wtedy nie naciskała, nie krytykowała, ale wciąż powtarzała, że nadejdzie kiedyś taki dzień, że się przekonam... i nadszedł. :D Moje koty od około 3 tygodni nie jedzą w ogóle suchej karmy i po długiej batali wciągają wysokomięsne puszki.

Małymi krokami do celu 

To jednak nie stało się z dnia na dzień. Wiecie, my jesteśmy domem tymczasowym i praktycznie cały czas są u nas jakieś maluchy. Je również początkowo karmiłam suchym Royalem kitten lub baby cat, bo tak mnie nauczono. Do dziś pamiętam jak mnie znajoma instruowała kiedyś, że karmy mokrej, to jak najmniej, bo będzie biegunka. A inna koleżanka tłukła do głowy "tylko mokre, dobrej jakości, albo mięso, bo mały kot ma czystą kartę, nauczysz go teraz, to będzie pięknie jadł". No i uwierzyłam tej drugiej i teraz każdy koci maluch będąc u nas je wyłącznie mokrą karmę dobrej jakości". I o dziwo nie ma biegunek. ;) U nas pobyt maluchów wiele ułatwił - starsze koty uczyły się, zaznajamiały z zapachem i z czystej ciekawości i pazerności zaczęły czasem tą dobrą karmę podjadać, a w zasadzie lizać z pogardą po jednym kęsie. ;)  Nie będę Was czarować, u nas to nie był łatwy proces i szybki, ale właśnie małe kroki pomogły. Poza tym, jeśli Rudy i Luśka czegoś nie zjedli, to i tak się nie marnowało, bo maluchy jadły z apetytem. 

Zmień suchą na lepszą. Jeśli wasze koty faktycznie mokrego nie tykają, ale chcecie polepszyć jakość ich jedzenia, to na początek po prostu zainwestujcie w chrupki lepszej jakości. Bezbożowe, z dużą zawartością mięsa np. Power of Nature, Purizon, Orijen, Acana, Taste of the Wild.

Oszukuj. Tanie, kiepskiej jakości karmy posiadają dużo polepszaczy smaków i najzwyczajniej w świecie uzależniają. Nic więc dziwnego, że nasz kot nie chce jeść ot tak czegoś zdrowego i odżywczego. To coś podobnego do słodyczy, czy jedzenia z McDonald's. Jeśli jest tego dużo w waszym menu i nagle ktoś każe Wam jeś fit posiłki ;), to bywa ciężko, mimo świadomości, że to dla naszego dobra. A pamiętajcie, że koty nie rozumieją, co jest dla nich zdrowe, to nasze zadanie, aby zadbać o ich dietę, więc nie dziwcie się, że reagują czasem fochem. :D My musimy je przechytrzyć. Jak? Już mówię.
  • Mieszaj starą karmę z nową. Dotyczy to zarówno tej suchej (choć specjaliści rekomendują, by suchej w diecie nie było i docelowo podstawą ma być mokre jedzenie/BARF/Whole prey, ale otwarcie mówię, że dwa ostatnie, to już dla mnie za dużo i mięsne puszki to już mój maks), jak i mokrej. Po prostu do miski dodajemy odrobinę nowego pokarmu i powoli zwiększamy proporcję, aż do momentu, gdy starego nie będzie wcale. 
  • Dosmaczaj - można kupić takie sosy w saszetkach (pasty słodowe) np. w Rossmannie lub sklepach zoologicznych/online, którymi możemy odrobinę polać naszą nową karmę i tym samym zachęcić kota dojedzenia. Stopniowo zmniejszamy ilość naszej polewy. :)
  • Posypka z przysmaków - każdy zwierzak ma swój ulubiony przysmak, zrób z niego posypkę, wymieszaj z małą ilością nowej karmy i zobacz, czy załapie. :)
  • Podlej wodą - ciepła woda wydobywa aromat karmy, a przy okazji zadbasz o to, żeby Twój kot był odpowiednio nawodniony.
→Testuj różne karmy (oczywiście te wysokiej jakości) i różne ich smaki. Koty też mają swoje upodobania. Nie każdy lubi ryby, inny nie tknie np. karmy z jagnięciną. Tutaj po prostu trzeba próbować, miksować i sprawdzać jaki smak podejdzie najbardziej. U nas Rudy zaskoczył z kangurem Catz Finefood Purrrr. To jedyna karma, którą je z prawdziwym smakiem i czasem ze 2-3 razy podchodzi do miski po przerwie, by dojeść. ;)

