4 nowości w mojej pielęgnacji

piątek, marca 24, 2017 10

4 nowości w mojej pielęgnacji

Kilka tygodni temu pokusiłam się na małe zamówienie w sklepie abacosun.pl. Sprawcą całego zamieszania była moja koleżanka. Miało się skończyć na jednej maseczce, ale oczywiście do koszyka wpadło więcej kosmetyków. Dziś Wam o nich troszkę opowiem, zatem zapraszam do dalszego czytania.



O Abacosun po raz pierwszy usłyszałam dawno temu. Pamiętam, że moja dawna kosmetyczka pracowała właśnie na asortymencie marki. Miło wspominam te pierwsze wizyty. Jako nastolatka czułam się w gabinecie niesamowicie rozpieszczona i wydanie jednorazowo z kieszonkowego 120zł na różne zabiegi było dla mnie luksusem oraz sporym wydatkiem.Teraz obudziły się we mnie miłe wspomnienia. :-)

Abacosun oferuje kosmetyki profesjonalne, będące wyposażeniem gabinetów kosmetycznych. Siłą rzeczy więc część produktów na stronie była dla mnie niedostępna. Myślę, że to dobre posunięcie, bo z automatu zmniejsza się ryzyko, że ktoś zrobi sobie krzywdę używając konkretnych preparatów bez wystarczającej wiedzy i doświadczenia. Na szczęście maska, na która miałam chrapkę, jest do kupienia dla każdego. 



De Noyle's - Mask Azulen, czyli maska azulenowa, to główny powód mojego zamówienia. Wiele razy polecała mi ją koleżanka, miałam okazję sprawdzić jej działanie na sobie, więc pokusiłam się o osobistą tubkę. Śmiało mogę napisać, że w ostatnim tygodniu to ona i pewien krem uratowały moją twarz - ugasiły podrażnienie, złagodziły zaczerwienienie i przywróciły równowagę. Maska ma przyjemną, lekką oraz odpowiednio gęstą konsystencję. Nałożona na twarz nie spływa z niej, moja cera wręcz ją pije, także po upływie 10-15 minut mało co pozostaje do zmycia. W trakcie noszenia zapewnia bardzo przyjemne uczucie świeżości (nie mylić z chłodzeniem) i pozwala się zrelaksować. Jej zadaniem jest przede wszystkim kojenie podrażnień, redukcja zaczerwienień, delikatne oczyszczenie, nawilżenie, rozświetlenie i zapewnienie komfortu skórze wrażliwej. No i faktycznie obietnice producenta zostają spełnione! Tuż po aplikacji cera jest widocznie rozjaśniona, wyciszona i szalenie miękka. Znika nieprzyjemne uczucie napięcia, wzrasta jej nawodnienie i w znacznej mierze poprawia się elastyczność. Maska świetnie sprawdza się też nałożona przed samym makijażem - podkład znacznie ładniej leży na tak przygotowanej skórze. Zaletą jest także wygodna tubka, którą w razie potrzeby otwieram, zamykam i chowam do szuflady. Kosmetyk nie należy do najtańszych, ale uważam, że jest wart wydanych pieniędzy. Za tubkę 200ml zapłaciłam 92zł.


