Najciekawsze nowości kosmetyczne: Miya, Makeup Revolution, Yves Rocher i inne

środa, czerwca 21, 2017 11

Najciekawsze nowości kosmetyczne: Miya, Makeup Revolution, Yves Rocher i inne

Dziś szybki przegląd najciekawszych nowości w mojej kosmetyczce. Będzie trochę pielęgnacji i kolorówki, czyli dla każdego coś dobrego. Zapraszam!



O tym, że bardzo lubię kremy MIYA już wiecie. Różowy po dziś dzień jest jednym z moich ulubieńców, ale czy słyszałyście o nowości marki? Dziewczyny podesłały mi jakiś czas temu swoje nowe dziecko, czyli MIYA myPOWERelixir. To serum rewitalizujące, które wzbudziło moją ciekawość od razu, gdy tylko zobaczyłam zapowiedzi na instagramie. myPOWERelixir jest odpowiednio skomponowaną mieszanką  11 drogocennych składników. W składzie znajdziemy olejek chia, jojoba, z gorzkiej pomarańczy, ze słodkich migdałów, ryżowy, kokosowy, a także masło mango, wosk ze skórki pomarańczy, ekstrakt z planktonu oraz witaminy E i F. Kosmetyk ma za zadanie między innymi dodać skórze energii i przywrócić naturalny blask, ożywić poszarzałą cerę, wyrównać koloryt, ujędrnić, napiąć, wygładzić drobne zmarszczki oraz nawilżyć. Brzmi nieźle, prawda? Nie używam serum zbyt długo, ale pierwsze wrażenia, to ogromne tak. Już na wstępie urzeka swoim kobiecym, a zarazem skromnym designem. Po otwarciu słoiczka nasz nos zostaje rozpieszczony pięknym zapachem. Serum ma zwartą konsystencję, która pod wpływem ciepła palców zamienia się w przyjemnie olejową. Aplikacja to czysta przyjemność, bo kosmetyk gładko sunie po skórze i równomiernie rozkłada się na twarzy. Szybko się wchłania i pozostawia delikatną warstwę ochronną. Ja obecnie stosuję serum na noc (można też na dzień, pod makijaż, ale ja latem wolę bardziej żelowe konsystencje) i jestem zaskoczona tym, jak promiennie, zdrowo i świeżo wygląda rankiem moja cera. Jest miękka, nawilżona, rozjaśniona, ujędrniona i wygładzona. Nie ma suchych skórek, ani zaczerwienionych obszarów. Co równie ważne - nie zaobserwowałam na niej nowych zmian, nie pojawiły się żadne krostki, nie wystąpiło żadne zapchanie. Ania i Ania - założycielki MIYA Cosmetics podpowiadają na opakowaniu, że kosmetyk możemy stosować na kilka sposobów:
→jako serum rewitalizujące - wystarczy rozgrzać w dłoniach i wklepać w skórę opuszkami palców,
→jako olejek do pielęgnacji - delikatnie rozmasowujemy okrężnymi ruchami,
→jako serum pod oczy - delikatnie wklepując w obszar pod oczami,
→jako maseczkę całonocną - nanosimy grubszą warstwę ruchem wklepującym i zostawiamy do rana,
→jako olejkowe serum do ust - aplikujemy na wargi,
→jako rozświetlacz - mieszamy z podkładem albo nanosimy na szczyty kości policzkowych. 

Myślę, że za jakiś miesiąc, dwa, albo po prostu, gdy zbliżę się do końca słoiczka, poświęcę serum oddzielny wpis - co Wy na to? :-)  Regularna cena słoiczka o pojemności 50ml, to 99,96zł

A to nie wszystko, bo mam dla Was rabat!:-) Wystarczy  podczas składania zamowienia w sklepie online miyacosmetics.com wpisać kod rabatowy: AguBlog. Obniża on cenę myPOWERelixir (oraz pozostały asortyment, oprócz zestawów promocyjnych) o 20%, a dodatkowo jeszcze jest darmowa wysyłka. :-) Kod ważny jest do 25.06, czyli do niedzieli, do końca dnia. 



Przyleciało też do mnie z ekobieca.pl sporo nowości Makeup Revolution. :-) Głównie czekoladki: paleta cieni Golden Bar i dwie palety do konturowania Bronze and Glow, Light and Glow oraz linia Renaissance. W jej skład wchodzą dwie paletki cieni Renaissance Palette Day i Renaissance Palette Night oraz paletka do konturowania Renaissance GLOW. Szykuję na ich temat oddzielny wpis, więc nie będę się teraz zbytnio rozwodzić. Muszę tylko napisać, że jest super! Całość prezentuje się przepięknie (złote akcenty i te maleńkie niby torebeczki wymiatają!), myślę, że się ze mną zgodzicie. Kolorystyka całkowicie w moim guście, pigmentacja i trwałość też niczego sobie i ogólnie jestem pod sporym wrażeniem, ale wszystko szczegółowo opowiem i pokażę jeszcze w tym tygodniu. 