→Kupuj małe gramatury. I przy okazji małą ilość puszek. Ja niedawno zaszalałam i kupiłam 12 sztuk o pojemności 400g, a kilka dni później wymieniałam się z koleżanką, bo żaden z kotów (nawet mała Plamka!) nie chciał jeść kurczaka z żurawiną. :D Małe pojemności są z reguły droższe, ale w sklepach internetowych jest też sporo mieszanych pakietów próbnych w promocyjnych cenach. :)

→Nie zniechęcaj się i bądź cierpliwa. Zmiany wymagają czasu. Nie poddawaj się po kilku dniach niepowodzenia. Rzadko bywa tak, że podstawisz kotu nową, pożywną karmę, albo dasz surowe mięso i on zje porcję ze smakiem. Zazwyczaj jest odwrotnie - powącha, pokręci nosem i odwróci się na pięcie - znacie to? ;) Ja doskonale, bo tak wyglądały nasze pierwsze próby. Pamiętaj, że koty świetnie grają i one doskonale wiedzą, że gdzieś masz ukryte chrupki, albo ich dotychczasową, ulubioną karmę.  Poza tym koty świetnie grają i zazwyczaj miauczeniem chcą skupić na sobie uwagę i wymusić dany smakołyk. To nie jest tak, że Rudy i Lusia rzucają się na mokrą karmę. Luśka co jakiś czas protestuje, kręci się i liczy, że jednak wyciągnę chrupeczki, ale po chwili, gdy pokręci się i zda sobie sprawę, że nic nie wskóra, podchodzi i je Mac'sa ze smakiem. 

→Otwórz oczy - czytaj składy. To chyba oczywiste. Jeśli skład nie jest jasno podany i nie ma w nim konkretnego mięsa, tylko produkty uboczne pochodzenia zwierzęcego niejasno określone, to nie jest jedzenie warte zakupu i uwagi waszego kota. :) 

→Weterynarz nie jest dietetykiem. Mam ogromny szacunek do weterynarzy i w kwestii leczenia, diagnozowania, badań ufam im. Nigdy nie podaję moim kotom leków na własną rękę, nie leczę ich domowymi sposobami. Co więcej, uważam, że mamy naprawdę szczęście do super lekarzy i zarówno Rudy, Lusia, jak nasze tymczasiki są pod najlepszą możliwą opieką. Weterynarz dietetykiem nie jest. Gdzieś kiedyś przeczytałam ciekawe porównanie - weterynarz, to tak jakby lekarz internista, z tym że wielogatunkowy. Czy jeśli chcecie schudnąć/przytyć/zmienić nawyki żywieniowe idziecie do internisty, czy do dietetyka? Odpowiedź jest prosta. :) Mimo świadomości wiedzy Waszego lekarza udajecie się na wizytę do dietetyka. :)



Jaką karmę wybrać? Polecane karmy mokre i suche, co się u nas sprawdziło?

Wysokiej jakości gotowych kocich karm jest sporo. TUTAJ znajdziecie grafikę ze świetnie rozpisanym podziałem opracowaną przez zespół barfnych korepetycji. Polecam się z nią zapoznać, ja z niej korzystałam i to taka moja podstawowa ściąga. :) TUTAJ z kolei inna infografika, również przydatna.