Jestem maseczkowym potworem ;) więc nie mogłam sobie też odmówić drugiej maski, która zbiera bardzo dobre opinie w sieci. Mowa o Viviean - Control Therapy Absorbing Mask. Wielokrotnie powtarzałam, że moja cera jest dość wrażliwa i łatwo ulega przesuszeniu, ale też bardzo szybko się zanieczyszcza, więc jeśli skupiłabym się tylko na kosmetykach stricte nawilżających, w tempie ekspresowym skończyłabym z twarzą usianą krostkami i czarnymi kropkami. Muszę więc dbać o odpowiedni balans w tej kwestii. Kosmetyk ma jakby lekko orzechowy aromat i bezproblemowo rozkłada się na twarzy. Delikatnie zastyga, ale jest łatwy w usunięciu. Muszę przyznać, że sceptycznie podeszłam do zapewnień o zwężaniu porów (wiele dziewczyn chwali ją głównie za to), ale to naprawdę ma miejsce. Różnicę widzę największą w strefie T, gdzie moje pory są najszersze (znienawidzony nos). Maska pięknie je odblokowuje, oczyszcza i w efekcie końcowym obkurcza. Wygładza strukturę skóry, zmiękcza ją i wyraźnie ujędrnia. Przyspiesza też gojenie się wyprysków, a przy tym nie powoduje nadmiernego zmatowienia, wysuszenia, czy ściągnięcia skóry. Stosowana regularnie ogranicza stany zapalne i wysypy różnego rodzaju krostek. Docenią ją głównie dziewczyny z cerą problemową, ze skłonnościami do trądziku i zapychania, a jednocześnie uwrażliwioną, gdyż nie powoduje podrażnień. Słoiczek mieszczący 50ml kosmetyki kosztuje 46zł. Dodatkowy plus za wydajność.


Trzeci kosmetyk musi troszkę poczekać na swoją kolej, bo choroba dała mojej skórze popalić i teraz musi się odpowiednio zregenerować nim nałożę na nią jakiekolwiek kwasy. Viviean Therapy Exfoliant Gel BHA 2% to żel z kwasem salicylowym. Kupiłam go z myślą o odblokowaniu porów, wygładzeniu naskórka i przede wszystkim delikatnym rozjaśnieniu przebarwień, które zostały mi po kilku wypryskach. Przekonały mnie opinie o jego łagodności i skutecznym, aczkolwiek powolnym działaniu. Nie jest agresywny, a to dla mnie ważne. Zawiera też składniki łagodzące. Nakłada się go na skórę częstotliwość dostosowując do jej stanu. Zostawia do wchłonięcia i aplikuje właściwy krem nawilżający. Liczę na widoczne efekty. Jak tylko przeprowadzę "kurację", to na pewno dam Wam znać i podzielę się efektami na blogu! A może Wy miałyście do czynienia z tym kosmetykiem? 50ml kosztuje 50zł.



Listę zamyka Abacosun SPA - Soft Skin Lotion. Balsam ma bardzo lekką formułę, szybko się wchłania i ślicznie pachnie. Nie pozostawia tłustego filmu i tuż po aplikacji śmiało możemy sięgnąć po ubranie. Lubię go stosować rano lub po ćwiczeniach. Pozostawia skórę nawilżoną na wiele godzin, miękką i gładką. Zawiera mocznik, masło Shea i pantenol więc dobrze spisuje się także w przypadku podrażnień po depilacji - łagodzi je, a jednocześnie nie powoduje szczypania. Jest wydajny, ma wygodne opakowanie i generalnie spełnia swoje zadanie bez zarzutu. Za 250ml płacimy 29zł. 


I to już całe moje zamówienie. :-) Jestem ciekawa, czy miałyście kiedykolwiek styczność z wyżej wymienionymi przeze mnie kosmetykami. Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać jak wrażenia! A może polecacie coś z asortymentu Abacosun? :-)
Kolejna garść rozczarowań!

środa, marca 22, 2017 23

Kolejna garść rozczarowań!

Dziś przychodzę z kolejną porcją rozczarowań. Muszę, po prostu muszę ponarzekać na jeden krem, który wszyscy tak bardzo chwalą, a mi zrobił na twarzy masakrę. Będzie też o niefajnej maskarze i słabo napigmentowanym trio do konturowania. Ciekawe? No to lecimy!