Jestem totalnym pomadkowym freakiem i choć mam szminek już sporo, to wciąż kuszą mnie kolejne. Teraz mam fazę na wszelkie brudne, zgaszone odcienie nude i ostatnio udało mi się odkryć 3 świetne nowości! Pierwsza z nich, to matowa pomadka w płynie LashBrow w odcieniu 05 Naked. Przepiękny, bezpieczny kolor i niesamowita trwałość! Ostatnio miałam nią pomalowane usta na weselu i przetrwała nawet dwudaniowy obiad, w tym rosół. Nie ściąga ust, nie funduje rodzynki, nosi się komfortowo. Jest genialna! Druga to także pomadka w płynie Milani, Amore Matte, w odcieniu 11 Precious. Już nieco ciemniejsza i wybijająca się na pierwszy plan, ale również dość uniwersalna. Na ustach prezentuje się bardzo gładko, mimo matowej formuły nie podkreśla ich naturalnych załamań. Długo się utrzymuje, nie obciąża. Mam ochotę na więcej. Trzecia i ostatnia szminka to również płynna formuła - Gosh, Liquid Matte Lipstick, w kolorze 001 Candyfloss. Dość jasny, przybrudzony róż, idealny na co dzień. Zastyga troszkę wolniej od pozostałych i jest na początku nieco lepka, ale również przyjemnie się nosi i nie przesusza ust. Wszystkie znajdziecie tutaj


W przesyłce od Artdeco znalazłam między innymi Setting Powder Compact, czyli transparentny puder matujący. Czeka póki co na swoją kolej, ale nie byłabym sobą, gdybym choć raz go nie użyła. Ładnie matuje i zmiękcza optycznie cerę, wygładzając jej strukturę i chowając pory. Myślę, że sie polubimy. Godna uwagi jest także paleta korektorów Artdeco Most Wanted Color Correcting Palette. Zawiera ona 4 korektory do zadań specjalnych: zielony, fioletowy, żółty i pomarańczowy. Nazbierało mi się kilka kosmetyków tego typu i jak je już wszystkie sprawdzę, to przygotuję porównanie. Do kupienia w Douglasach.


Zawitała do mnie także nowa edycja limitowana Yves Rocher Collection Ete. W jej skład wchodzi woda toaletowa, żel pod prysznic i perfumowana mgiełka do włosów. Zapach jest bardzo orzeźwiający, odprężający i lekki, taki iście wakacyjny. Mieszanka cytrusów, owoców i mięty, to typowo letnie aromaty, które wpisują się w me gusta. Nie drażnią, nie przytłaczają, sprawdzą się nawet w największe upały. Linia cały czas jest dostępna tutaj.


W paczce z nowościami Lirene moją uwagę zwróciły dwa płyny micelarne. Pierwszy, to duo płyn micelarny z olejkiem rycynowym. Drugi natomiast, to płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z d-panthenolem. Tego typu kosmetyki idą u mnie jak woda, akurat kończę butelkę Garniera i La Roche-Posay, więc wkrótce przekonam się jak sprawdzają się te ze zdjęć. Na pewno dam Wam znać! Kupicie je w każdej drogerii.



Fajną nowością Lirene jest także brązująca mgiełka. Posiada olejkową duo-formułę z bursztynem i zapewnia bardzo ładny kolor bez smug, czy zacieków. Nawet na moich ultra bladych nogach prezentuje się ładnie i gwarantuje równomierny koloryt, więc polecam. Plusik też za wydajność! Do kupienia np. w Rossmannie.



Wreszcie trafił też do mnie krem do rąk Yope w wersji szałwia i zielony kawior. Ostatnio zaprzyjaźniłam się na nowo z nawilżaniem dłoni, bo moje skórki są w opłakanym stanie i w ogóle jestem cała podrapana przez kocie pazurki. ;-) Muszę więc zadbać o regenerację, by nie straszyć. Krem ma bardzo lekką konsystencję, szybko się wchłania, dobrze nawilża i świeży, ziołowy aromat. O uroczej tubce chyba nie trzeba wspominać? ;-) Do kupienia tutaj


I to już wszystko co chciałam Wam dziś pokazać. Koniecznie dajcie znać jakie kosmetyki w ostatnim czasie zasiliły Wasze toaletki i czy znacie te wyżej przeze mnie wymienione!

Tani makijaż: 5 dobrych kosmetyków kolorowych w niskiej cenie

niedziela, czerwca 18, 2017 31

Tani makijaż: 5 dobrych kosmetyków kolorowych w niskiej cenie

Lubię Wam opowiadać o tanich perełkach, które śmiało mogą konkurować z droższymi kosmetykami. Nie zawsze drożej oznacza lepiej, w wielu przypadkach cena nie jest wyznacznikiem jakości. Obecnie naprawdę jest w czym wybierać i nie trzeba wydawać fortuny, by nasz makijaż prezentował się ładnie i był długotrwały. W dalszej części wpisu opowiem Wam o 5 kosmetykach, na które warto zwrócić uwagę, bo nie rujnują portfela i pozytywnie zaskakują swymi właściwościami. Ciekawe? No, to lecimy!