My do tej pory przerobiliśmy:

MOKRE KARMY:

  • karmę MAC'S - fajna jakość w stosunku do ceny - najlepiej sprawdził się wariant kitten* oraz kaczka, indyk, kurczak. Koty zbiorowo protestowały natomiast przy drobiu i żurawinie, a z kolei koleżanki wcinają ją jak głupie. :)
  • Catz Finefood Purrrr Kangur - Rudzio zajada się ze smakiem i to jego ulubiona karma, dzięki niej przekonał się do mokrego.
  • Feringa - królik i indyk, jedzą, ale nie trzęsą się za nią. :)
  • Cosma Original - kurczak, jako karma uzupełniająca - to karma filetowa i nie może być podstawą diety, bo nie dostarcza potrzebnych wartości odżywczych
  • Cosma Nature - kurczak i szynka drobiowa - jak wyżej, koty dostają ją w ramach przysmaku, albo gdy wyjątkowo marudzą przy jedzeniu, to mieszam im z tymi podstawowymi. 
  • Animonda Carny - przyznaję szczerze, że długo karmiliśmy nią maluchy. Wynikało to z niewiedzy, ponieważ jest to karma przede wszystkim podrobowa i nie powinna być podstawą  kociej diety. Poza tym koty karmione wyłącznie nią mogą mieć rewolucje żołądkowo-jelitowe (i mają dość często, ale nie wszystkie), więc lepiej traktować ją jako karmę uzupełniającą i podawać od czasu do czasu.
  • Smilla - dokładnie to samo co Animonda. 
  • Butcher's - tania karma marketowa, która jako jedyna ma bodajże 40% mięsa w składzie. Karmimy nią bezdomniaki, ale towarzyszyła nam również w domu w momencie przechodzenia na lepszą, mokrą karmę. Ma galaretkę i początkowo była jedyną akceptowalną opcją. Występuje w wielu smakach. Warto ją wypróbować szczególnie w okresie przejściowym, szczególnie, gdy macie wyjątkowo uparte koty.
Sporo jeszcze przed nami testów. ;)

SUCHE KARMY
  • Purizon - kurczak i ryba, sprawdzała się fajnie przez bardzo długi czas, jednak Lusia na niej przytyła to raz, a dwa - w pewnym momencie pojawiły się u niej problemy z brzuchem. Mimo leczenia nie mijały, po zmianie uspokoiło się.
  • Porta 21 Feline Finest Cats Heaven - początkowo koty ją jadły z ograniczonym apetytem, a później jak się rozkręciły, to Rudy pakował chrupki jak chomik. Nie gryzł, a łykał. Ona jest uznawana za karmę średniej jakości.
  • Orijen Cat Six Fish - karmiliśmy nią Rudzia, gdy jeszcze nie było z nami Lusi, pożerał ją wręcz, smakowała mu tak bardzo, że dzienną porcję był w stanie zjeść na raz. Przytył po niej. 
Suchym już dziękujemy.


Jak to u nas było? Moment eliminacji suchej karmy.

Uczyłam koty jedzenia mokrej karmy przy maluchach. Raz dostałam od koleżanki puszkę kangura i nastawiona sceptycznie dałabym sobie rękę uciąć, że jej nie tknie. Zjadł ze smakiem. Widziałam, że Lusia podjada czasem maluszkom MAC'Sa, ale ich suche chrupki wciąż w menu były. Nie wyobrażałam sobie zabrania tych misek, bo czułam się najbardziej wyrodną kocią matką ever. ;) Myślałam, że je zagłodzę. :D Poza tym, były momenty, że w naszym domu kotów było więcej, małe chorowały i na leczenie oraz utrzymanie stada przeznaczaliśmy setki złotych. Bałam się, że będę dawać Rudemu i Lusi drogą karmę, której nie będą chciały jeść i po prostu pieniądze będą lądowały w koszu na śmieci. Druga sprawa - rotacja kocich towarzyszy, to zawsze dla nich jakiś stres, nie chciałam im jeszcze dokładać zmian karmy. I tak się bujałam z tymi moimi wymówkami. Dopiero, gdy Rudy zaczął się przejadać i wymiotować chrupkami - łykał je, pęczniały mu w brzuchu i potem już nie było ciekawie, powiedziałam DOŚĆ. Czas na zmianę. Schowałam suchą karmę definitywnie i postanowiłam, że albo teraz, albo nigdy. Nie będę Wam ściemniać, że było łatwo, bo Rudy jest rozdartym kotem i gdy czegoś żąda, to słyszy go pół bloku. Wiedziałam jednak, że je już mokrą karmę, tak jak  i Lusia. Wisiałam na telefonie z koleżanką, która powtarzała "Agata, od pełnej miski jeszcze żaden kot nie umarł, jeśli jedzą choć trochę, to z głodu nie umrą". :D I faktycznie, chodziły, marudziły, a po chwili podchodziły do miski i jadły. Im więcej jadły, tym bardziej im smakowało. Dosmaczałam im jedzenie ulubioną Cosmą w chwilach kryzysu i przetrwaliśmy. Wszyscy żyją, wszyscy są cali i zdrowi. Rudzio schudł, Lusia także, są bardziej żywe, energiczne i skoczne. Od momentu, gdy zniknęły chrupki nie było żadnego kociego pawia. Sukces. Za jakiś czas się zważymy i zrobimy wyniki krwi, ale już teraz jestem z nas dumna. :)