KosmetykiCethapil DA Ultrasprawdzają się u mnie naprawdę nieźle. Uwielbiam Effaclar Duo [+], regularnie sięgam też po Cicaplast Baume B5, który genialnie koi podrażnioną skórę. Jakiś czas temu jednak skusiłam się na sztandarowy Cicaplast. Bardzo często nazywa się go "opatrunkiem w tubce". Ma przynosić natychmiastową ulgę, regenerować skórę i łagodzić wszelkie zaognione, podrażnione miejsca. Lekarze rekomendują go zarówno na blizny po operacjach, do cer uwrażliwionych po zabiegach dermatologicznych, czy chociażby na silne podrażnienia lub przesuszenia spowodowane alergią bądź innymi czynnikami. Ostatnio miałam trochę problemów z twarzą - zawsze występuje u mnie reakcja łańcuchowa, gdy coś jest nie tak z moim zdrowiem, widać to na mojej buzi w mig. Pełna nadziei więc nałożyłam Cicaplast na twarz, no i zaczął się ogień. Ten krem tak okrutnie mnie podrażnia, że naprawdę nie chciałybyście tego widzieć. Nie dość, że tuż po aplikacji skóra zaczyna szczypać, to jeszcze robi się czerwona jak burak. Robiłam kilka podejść (na szczęście na małych obszarach), za każdym razem było to samo. W dodatku preparat ma niby żelową, ale jakby lepką warstwę i mam wrażenie, że skóra przestaje oddychać. Kurcze, totalny zawód z mojej strony, choć wiem, że akurat ten kosmetyk z gamy LRP zbiera same dobre opinie.

La Roche Posay Effaclar Duo [+]
La Roche Posay Effaclar - nowy ulubieniec do mycia twarzy



Kolejnym rozczarowaniem jest Cethapil DA Ultra, czyli krem intensywnie nawilżający. Kupiłam go po rekomendacji dermatologa, bo niby lekki, niekomedogenny, a zarazem silnie nawilżający. Faktycznie szybko się wchłania, nie zostawia lepkiej warstwy i nie zapycha, ale żeby dogłębnie nawilżał i odżywiał przesuszoną skórę, to już nie bardzo. Nie zauważyłam, by w jakikolwiek sposób poprawił stan mojej cery. Gdy potrzebowała konkretnego wsparcia i kosmetyku, który ją uspokoi, niestety Cethapil okazał się niewystarczający. A szkoda, bo emulsję micelarną bardzo lubię. 


Zawiodła mnie także maskara Max Factor False Lash Epic. Złoto-czarne opakowanie kryje w środku dość dziwaczną szczoteczkę. Wszystko byłoby ok, gdyby nie ta iglasta kulka na jej końcu, która nieco kojarzy mi się z maczugą. To ona sprawia, że tusz, kiepsko się sprawdza - zbiera za dużo kosmetyku, powoduje sklejanie i grudki. Gdyby tak ja uciąć (w sumie zaczęło mi to już chodzić po głowie), z False Lash Epic byłaby całkiem niezła maskara, bo ogólnie zachwyca czernią, ładnie pogrubia i wydłuża. Jednak każdorazową aplikację muszę zakończyć inną szczotką, by rzęsy odpowiednio rozdzielić i pozbyć się z nich nadmiaru produktu. Inaczej efekt pajęczych nóżek murowany. Max Factor ma w swym asortymencie zdecydowanie bardziej udane tusze.

→ 5 kosmetyków poniżej 20zł, które musisz poznać
 Kosmetyki kolorowe, których używam najczęściej


Do nieudanych kosmetyków zaliczam także pomadkę Essence z edycji limitowanej Winter glow w bardzo twarzowym odcieniu 02 Winter Kissed. Dlaczego? Przez jej formułę. To kolejny kosmetyk, który ma postać pisaka zakończonego gąbką. W jego nakrętce jest natomiast umieszczony kolor o konsystencji pudru. Nie wiem kto to wymyśla i po co. Trzeba się namachać, by pokryć usta jednolitą warstwą szminki. Efekt końcowy wygląda dokładnie tak jakbyśmy sobie matową pomadkę wklepały palcem, a poza tym jest nietrwały, szybko się rozmazuje i ściera. Essence i Catrice podłapało koreański trend na te wszystkie kosmetyki typu "cushion", ale niestety w obu markach to rozwiązanie się nie sprawdza (niewypałem są też cienie Catrice, o których pisałam tutaj oraz róż Essece - bohater ostatniego wpisu Miskejt, z którym również miałam do czynienia).