O rozświetlającej bazie Golden Rose Make-up Primer Luminous Finish pisałam już w ulubieńcach i teraz się powtórzę - jest świetna! Nie znajdziecie w niej widocznych drobinek brokatu, po nałożeniu na skórę zapewnia jej po prostu zdrowy blask Dodaje świeżości i gładkości każdemu makijażowi, nie zdarzyło mi się, aby nie współgrała z jakimś podkładem. Co więcej, baza sprawia, że wszystkie płynne formuły łatwiej się aplikują i stapiają z cerą gwarantując bardziej naturalne wykończenie bez utraty krycia. Ma jasny, perłowy kolor i czasem nawet mieszam ją z podkładem, żeby go trochę rozjaśnić. Nie zapycha, nie skraca trwałości makijażu, no i nie powoduje nadmiernego błysku oraz wyświecania się strefy T, wręcz przeciwnie, trzyma całość w ryzach. Genialny kosmetyk w przystępnej cenie. Za buteleczkę z wygodną pompką przyjdzie nam zapłacić 21,99zł/30ml. Warto! Do kupienia np. tutaj


Sypkie pudry Ecocera są w mojej toaletce już od dłuższego czasu. Lubię zarówno ten bambusowy, jak i ryżowy, i często po nie sięgam w domu. W torebce lubię mieć jednak jakiś kosmetyk matujący w kamieniu, najlepiej w opakowaniu z lusterkiem. Marka całkiem niedawno wypuściła prasowaną wersję pudru ryżowego i powiem Wam, że to było świetne posunięcie. Na zdjęciu widzicie mój drugi egzemplarz, bo pierwszy roztrzaskał mi się w łazience podczas wesela w zeszły piątek (plastik nie jest niestety zbyt odporny na uszkodzenia). Puder robi, to co powinien, czyli długotrwale matuje, nie przesusza, nie bieli i zapewnia gładkie wykończenie. Nie podkreśla suchych skórek, zmarszczek, ani porów. Nie mam mu nic do zarzucenia, dobry i tani - 14,90zł/10g. Do kupienia online, np. tutaj.


Essence Camouflage 2in1 make-up & concealer albo się kocha, albo nienawidzi. Podkład zbiera naprawdę skrajne opinie, ale u mnie się sprawdza. Generalnie myślę, że najlepiej będzie wyglądał na cerach mieszanych i normalnych, bo w przypadku mocno przetłuszczających się nie utrzyma zbyt długo matu, a na suchej skórze może podkreślać przesuszone obszary. Ja jestem z niego zadowolona, bo pozwala budować krycie i zamaskować moje obecnie zmiany na policzkach, ale jednocześnie nie robi maski, nie warzy się w strefie T, nie podkreśla porów, ani zmarszczek i dobrze zagruntowany (choć ma matowe wykończenie, to i tak go przypudrowuję na mokro) utrzymuje się bez zarzutu około 8 godzin, później wymaga poprawek - zebrania sebum za pomocą bibułki i delikatnego zmatowienia pudrem. Co ważne, to chyba pierwszy podkład Essence, który nie funduje mi na twarzy pomarańczy. Odcień 10 ivory jest stosunkowo jasny, ale nie jakoś ekstremalnie i nałożony na dłoń niestety nieco ciemnieje, ale na twarzy już tego nie dostrzegam. Nic się nie odcina i nie utlenia w trakcie noszenia. Myślę, że warto dać mu szansę i wypróbować na sobie, tym bardziej, że kosztuje jedynie 15,99zł/30ml. Szukajcie go w szafach marki lub online np. tutaj



Korektor Catrice Liquid Camouflage znacie już z moich postów doskonale, ale dziś chcę Was poinformować, że nareszcie doczekałyśmy się jaśniejszego odcienia 005 Light Natural. To ładny kolor bez różowych tonów, który faktycznie różni się od tego 010. Ładnie rozjaśnia obszar pod oczami, dobrze się stapia z cerą, naprawdę nieźle kryje i nie ściera się. Cieszę się, że kosmetyk uwielbiany od dłuższego już czasu teraz może mi służyć przez cały rok. Nałożony na skórę i od razu wklepany gąbeczką nie zmienia swej tonacji i nie utlenia się. Nie podkreśla zmarszczek, ale jeśli macie mocno przesuszona cerę, to może ją dodatkowo obciążyć. Kosztuje 15,99zł/5ml. Dostępny jest tam, gdzie asortyment Catrice, zarówno stacjonarnie, jak i w drogeriach internetowych np. tutaj.





O pomadkach Golden Rose Velvet Matte Lipstick już kiedyś wspominałam, ale niedawno trafił do mnie nowy odcień (numerek 14, ciemniejsza, brudna mieszanka różu, czerwieni i brązu(?), dość oryginalny kolor) i momentalnie polubiłam tę linię na nowo. To naprawdę świetne szminki, które kosztują grosze. Bardzo komfortowe w noszeniu, o wykończeniu aksamitnego matu i kremowej formule. Długo się utrzymują, równomiernie ścierają i nie potęgują pierzchnięcia ust. Mają bardzo szeroką gamę kolorystyczną, więc z pewnością każda z Was znajdzie kolor odpowiedni dla siebie. Jeśli jeszcze jakimś cudem o nich nie słyszałyście, bądź ich nie próbowałyście, polecam! Koszt jednej sztuki, to 11,99zł/4,2g. Dostępne np. tutaj.