Od lewej - Rudzio zimą (niech Was nie zmyli, że to zimowe futro, on nie jest kotem wychodzącym, więc futra sezonowo nie zmienia ;)) i obecnie.


Najczęstsze dylematy 


Dostałam od Was kilka pytań, gdy pokazałam Rudzia metamorfozę na stories. :D To był efekt uboczny oczywiście, choć cieszę się, bo zdawałam sobie sprawę, że Rudy powinien schudnąć. Na każdej wizycie przypominała mi o tym również pani weterynarz. Nic jednak nie działało - ani towarzystwo kotów, ani zabawy (on ma je w nosie :D), ani wydzielanie karmy suchej, dopiero zmiana sposobu żywienia pomogła.

Jaka karma dla malucha, kastrata, seniora? Taka sama. Ja wiem, że mnogość rodzajów karmy suchej dla kastratów, kotów niewychodzących, wychodzących itd. może porażać i kusić, ale to tylko złudzenie lepszego dopasowania diety do potrzeb kota. Serio. W przypadku mokrej karmy nie ma znaczenia, czy Wasz kot ma trzy miesiące, rok, czy 8 lat, czy jest kastrowany (a mam nadzieję, że jest). Maluchy np. na luzie mogą jeść inne smaki MAC'Sa niż kitten. Nawet u chorych kotów np. na nerki można podawać karmy mokre, z niższą zawartością fosforu i pod ścisłym nadzorem weterynarza stosować wyłapywacz fosforu, jednak osobiście nie mam w tym temacie doświadczenia. Wiem jednak, że nigdy nie wrócę do suchych karm weterynaryjnych, niezależnie od schorzenia moich kotów w przyszłości.

Jeden kot powinien schudnąć, inny nie, jak to pogodzić? To nie jest dieta odchudzająca! To jest zdrowy sposób żywienia. Koty na chrupkach tyją bo jedzą ich znacznie więcej. Rudy porcje dzienną łykał na raz. Karmę mokra jest bardziej syta, dostaje ją rozdrobnioną, podlaną wodą, zjada jej znacznie mniej niż suchej!, dlatego schudł, a jednocześnie na spokojnie mieści się w zaleceniach producenta co do ilości spożycia.

Kot je bardzo mało - kontynuacja powyższego. Na większości puszek napisane jest, że kot powinien zjeść około 200-250g, by zachować wagę. Jeśli początkowo zje nawet 100g, to z głodu nie umrze, serio. :) A gwarantuję Wam, że z czasem ta porcja się zwiększy, gdy przyzwyczai się do smaku.

Co z odkłaczaniem? U nas odkąd koty jedzą mokre nie ma problemu z zakłaczeniem i np. wymiotami z tego powodu, ale dobrze mieć w domu kocią trawkę lub owies, albo w sytuacjach podejrzanych (można też profilaktycznie najlepiej wg zaleceń weta) podawać pastę odkłaczającą np. Bezopet.

Kiedy powiedzieć stop? Kiedy kot nie je ABSOLUTNIE nic powyżej doby, to znak, że po prostu trzeba szukać dalej jego nowych, ulubionych smaków i próbować małymi kroczkami wdrażać zmiany. Gwarantuję Wam jednak, że to da się zrobić. Kiedyś byłam pierwsza do zaprzeczania, że "a w życiu! nie ma opcji". Teraz wiem, że musiałam dojrzeć.