Listę zamyka Catrice Sculpting Powder Palette, czyli paleta do konturowania zawierająca bronzer, róż i rozświetlacz. Jak markę bardzo lubię (w tym róże i bronzery także!), tak na to trio muszę ponarzekać. Kolory ma bardzo ładne, na próżno szukać tu wściekłej pomarańczy, czy cegły. Jednak co z tego, skoro kosmetyk jest praktycznie niewidoczny na skórze. I to w dodatku tak jasnej jak moja. Po raz kolejny to napiszę: muszę się nieźle namachać pędzlem, by faktycznie było widać jakiś kontur. Choć być może dla kogoś będzie zaletą fakt, że trudno sobie zrobić nią krzywdę. Nie wiem, czy to nie była edycja limitowana, ale jeżeli jakimś cudem paletka wpadnie Wam w ręce, radzę odpuścić zakup.

 Garść rozczarowań ostatnich tygodni
→ Makijaż na każdą kieszeń: Catrice, Golden Rose, Kobo, Miss Sporty


I to już wszystko na dziś. Koniecznie napiszcie co Was rozczarowało w ostatnim czasie! Jakich kosmetyków lepiej się wystrzegać? :-)
5 kosmetyków poniżej 20 zł które musisz poznać

sobota, marca 18, 2017 45

5 kosmetyków poniżej 20 zł które musisz poznać

W mojej toaletce nie brakuje tanich i dobrych kosmetyków. Zresztą Wy doskonale wiecie, że tego typu produkty lubię polecać Wam najbardziej. Perełki nierujnujące portfela niesamowicie cieszą, prawda? Dziś podrzucam więc pięć wartych uwagi kosmetyków, po które sięgam z przyjemnością na co dzień. Wszystkie kosztują mniej niż 20zł  i śmiało mogą konkurować z propozycjami droższych marek.


Sensique Matte Fits Perfectly w odcieniu 403 to jedna z moich ulubionych dziennych pomadek. Matowe wykończenie i wygodna formuła w postaci kredki, to coś co idealnie wpisuje się w moje potrzeby. Dochodzi do tego lekko kremowa konsystencja, która gładko sunie po wargach i pokrywa je jednolicie kolorem. Sztyft pozwala też na perfekcyjny obrys konturów. Szminka nie wchodzi w załamania, nie warzy się i nie podkreśla jakoś specjalnie suchych skórek. Bardzo komfortowo się nosi w ciągu dnia, nie powoduje uczucia ściągnięcia, nie przesusza i równomiernie się zjada. Ma też przyzwoitą trwałość. Numerek 403 to subtelny, zgaszony odcień różu, który pasuje do każdego makijażu. Powiem Wam, że kupiłam ją kompletnie w ciemno, a zostałam bardzo miło zaskoczona. Mam ochotę wrócić po inne kolory! Szukajcie jej w Naturze w zawrotnej cenie 9,99zł. 


Lovely Perfect Line to kolejny kosmetyk do ust, który jest wart uwagi, a zarazem tani jak barszcz. Konturówka przepięknie wygląda na wargach zarówno solo, jak i jako baza dla innych szminek. Pozwala uzyskać idealny kontur, ma odpowiednio miękką i kremową konsystencję oraz gładko sunie po ustach. Jest też doskonale napigmentowana, dzięki czemu już jedna warstwa zapewnia pełne krycie. Bardzo gładko "leży", nie podkreślając naturalnych załamań, czy innego rodzaju pęknięć. Uwydatnia lekko suche skórki, ale matowe wykończenia mają to do siebie - to raczej cecha, a nie wada tego typu formuł. Kredka równomiernie się ściera i dość długo utrzymuje się na wargach - noszona w roli bazy przedłuża trwałość kremowych pomadek i zapobiega ich rozmazywaniu się. Numerek 01 to piękny, twarzowy odcień brudnego różu, który wydaje się być bardzo uniwersalnym i odpowiednim dla większości kobiet. Szafa marki dostępna jest w Rossmannie. Konturówka kosztuje 6,59zł.