I to już wszystko na dziś. Jestem ciekawa, czy znacie wymienione wyżej kosmetyki i jakie macie o nich zdanie. Może podzielicie się swoimi tanimi hitami? Na co warto zwrócić uwagę? :-) 

Haul włosowy

środa, czerwca 14, 2017 12

Haul włosowy

Na mojej głowie panuje obecnie niezły sajgon. W ostatnich tygodniach miałam mocno napięty grafik, a poziom stresu osiągnął maksymalny poziom. Nie miałam czasu, ani siły na bardziej złożone dbanie o siebie. Może to tylko wymówka, może po prostu lenistwo wzięło górę, ale włosy zaniedbałam totalnie. Szampon i odżywka to było wszystko. Szybko odbiło się to na kondycji moich niesfornych z natury kosmyków, a ja stwierdziłam, że dalej tak być nie może. ;-)  Wzięłam się w garść i włosy powoli wracają do formy, ale o moim całościowym planie pielęgnacji opowiem Wam innym razem. Dziś natomiast zapraszam na szybki włosowy haul, bo ostatnio uzupełniłam zapasy sprawdzonych kosmetyków i pokusiłam się o kilka nowości!


Na początek must have w pielęgnacji moich włosów, czyli szampon Capitis Duo. Niedawno miałam od niego nieplanowaną przerwę i niestety niezbyt dobrze się to skończyło dla mojej skóry głowy. W tym momencie tylko on jest w stanie utrzymać ją w ryzach. Pozostałe szampony bardzo szybko powodują nawrót łupieżu, a co więcej sprawiają, że moje włosy znacznie szybciej się przetłuszczają i muszę myć je codziennie. Capitis Duo bardzo mi pomaga - usuwa łuskę, doskonale oczyszcza i łagodzi podrażnienia oraz uczucie swędzenia. Trudno dostać go stacjonarnie, a jak już jest, to w śmiesznie wysokiej cenie (np. 46zł) więc zawsze zamawiam go online, tam gdzie znajdę najtaniej (ostatnio 23zł). Jeśli tak jak ja macie problematyczną skórę głowy, polecam wypróbować. 



Niestety moje włosy zaczęły ostatnio znów wypadać. Coraz więcej znajdowałam ich na szczotce i pod prysznicem. Podejrzewam, że to przez stres i nawrót łupieżu, bo wyniki mam w normie. W tej kwestii postawiłam na to co sprawdzone, czyli tabletki Biotebal, które swego czasu bardzo mi pomogły oraz Artego Easy Care T Rescue. Wcierkę polecił mi fryzjer i moja ostatnia "kuracja" przyniosła spektakularne efekty, więc liczę, że sprawdzi się i tym razem. To ampułki z wygodnym dzióbkiem, odpowiednie nawet dla tak wrażliwej skóry głowy jak moja.



W mojej włosowej pielęgnacji nie może zabrknąć oleju ze słodkich migdałów od Nacomi. Ostatnią butelkę wykończyłam niezbezpiecznie szybko stosując olej nie tylko do włosów, ale też na całe ciało i skórki wokół paznokci. Jest szalenie uniwersalny i zawsze mam jedno opakowanie w zapasie. To konkretne zamówiłam już kilka tygodni temu, teraz przyszedł czas na otwarcie. Świetnie zmiękcza, ujarzmia, wygładza i dociąża. Gdybym tylko była bardziej systematyczna... Muszę nad tym popracować, bo ostatnio mocno zaniedbałam olejowanie. Nacomi znajdziecie tutaj.



Totalna nowość dla mnie to Batiste, Stylist, Ooomph My Locks XXL Volume Spray, czyli spray zwiększający objętość włosów. Szukałam czegoś, bardziej pod kątem większych wyjść, co pomoże mi zachować odbicie włosów u nasady i sprawi, że fryzura będzie bujniejsza. Tutaj mamy takie 2w1, objętość i typowe właściwości suchego szamponu. Kosmetyk funduje faktycznie niezły efekt push-up, ale nie radziłabym z nim przesadzać, bo może mocno zmatowić ciemne włosy, które po chwili staną się też dość suche i szorstkie w dotyku. Na szczęście biały nalot jest znikomy. Tak jak napisałam, dla mnie to produkt do stosowania "od święta", w małej ilości, u nasady, głównie na drugi dzień. Myślę, że nada się też do upięć i koków. 

Skusiłam się także na wypróbowanie nowego suchego szamponu. Tym razem postawiłam (w ciemno) na Isanę do włosów brązowych i to był błąd. Jak ta klasyczna wersja jest ok, tak ta wypada bardzo słabo. Szampon jest niewydajny - trzeba dużo go użyć, aby był jakiś efekt, ma rudawy odcień, choć na moich włosach tego na szczęście specjalnie nie widać, a co więcej odświeżenie jest krótkotrwałe! Mam wrażenie, że po kilku godzinach włosy wyglądają jeszcze gorzej, na dodatek stają się też szorstkie w dotyku i bardzo matowe. Nigdy więcej, z podkulonym ogonem wrócę do Batiste. 



Zachciało mi się też jakiejś nowej maski, bo wszystkie praktycznie mi się pokończyły. Padło na L'Oreal, Pro Nutrifier Nutrifier Glycerol Mask, czyli odżywczą maskę do włosów suchych lub przesuszonych. Użyłam jej zaledwie dwa razy, ale pierwsze wrażenia na plus. Po aplikacji włosy są mięciutkie, przyjemne w dotyku, wygładzone, ale nieobciążone. Wizualnie prezentują się lepiej, łatwiej się rozczesują i układają. Do kupienia tutaj

Natomiast druga maska, to Loreal, Pro Volumceutic 2, maska żelowa do włosów cienkich. Doczytałam, że najlepiej stosować ją z serum z tej samej linii (serum poprzedza maskę), ale ja go nie posiadam, więc użyłam jej solo. No i jest całkiem ok, ale bez efektu wow. Włosy są lekkie, ale odpowiednio dociążone, ładnie się układają, zyskują na miękkości i faktycznie jest ich jakby więcej. Są puszyste, ale nie spuszone, mięsiste i ładnie odbite. Co prawda nie aplikuję nigdy maski na skórę głowy, ale ze względu na jej lekką formułę naniosłam ją nieco wyżej niż zwykle i to było dobre posunięcie. Znajdziecie ją tutaj.