A co z zębami? Sucha karma polecana jest na zęby, bo niby tak świetnie o nie dba. Bujda na resorach. Zgniećcie ją w dłoni i zobaczcie jaka jest mięciutka i kruchutka. No i ile pyłu zostanie Wam na rękach. Jak więc ma ścierać kamień z twardych, kocich zębów? ;) Poza tym znam wiele kotów na suchej karmie, w tym Rudzia, które regularnie musiały/muszą mieć czyszczone z kamienia zęby w gabinecie weterynaryjnym, więc zdrowe zęby przy chrupkach, to dla mnie żaden argument. 

Dlaczego warto wyeliminować suchą karmę? Argumentów jest sporo, a ja Was odeślę do TEJ INFOGRAFIKI, która zawiera wszelkie istotne informacje.
Na koniec chcę Wam powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Pamiętajcie, że jeśli Wasz kot nauczony jest jedzenia suchej karmy, a Wy postawicie mu obok zdrową mokrą, to on nawet jeśli ją podziobie, to i tak wybierze suchą. I nigdy nie zacznie się na mokrą, wysokomięsną rzucać ze smakiem, bo podjadanie choć kilku chrupków co jakiś czas w ciągu dnia nie pozwala mu bardziej zgłodnieć. :)

To tak jak z dziećmi - skarżymy się, że nie chcą zjeść zdrowego obiadu i martwimy, że będą głodne, a zapominamy, że wcześniej zjadły jogurt, chrupki kukurydziane, czy inną przekąskę. :)



Mam nadzieję, że dotarłyście do końca i wierzę, że ten post zainspiruje choć jedną osobę do zmian, albo chociaż sprawi, że zyskacie większą świadomość w temacie żywienia swoich kotów. Bardzo bym tego chciała. Trzymam kciuki za Was i Wasze futra. :D 

Jeśli macie jakieś pytania, sugestie, piszcie. Ja sama wciąż się uczę i z chęcią chłonę każdą przydatną wskazówkę. :) 

A ja z tego miejsca dziękuję Marcie, Dominice i Mai, którą obserwuję na instagramie - to wszystko Wasza zasługa dziewczyny. ;) 
NeoNail Fall in Love - jesienna feria barw na paznokciach

piątek, września 21, 2018 19

NeoNail Fall in Love - jesienna feria barw na paznokciach

Idzie jesień - moja ulubiona, najbardziej kolorowa pora roku! Choć dni są coraz krótsze, to mnogość barw natury za oknem dodaje mi niesamowitej energii i inspiruje do działania. To również czas na miękkie, puchate swetry, duże chusty, mocniejszy makijaż i zmianę kolorów na paznokciach. Czy Wy także dopasowujecie manicure do pory roku i aury za oknem? Marka NeoNail przygotowała prawdziwą gratkę dla fanek jesieni! Kolekcja NeoNail Fall in Love, to 9 soczystych kolorów wpisujących się doskonale w barwy jesieni oraz w aktualne trendy! Zobaczcie same, ja jestem zachwycona. 


NeoNail Fall in Love

Dziewięć najmodniejszych odcieni zaskakuje głębią i intensywnością koloru. Każdy z nich będzie fantastycznym uzupełnieniem jesiennych stylizacji. Kolory świetnie ze sobą współgrają więc możemy je łączyć, tworząc unikatowe stylizacje. Równie pięknie wyglądają także solo, klasyka bowiem zawsze się obroni.

Krycie, trwałość, pędzelki i sposób aplikacji jak na hybrydy NeoNail przystało jest wzorowa. Nic nie odpryskuje, nie smuży, a pełną głębię koloru uzyskujemy przy dwóch cienkich warstwach.