Lovely Oh Oh Blusher również zasługuje na uwagę. To bardzo przyjemny róż do policzków, który funduje na skórze podobny efekt do Hot Mamy theBalm, czy też Sleek Rose Gold. Jest drobniutko zmielony, bardzo gładki w swej formule i odpowiednio napigmentowany. Na policzkach zapewnia efekt zdrowego, rozświetlonego rumieńca, bez widocznych drobin brokatu. Pięknie opalizuje i odbija światło, więc śmiało można odpuść sobie użycie typowego rozświetlacza. Bardzo ładnie odświeża makijaż, dodaje lekkości i gwarantuje promienny, zdrowy wygląd. Długo się utrzymuje, równomiernie blednie i bez zarzutu współgra z pozostałymi kosmetykami, na przykład bronzerem. A to wszystko w cenie 9,69zł!


Eveline Volumix Fiberlast to moje wielkie odkrycie! Przez długi czas polecałyście mi maskary tej marki i wreszcie, gdy się już na nie skusiłam, z marszu dołączyłam do grona ich fanek. Zarówno wersja złota (pogrubiająco-rozdzielająca), jak i prezentowana dziś srebrna (wydłużająco-podkręcająca) są świetne. Powiem Wam, że są godną konkurencją dla mojej faworytki L'Oreal VML So Couture. Silikonowa szczoteczka perfekcyjnie dociera do każdej rzęsy pokrywając ją głęboką czernią już od nasady. Włoski są ładnie rozdzielone, widocznie wydłużone, lekko pogrubione i uniesione. Gdy użyję zalotki efekt podkręcenia utrzymuje się w ciągu dnia, za co duży plus. Co więcej, tusz od samego początku jest gotowy do użycia - ma odpowiednią konsystencję, nie zostawia grudek, ani nie osadza się w zbyt dużej ilości na rzęsach. Podczas demakijażu schodzi ekspresowo, jednak w trakcie noszenia nie osypuje się, nie odbija na skórze i nie rozmazuje się (pamiętajcie jednak, że nie jest to kosmetyk wodoodporny). Prawdziwy hit za grosze, szczególnie biorąc pod uwagę moje ostatnie rozczarowania znacznie droższymi maskarami. Do kupienia w cenie 14,99zł tutaj.


Freedom Duo Brow Powder, czyli cienie do brwi zamykają dzisiejszą listę. To sensownie skomponowane duety dostępne  w dość szerokiej gamie kolorystycznej, więc każda z Was znajdzie odcień odpowiedni dla siebie. Ja zdecydowałam się na Ebony (ciemniejszy) i Taupe (jaśniejszy), i mieszam je ze sobą wedle uznania. Ich pigmentacja jest w sam raz, dobrze przyczepiają się do włosia pędzla i pozwalają mi na precyzyjne uzupełnienie ubytków w brwiach. Przy moich lichych włoskach na co dzień lubię sięgać właśnie po cienie. Uzupełniam wtedy to, co trzeba i zachowuję zarazem naturalny, nieprzerysowany wygląd. Z kredką, czy pomadą czasem zdarza mi się przesadzić. :-D Kosmetyk utrzymuje się długo, nie ściera się, nie utlenia na inne dziwne kolory. Jedynym maleńkim minusem może być fakt, że przy aplikacji cienie troszkę pylą. Plusują natomiast poręcznym opakowaniem z wygodnym lusterkiem. Brawo za brak zbędnych gadżetów typu pędzelek, czy pęseta - one i tak zazwyczaj do niczego się nie nadają, jedynie zajmują miejsce. Cienie kosztują 19,90zł, znajdziecie je tutaj.