I to już wszystkie moje zdobycze. Dajcie znać na jakie kosmetyki Wy skusiłyście się w ostatnim czasie - może polecicie mi też jakąś maskę do włosów? Najlepiej gęstą i mocno odżywczą. :-)
Perełki maja

poniedziałek, czerwca 05, 2017 31

Perełki maja

Czerwiec rozgościł się już na dobre, więc wpadam podzielić się z Wami moimi majowymi perełkami. Jeśli jesteście ciekawe jakie kosmetyki urzekły mnie najbardziej w tym zakręconym pogodowo miesiącu zapraszam do dalszego czytania! :-)

plakat: zloteplakaty.pl, lampka: Jula

Matowe pomadki Deborah Milano Fluid Velvet Mat Lipstick są w mojej toaletce już od jakiegoś czasu, ale dopiero w maju maksymalnie doceniłam ich wysoką jakość. Są przegenialne! Długo utrzymują się na ustach, mają doskonałą pigmentację i równomiernie pokrywają wargi kolorem. Za sprawą lekkiej formuły nie tworzą nieestetycznej skorupki i równomiernie się zjadają. Co więcej, wygodne aplikatory pozwalają na łatwe wyrysowanie konturu ust, kolor nie wylewa się na skórę, a komfort ich noszenia jest bardzo wysoki. Dziewczyny, jeśli jeszcze nie miałyście z nimi do czynienia, to wypróbujcie, bo warto, oj warto! Posiadam 9 odcieni, ale na co dzień najchętniej sięgam po numerek 02 i 08. Szminki znajdziecie w niektórych Rossmannach i online np. tutaj.

Do łask wrócił też rozświetlacz Wibo Diamond Illuminator. Sięganie po niego jest czystą przyjemnością i sama nie wiem, czemu tak długo leżał zapomniany w głębi szuflady. Przepięknie rozpromienia cerę, dodaje makijażowi świeżości i lekkości pozostając przy tym subtelnym oraz nienachalnym. Na skórze funduje gładką taflę odbijającą światło, czyli to co lubię najbardziej, a efekt rozświetlenia można stopniować. Długo się utrzymuje, nie zapycha i ma cudowny, a zarazem uniwersalny kolor. Jest prawdziwą perełką pośród drogeryjnych rozświetlaczy. Do kupienia w Rossmannie.

Nie mogę też nie wspomnieć o rozświetlającej bazie Golden Rose. Make-up Primer Luminous Finish, bo taka jest jej pełna nazwa stała się moją ulubienicą już od pierwszej aplikacji. Pomyśleć, że kiedyś w ogóle nie sięgałam po bazy, później były to wyłącznie te matujące, bo rozświetlenia się bałam. Teraz wszystkie dobre kosmetyki tego typu są na wagę złota, bo nauczyłam się z nich korzystać. ;-) Nanoszę ją na skórę przed aplikacją podkładu, albo mieszam bezpośrednio z fluidem, by nadać mu lekkości. Przepięknie rozświetla, dodaje blasku i zdrowego wyglądu cerze. Jej wykończenie jest widoczne, ale nienachalne. Na próżno szukać tu dużych drobinek, to taka gładka, perłowa formuła. Co ważne, podkłady na niej znacznie łatwiej się rozkładają na skórze i ładniej z nią stapiają. Cały makijaż prezentuje się bardziej naturalnie i dłużej się utrzymuje, nic się nie wyświeca, ani nie ściera, nie musicie się tego obawiać. Baza ma praktycznie biały kolor, ale nie barwi skóry, za to zmieszana z fluidem, potrafi go minimalnie rozjaśnić. Plus także za opakowanie z pompką. Kupicie ją tutaj.

Polubiłam też dwa kosmetyki marki Barwa i mam ochotę na więcej. Natural Shower Oil White Musk, czyli olejek pod prysznic skutecznie oczyszcza skórę, a jednocześnie doskonale ją pielęgnuje. Po prysznicu nie muszę koniecznie wklepywać w ciało balsamu. Kosmetyk ma olejową konsystencję, która po rozsmarowaniu zamienia się w pianę. Od samego początku urzekł mnie też swym zapachem, nieco orientalnym i bardzo odprężającym. Do plusów zaliczam również fakt, że olejek nie posiada silikonów, parabenów, konserwantów, barwników, ani składników pochodzenia zwierzęcego, jest bardzo wydajny (stoi pod prysznicem już ładnych parę tygodni) i maopakowanie z wygodną pompką. Znajdziecie go tutaj.