Zobaczcie teraz co kryje się w środku tych czarnych buteleczek:
  • Unripe Olives - dojrzała, soczysta oliwka czyli piękna, zgaszona, średnio-ciemna zieleń. Wspaniale łączy się z innymi kolorami jesieni zarówno na paznokciach jak i w ubiorze. Idealnie komponuje się z brązem, pomarańczem, czy musztardą.
  • Bottle Green - obłędna, ciemna, głęboka, butelkowa zieleń - to prawdziwy hit! Króluje nie tylko w trendach modowych i manicure, ale również we wnętrzach. Niesamowicie gustowna i elegancka. Nie potrzebuje dodatkowej ozdoby. 
  • Classy Blue - chłodny, ciemny, głęboki granat to kolejny ponadczasowy odcień, który pięknie uzupełni każdą jesienną stylizację. 
  • Rainy Evening - mieszanka błękitu i grafitu, która idealnie obrazuje kolor zachmurzonego, deszczowego nieba w jesienny dzień. Odcień ten świetnie wygląda zestawiony z szarością, czy jeansem. 
  • Seductive Red - nieco ciemniejsza niż klasyczna czerwień, głęboka i nasycona, jesienny must have!
  • Hazelnut Butter - chyba najbardziej apetyczny kolor z całej kolekcji! To udana mieszanka brązu i czerwieni, która ociepli każdy jesienny outfit i doda mu charakteru! 
  • Salty Caramel - fanki słonego karmelu łączmy się! Teraz możemy mieć go również na paznokciach! Ciepły, zgaszony, głęboki - jesienny hit!
  • Autumn Sun - idealnie odwzorowany odcień jesiennego słońca. Kojarzy mi się także z przepiękną żółcią spadających liści. Ten kolor to prawdziwy hit na wybiegach i w trendach manicure.
  • Creamy Latte - śmietankowa biel niczym delikatna mleczna pianka na pierwszej rozgrzewającej kawie wypitej pośród jesiennych liści. Subtelna i niezwykle elegancka. 
I jeszcze trzy moje ulubione kolory czyli Autumn Sun, Salty Caramel i Bottle Green w wykończeniu Top Velour


Każda buteleczka posiada pojemność 7,2ml i kosztuje 29,99zł. Kolekcja Fall in Love dostępna jest  online na stronie neonail.pl oraz w sklepach stacjonarnych marki. 

Jesienny manicure NeoNail

Kolory z kolekcji Fall in Love są tak piękne, głębokie i nasycone, że przepięknie wyglądają na paznokciach solo, w klasycznym wydaniu manicure. Zarówno ja, jak i moje przyjaciółki oszalałyśmy na punkcie butelkowej zieleni Bottle Green (zresztą Wy doskonale wiecie, że ja od jakiegoś czasu ten kolor uwielbiam!) i pozwoliłyśmy grać jej pierwsze skrzypce. :) Jest niezwykle elegancko, prosto, ale z klasą. Dziś chcę Wam także pokazać, że nie trzeba mieć długich paznokci, by dłonie wyglądały na zadbane, krótka płytka pokryta ciemnym kolorem też wygląda obłędnie. :)

Przydatny trik: Malując krótką płytkę pamiętajcie o tym, aby ilość lakieru na pędzelku była niewielka, a nakładane warstwy naprawdę cienkie. Zwiększy, to trwałość naszego manicure i pozwoli na szybkie, a zarazem dokładne utwardzenie koloru. 


Dla przypomnienia, jak wykonać manicure hybrydowy krok po kroku:

→ Stary manicure usuwamy frezarką JSDA Nail Drill JD 700 White
→ Sięgamy po pilnik o gradacji 100/180 i opiłowujemy paznokcie - ściągamy pozostałości z płytki, nadajemy paznokciom odpowiedni kształt, opracowujemy i odsuwamy skórki oraz przechodzimy do dokładnego, ale delikatnego zmatowienia płytki blokiem polerskim.
→ Odtłuszczamy paznokcie Nail Cleanerem i nakładamy cienką warstwę bazy Hard Base.
→ Wkładamy dłoń do lampy LED 24W/48W ECO na 30 sekund.
→ Aplikujemy pierwszą cienką warstwę lakieru Bottle Green.
→ Wkładamy dłoń do lampy, utwardzamy, a następnie aplikujemy drugą, równie cienką warstwę i znów utwardzamy.
→ Pokrywamy płytkę topem Hard Top.
→ Ponownie wkładamy dłoń do lampy, utwardzamy, przemywamy Nail Cleanerem i gotowe.

Przydatny trik: Pamiętajcie, aby zawsze pokryć kolorem również wolny brzeg paznokcia. Manicure dzięki temu dłużej się utrzyma. 


A Wy na jakie odcienie w manicure stawiacie jesienią? Który kolor z kolekcji Fall in Love NeoNail jest Waszym faworytem?