Jestem ciekawa jakie kosmetyki do 20zł Wy mogłybyście polecić. :-) Koniecznie dajcie znać! :-)

Ps. Wiem, że po zmianie szablonu miało tu się wiele dziać, ale choroba (rozłożyło mnie na łopatki) pokrzyżowała mi plany. Jak tylko wrócę do zdrowia (mam nadzieję, że już na dniach!) wracam do Was! :-) 
Zużycia ostatnich tygodni

środa, marca 08, 2017 33

Zużycia ostatnich tygodni

Uzbierało mi się trochę pustych opakowań więc najwyższa pora na denko! Jeżeli jesteście ciekawe jakie kosmetyki udało mi się zużyć w ostatnich tygodniach i co o nich sądzę, zapraszam do dalszego czytania.


Na pierwszy ogień ukochany tusz do rzęs. Jest wiele maskar, które lubię, ale L'Oreal Volume Million Lashes So Couture na ten moment pozostaje numerem jeden. Przepięknie rzęsy rozdziela, pogrubia i przede wszystkim wydłuża. Co więcej, nie obciąża ich - podkręcone zalotką utrzymują swoją formę wiele godzin. Tusz jest idealnie czarny, trwały, a zarazem łatwy do usunięcia. Wygodna, odpowiednio wyprofilowana szczoteczka dociera do każdej rzęsy. Na pewno kupię kolejny egzemplarz. Taniej niż stacjonarnie kupicie ją np. tutaj.

Ulubieńcy stycznia 

Następnie dwa kosmetyki do codziennej pielęgnacji. Antyperspirant Dove go fresh kupiłam bez zastanowienia w Biedronce. Choć nie jestem jakąś ogromną fanką dezodorantów tej marki, ten sprawdzał się całkiem dobrze. Ładnie pachniał, nie dusił w nos i nie gryzł się z zapachem perfum, a ponadto odświeżał na długie godziny oraz chronił przed przykrym zapachem. Zdarzyło mu się niestety zostawić kilka razy białe ślady na ubraniach oraz osad na skórze i głównie z tego względu nie kupię go ponownie.

Niedawno opowiadałam Wam o kremie do rąk z tej serii, a dziś przedstawiam mydełko regeneracyjne do rąk z olejem avocado marki Le Cafe de Beaute. Linia ta nie tylko fenomenalnie pachnie białą herbatą, ale również jest bardzo łaskawa dla skóry dłoni. Mydło skutecznie oczyszcza, ale jednocześnie nie przesusza i nie podrażnia. Po umyciu nie doskwierało mi nieprzyjemne uczucie ściągnięcia, czy napięcia. Dłonie były w dobrej formie, a wygodna butelka z pompką uprzyjemniała codzienne stosowanie. Le Cafe de Beaute to moje małe odkrycie ostatniego czasu i z ogromną przyjemnością zapoznam się z innymi produktami z ich asortymentu. Kuszą mnie głównie kosmetyki do włosów bazujące głównie na naturalnych składnikach (jak zresztą wszystkie inne). Markę znajdziecie tutaj.


Zużyłam też mój absolutny hit do mycia pędzli, czyli olejek pod prysznic Isana. Uwielbiam! Nic tak szybko i skutecznie nie domywa pędzli i gąbek jak on. Korzystając z obecnej promocji 1+1 (trwa do końca dnia) w Rossmannie zaopatrzyłam się w cztery butelki. Gorąco Wam go polecam, z płytką czyszczącą Fot Your Beauty nie mają sobie równych. Szukajcie go na półkach w drogerii Rossmann.