Drugim, bardzo miłym zaskoczeniem spod szyldu Barwy jest modelujący peeling cukrowy z linii Barwy Harmonii. O rety jak on pachnie! Jak guma balonowa! Ma gęstą, treściwą konsystencję, która w połączeniu z ciepłem dłoni staje się bardziej płynna i plastyczna. Gładko sunie po skórze, a drobinki odpowiedniej wielkości doskonale ścierają martwy naskórek. Po wykonaniu peelingu towarzyszy nam uczucie miękkości, porządnego wygładzenia oraz odżywienia. Kosmetyk pozostawia bowiem delikatną warstwę ochronną (zasługa olejów: kokosowego, bawełnianego, słonecznikowego i masła shea), ale wiecie, taką niezostawiającą tłustych śladów. Uwielbiam go i myślę, że po zużyciu wypróbuję inne peelingi marki. Do kupienia tutaj.



Pogromcą wszystkich niespodziewanych i przede wszystkim niechcianych niedoskonałości okazał się Effaclar A.I La Roche-Posay czyli punktowy preparat na zapalne zmiany trądzikowe. Szybko niszczy wroga, jednocześnie nie przesusza i przyspiesza regenerację naskórka. Zmniejsza też ryzyko wystąpienia blizn, czy przebarwień. Pomaga przede wszystkim w przypadku uciążliwych, niemożliwych do usunięcia w żaden sposób wyprysków w postaci bolących gulek. Szukajcie go w aptekach.

Ostatnia na liście ulubieńców jest maseczka do twarzy. Wrzuciłam ją do koszyka podczas zakupów w Rossmannie, bo była w promocji. Z tego co wiem, to stosunkowa nowość w asortymencie marki. Bielenda Blue Detox, detox & nawilżenie, maska metaliczna do cery suchej i wrażliwej ma za zadanie silnie nawilżać, ujędrniać, dodawać blasku i redukować zmarszczki, a także rozjaśniać przebarwienia. Co więcej, zawarty w składzie węgiel odpowiada za dogłębne oczyszczenie oraz odświeżenie. No i muszę Wam powiedzieć, że obietnice producenta zostały spełnione, bo maska fantastycznie cerę rozpromienia, rozjaśnia, odżywia, zmiękcza i wygładza. Po aplikacji ma bardziej jednolity kolor, jest mięciutka i przyjemna w dotyku, jakby bardziej mięsista, a wszystkie zaczerwienienia są uspokojone. Bardzo często sięgam po nią rano, przed nałożeniem makijażu. Świetnie przygotowuje cerę do przyjęcia pozostałych kosmetyków pielęgnacyjnych i kolorowych. Koniecznie ją sprawdźcie, kosztuje niecałe 3zł!

→Walka o piękną cerę  z La Roche-Posay Effaclar
Ulubieńcy ostatnich miesięcy
5 kosmetyków poniżej 20zł, które musisz poznać



Moje majowe hity już znacie, ale bardzo ciekawią mnie Wasze - jakie kosmetyki przypadły Wam najbardziej do gustu w ostatnich tygodniach? Koniecznie dajcie znać! 
GOLDENBOX - co o nim myślę?

niedziela, czerwca 04, 2017 34

GOLDENBOX - co o nim myślę?

Z subskrypcji kosmetycznych pudełek niespodzianek wypisałam się już dawno temu. GOLDENBOX zainteresował mnie jednak na tyle mocno, że postanowiłam go przetestować. Chyba to złoto w nazwie i info, że box powstał z myślą o kobietach, które chcą poznawać produkty z najwyższej półki podziałało na mnie najmocniej. Czy jestem zadowolona, czy pudełko spełniło moje oczekiwania i przede wszystkim jakie kosmetyki zawiera, dowiecie się w dalszej części wpisu, zapraszam!


Muszę przyznać, że pudełko już na pierwszy rzut oka prezentuje się ładnie - połączenie bieli i złota nie może źle wyglądać. Zadbano też o detale - wstążeczka, naklejka, karteczka z opisem produktów, to coś na co zwracam uwagę. Przyznacie mi pewnie rację, że czasami mały szczegół potrafi mieć ogromny wpływ na odbiór całości?


No, dobra, ale do rzeczy. Przejdźmy do najważniejszej kwestii, czyli zawartości. Co my tu mamy? GOLDENBOX zawiera 7 kosmetyków, w tym aż 5 pełnowymiarowych. Trochę pielęgnacji, trochę kolorówki i zapach. Jest nieźle, ale nie byłabym sobą, gdybym nie napisała, że mogłoby być jeszcze lepiej. :-)



W pudełku znalazłam:

→ See See, Krem na noc z minerałami z Morza Martwego do wszystkich typów skóry
Krem na za zadanie wygładzać cerę, regenerować ją w nocy i sprawiać, że rano będzie rześka, promienna, bardziej zdrowa oraz zyska młodzieńczy wygląd. Plus za to, że przeznaczony jest do każdego rodzaju cery. Marki kompletnie nie znam, więc chętnie sprawdzę jego działanie na sobie. Opakowanie pełnowymiarowe. Cena 49,00zł/50ml. 

→ Botame Face, Arganowy krem do twarzy Anti-Age
Kolejny krem do twarzy, tym razem do stosowania na dzień (i na noc też?). Opracowany na bazie naturalnych olejów roślinnych, z dodatkiem ekstraktów z cytryny i zielonej herbaty. Ma nawilżać, łagodzić, chronić przed utratą wody i działać przeciwstarzeniowo. To moje pierwsze spotkanie z marką, nie słyszałam o jej istnieniu wcześniej, więc też ok, ale kosmetykiem z górnej półki bym tego kremu nie nazwała. :)Produkt pełnowymiarowy. Cena 29,99zl/100ml.