Zimowy żel pod prysznic Isana towarzyszy mi zawsze w chłodniejszych miesiącach i tak było, i tym razem. Uwielbiam jego słodki, wręcz ulepkowaty zapach, który na myśl przywodzi mi cukierki karmelki. Generalnie żele marki lubię, bo dobrze skórę oczyszczają, a jednocześnie nie przesuszają i są dla niej delikatne. Nieźle się pienią i kosztują grosze, więc chętnie do nich wracam. Są dostępne w Rossmannie.

Lirene Lactima Duo Forte, to kremowy żel do higieny intymnej, który zdaje egzamin na piątkę. Robi to, co do niego należy, czyli łagodnie oczyszcza, koi podrażnienia i wspomaga redukcję ewentualnych stanów zapalnych. Wystarcza na bardzo długo i ma praktyczną butelkę z pompką. Do kupienia w drogeriach.

For Your Beauty, płytka do czyszczenia pędzli z Rossmanna
Olejek pod prysznic Isana - hit do mycia pędzli!


Mgiełka Schwarzkopf BC Oil Miracle Oil Mist to jeden z najładniej pachnących kosmetyków do włosów jakie znam. Sięgałam więc po nią z przyjemnością. Aromat długo zostawał na pasmach, a ponadto ładnie je zmiękczał, wygładzał i wspomagał rozczesywanie. Może nie jest to produkt pielęgnacyjny pierwszej potrzeby, ale naprawdę miło się go używało. Dostałam go w prezencie, szukajcie w sieci.


Za to szampon Capitis Duo to mój must have. Jako jedyny trzyma moją skórę w ryzach. Doskonale oczyszcza zarówno ją, jak i pasma na całej długości. Wspominałam wielokrotnie, że mam problemy z łojotokowym zapaleniem skóry głowy, a dzięki temu szamponowi zapomniałam już jak to mieć kłopot z uciążliwym łupieżem. Poleciła mi go pani dermatolog i jestem jej za to niesamowicie wdzięczna. Kupuję go w sieci, bo stacjonarnie jest znacznie droższy.

Kallos Blueberry, to jedna z moich ulubionych masek. Jest tania i widoczny sposób działa na moje włosy. Pięknie je dociąża, wygładza, zmiękcza oraz dyscyplinuje. Kosmyki są super przyjemne w dotyku, lepiej się układają i nie puszą w ciągu dnia. Maska też pięknie pachnie i jest wydajna. Regularnie gości w mojej łazience. Znajdziecie ją np. tutaj.

Ulubieńcy grudnia
Pielęgnacja włosów - kosmetyki do których stale wracam: top 5


Zużyłam też mój ulubiony dwufazowy płyn do demakijażu Nivea. Świetnie usuwa nawet wodoodporną maskarę oraz ciężki makijaż powieki. Jest łagodny dla oczu i cery, nie zostawia tłustej warstwy i nie funduje zamglonego spojrzenia. Produkt obowiązkowy w mojej kosmetyczce. Kupuję go w Rossmannie. 

Płyn micelarny Garnier 3w1 do skóry wrażliwej, to moim zdaniem jeden z najlepszych drogeryjnych miceli. Śmiało może konkurować z Biodermą Sensibio. Doskonale rozpuszcza makijaż i oczyszcza skórę. Jest delikatny, nie powoduje podrażnień, ani łzawienia oczu. Naprawdę mi służy więc regularnie do niego wracam. Wiem, że są inne wersje, ale nie miałam z nimi do czynienia, zatem chętnie poznam Waszą opinię - czy warto po nie sięgnąć? 

Garnier: demakijażowy duet na 5+
Kosmetyki do pielęgnacji twarzy w Rossmannie - jakie polecam?
Zakupy z Rossmanna


Woda termalna Vichy pomagała mi odświeżyć skórę w ciągu dnia oraz była przydatna w trakcie noszenia glinkowych maseczek. Fajnie koi cerę, wycisza zaczerwienia i orzeźwia, ale wymaga osuszania, dlatego w dalszym ciągu moim numerem jeden jest woda Uriage.