Clinique Pep-Start™ HydroBlur Moisturizer
I znów krem. I znów do twarzy. Cieszę się jednak z niego bardzo, bo jest na mojej liście do wypróbowania wraz z kremem pod oczy z tej linii. Zbiera dobre opinie, ma przygotowywać cerę pod makijaż, niby wygładza skórę, reguluje wydzielanie sebum i przedłuża trwałość kosmetyków kolorowych. Tym razem mamy do czynienia z miniaturą 15ml, pełnowymiarowy kosmetyk kosztuje 95,00zł/50ml.

Michael Kors, woda perfumowana Wonderlust
Zapach zawsze na tak, nawet jeśli jest to maleńka (1,4ml) próbka z atomizerem. Lubię takie maluszki wrzucać do kosmetyczki na krótki wyjazd, czy też mieć w torebce podczas większego wyjścia. Wonderlust to mieszanka kwiatów i orientalnych nut, bardzo ciekawa, kobieca i seksowna, otulająca. Mocno w moim klimacie. Spodobały mi się na tyle, że myślę nad ich zakupem. Cena 229zł/30ml.

→Deborah Milano, Mascara Dream Look
Maskarę miałam okazję poznać już jakiś czas temu i przypadła mi do gustu. Robi co ma robić, czyli wydłuża, delikatnie pogrubia, utrzymuje podkręcenie uzyskane zalotką oraz ładnie rozdziela rzęsy. Nie osypuje się w ciągu dnia i nie odbija na powiekach. Z chęcią więc zużyję drugie opakowanie. Cena 52,99zł/12ml.

→Absolute New York, Perfecting Eyeshadow Primer
Bezolejowa baza pod cienie w opakowaniu z wygodnym, charakterystycznym dla błyszczyków aplikatorem. Ma przedłużać trwałość makijażu i intensyfikować kolor cieni. Dla mnie absolutna nowość, więc chętnie sprawdzę. Może odkryję perełkę? Produkt pełnowymiarowy. Cena 40zł/7,2 ml.

→Bellapierre Cosmetics, Cheek & Lip Stain
Kosmetyk 2w1. Może służyć zarówno jako balsam do ust, jak i róż do policzków. Ma bardzo ładny kolor i przyjemną, kremową konsystencję. Na pewno go wykorzystam. Z tego co wyczytałam, to Bellapierre jest marką produkującą kosmetyki mineralne. Według informacji na kartce cena balsamu to  około 75zł/5g. To około oznacza 55zł na polskiej stronie producenta tutaj


No dobra, teraz słowo podsumowania i moje trzy grosze. :-) W moim odczuciu pudełko wypada całkiem fajnie, bo wszystkie kosmetyki wykorzystam, ale mam do niego kilka zastrzeżeń. Po pierwsze - trzy kremy do twarzy w jednym boxie, to nieco za dużo, nawet jeśli jeden z nich przeznaczony jest na noc, to i tak jest to wtórność. Wolałabym jakąś maseczkę, może krem pod oczy. Po drugie, jak już wspomniałam wcześniej, nie nazwałabym "produktem z najwyżej półki" (cytat z pierwszej strony dołączonej karteczki i ze strony GOLDENBOX) kremu, który kosztuje 29,99zł, czy bazy w cenie 40zł. Jeśli mnie znacie i czytacie regularnie, to wiecie, że ja nie mam problemu z tańszymi, drogeryjnymi kosmetykami, bo sama często (a w zasadzie głównie) po takie sięgam i te też chętnie przetestuję, ale jestem przeciwna sloganom nie mającym zbytniego pokrycia w rzeczywistości. A po trzecie, nie podoba mi się zawyżanie ceny kosmetyku Bellapierre. Na kartce napisane jest około 75zł, i początkowo pomyślałam, że to po prostu błąd, ale na stronie również widnieje ta sama cena (już bez około), więc zakładam, że to świadomy zabieg. Tymczasem na stronie producenta produkt kosztuje 55zł i odnalezienie go zajęło mi może 10 sekund. Różnicy 20zł w żaden sposób nie można podciągnąć pod "około",

Na stronie przeczytamy również, że minimalna wartość boxa wynosi 250zł, to także sprawdziłam. :-) Podzieliłam, zsumowałam i wyszło mi, że kosmetyki w pudełku warte są 286zł (zakładając, że stain Bellapiere kosztuje 75zł). Obietnica została więc spełniona tak, czy inaczej.

Dodam jeszcze, że GOLDENBOX, to pudełko wypuszczane co kwartał, a cena pojedynczego egzemplarza wynosi 119zł. Wpisując hasło tbg20agublog możecie dokonać zakupu o 20zł taniej, czyli w cenie 99zł. Wysyłka jest darmowa, a kod obowiązuje do 09.06.2017.

Zawartość znacie, moją opinię także, decyzję o ewentualnym zakupie pozostawiam więc Wam. :-)

Jestem jednak ciekawa co ogólnie myślicie o subskrypcjach tego typu beauty boxów i czy lubicie otrzymywać pudełka niespodzianki? :-) Dajcie znać, czy jakieś zamawiacie co miesiąć! 
Maski w płachcie - najpopularniejsze błędy podczas aplikacji i jak ich unikać?

piątek, czerwca 02, 2017 9

Maski w płachcie - najpopularniejsze błędy podczas aplikacji i jak ich unikać?

Maseczki w płachcie stały się jednym z największych pielęgnacyjnych hitów ostatniego czasu. Choć sama kiedyś byłam do nich nastawiona sceptycznie, tak obecnie je wręcz uwielbiam. Są wygodne w użyciu, skuteczne i niesamowicie odprężają. Czasami też potrafią poprawić nastrój swymi zabawnymi kształtami. Ich aplikacja z pozoru wydaje się być prosta i oczywista, jednak wiem, że sporo osób nie do końca wie jak się z nimi obchodzić. Ja na początku też popełniałam kilka błędów i wiem, że moje koleżanki również mają je na sumieniu. Mam więc nadzieję, że dzisiejszy post rozwieje wszelkie wątpliwości i tym co masek w płachcie jeszcze nie znają, pozwoli poznać ich prawdziwą moc. :-)



Najpopularniejsze błędy podczas aplikacji masek w płachcie  

→Niedokładnie oczyszczona cera 

Nie wiem skąd wzięło się to przekonanie, ale wierzcie mi, że istnieje, bo sama natknęłam się na nie w sieci. Ponoć przed aplikacją maseczki w płachcie nie trzeba wykonywać demakijażu, co jest oczywiście mitem! Tak jak w przypadku każdego kosmetyku pielęgnacyjnego, tego typu maskę nakładamy wyłącznie na dokładnie oczyszczoną cerę, bez grama makijażu. 

→Nieusunięcie warstwy ochronnej

Wiele masek, chociażby ta Garniera na zdjęciu poniżej, posiada warstwę ochronną, zazwyczaj jest to cienka folia. Jej głównym zadaniem jest ułatwienie rozłożenia maski oraz zaaplikowania jej na skórze. Materiał bywa czasem bardzo delikatny i podatny na uszkodzenia, a dodatkowe usztywnienie pozwala na odpowiednie dopasowanie. Warto jednak pamiętać, że gdy już uporamy się z maską, folię zabezpieczającą ściągamy! Dopiero po jej usunięciu maska staje się na tyle elastyczna, że możemy ją dokładnie docisnąć do skóry, nawet w tych trudno dostępnych obszarach.

→Niedbała aplikacja

Sama aplikacja jest równie ważna. Maska powinna jak najlepiej przywierać do twarzy, by skóra mogła wchłonąć składniki odżywcze. Najłatwiej rozpocząć nakładanie produktu od czoła i kierować się ku dołowi. Cały czas materiał wygładzamy i "rozprasowujemy" dłońmi, aby uniknąć pęcherzyków powietrza. Otwory na oczy, czy usta oczywiście możemy delikatnie powiększyć jeśli są zbyt małe - wystarczy zrobić małe nacięcie nożyczkami z boku. Jeśli maskę zaaplikujecie dokładnie, szybko zauważycie różnicę w jej działaniu.

→Przekraczanie czasu aplikacji

Pamiętajcie, że dłużej nie zawsze znaczy lepiej. W przypadku masek w płachcie, tak jak i glinek, należy nie tyle trzymać się sztywno zaleceń producentów, co po prostu kontrolować czas aplikacji i pilnować, by nie doprowadzić do wyschnięcia kosmetyku. Suchy materiał pochłonie bowiem wilgoć ze skóry i  na próżno będzie szukać nawilżenia.

→Wyrzucanie opakowania z resztkami esencji

Maseczki są zazwyczaj bardzo mocno nasączone esencją, której resztki (jest tego naprawdę sporo!) zostają w saszetce. Błędem jest pozbywanie się ich, bowiem są bardzo bogate w składniki odżywcze i szkoda, by tak dobry kosmetyk się marnował. Dlatego też przelejcie pozostały płyn do pojemniczka na później, albo po prostu nanieście go przed aplikacją maski jako bazę lub wmasujcie w twarz, szyję i dekolt po usunięciu materiału. 

→Mycie twarzy

Po użyciu tego typu masek nie myjemy twarzy wodą, czy też żelem oczyszczającym. Wklepmy resztki esencji i pozwólmy jej działać - niech składniki mają szansę odżywić naszą skórę. Wyjątkiem jest jedynie sytuacja, gdy kosmetyk pozostawia faktycznie lepką, niekomfortową warstwę, ale mi się to jeszcze nie zdarzyło. 

Szeroki wybór maseczek w płachcie znajdziecie w ekobieca.pl


Słowem podsumowania, sięgając po taką maskę niby wszystko wydaje się być wiadome, a jednak nie do końca. :-) Ja sama trzymałam je początkowo zbyt długo na twarzy, albo niedokładnie aplikowałam. Warto jednak nad tym popracować, a gwarantuję Wam, że pokochacie ten rodzaj maseczek za świetne działanie! Ja przepadłam na ich punkcie i wciąż testuję nowe. :-) Wkrótce przedstawię Wam swoich faworytów z tej kategorii!

Dajcie znać, czy dopisałybyście jeszcze jakieś błędy do powyższej listy oraz czy jesteście fankami tego typu kosmetyków pielęgnacyjnych. :-)