Natomiast lekki krem nagietkowy Sylveco jest jednym z moich ulubionych kremów do twarzy, ale to pewnie już wiecie. :-) Genialnie nawilża, zmiękcza i odżywia, jest idealną bazą pod makijaż, szybko się wchłania i nie zostawia tłustego filmu. Kolejne opakowanie zamawiam niebawem! Do kupienia np. tutaj.

Dobre kremy pod makijaż. 5 kremów nawilżający na dzień
Kosmetyki Sylveco - przegląd: pielęgnacja twarzy i włosów

I to już wszystko na dziś. Jestem ciekawa, czy znacie któreś z moich pustaków i jakie macie z nimi doświadczenia. Dajcie też znać co Wam ciekawego udało się ostatnio zużyć. :-) 
Nowy wygląd Agu blog

poniedziałek, marca 06, 2017 76

Nowy wygląd Agu blog

Dziś mam przyjemność zaprosić Was na nową odsłonę bloga. :-) Zmiana chodziła za mną bardzo długo, ale nie mogłam się zdecydować na nic konkretnego. Jednak gdy po raz kolejny popsuł mi się slider, a zdjęcia w popularnych postach stały się niewyraźną garścią pikseli stwierdziłam, że dłużej czekać nie będę. Szablon niestety co jakiś czas płatał mi figle i szczerze mówiąc przez te wszystkie problemy z nim odechciewało mi się nawet pisać. Gdy przez pół godziny próbujesz formatować tekst, a ten nawet nie drgnie to... same się domyślcie. ;-) Odświeżenie mojego internetowego dziecka było więc koniecznością!


Mam nadzieję, że nowy szablon przypadnie Wam do gustu i nadal będziecie tak licznie tu wpadać. :-) Personalizując go starałam się, aby było po mojemu i zarazem przejrzyście oraz czytelnie. Efekt końcowy zadowala mnie w pełni. Z tego miejsca dziękuję Karolinie, która cierpliwie znosiła moje wszystkie uwagi oraz służyła dobrą radą na każdym etapie prac. Jestem pod wrażeniem jej szybkości działania, kreatywności, umiejętności i profesjonalnego podejścia. Dla mnie html to czarna magia, liznęłam trochę podstaw, ale już od dawna wychodzę z założenia, że pewne sprawy lepiej powierzyć specjalistom. Karolina bez wątpienia do nich należy, więc gorąco polecam jej usługi!

Od dziś blog ma też ładną wersję mobilną, co również niesamowicie mnie cieszy, bo ze statystyk wynika, że jednak sporo z Was czyta nowe teksty z tabletów i telefonów. Dajcie znać, czy wszystko śmiga jak należy!

Jestem niesamowicie podekscytowana i bardzo się cieszę, że mogę się z Wami podzielić efektem końcowym, a Karolinie raz jeszcze dziękuję za olbrzymią pracę jaką wykonała. To co teraz oglądacie, to w pełni jej dzieło.

Wam także z całego serducha dziękuję, że tworzycie to miejsce razem ze mną przez te wszystkie lata! ♥ To dzięki Waszym odwiedzinom, komentarzom i wszelkim innym aktywnościom, to co robię ma sens. Zaczynając swą przygodę z blogowaniem nie sądziłam, że przerodzi się ona w największą życiową pasję i że Agu blog tak bardzo się rozrośnie. Od zawsze powtarzam, że mam najlepsze czytelniczki na świecie! Każdego dnia wspieracie, motywujecie i inspirujecie mnie do działania - ogromne dzięki! ♥

Oczywiście zmiana layoutu niesie (jakżeby inaczej!) za sobą masę pozytywnej energii do tworzenia! Też aż mi się dłonie palą do stukania w klawiaturę, zatem spodziewajcie się wysypu nowych treści, które już są w trakcie produkcji. ;-)

Na sam koniec dodam tylko, że z pewną dozą nieśmiałości czekam na Wasze opinie i ewentualne uwagi - wszystkie wezmę pod uwagę. :-)

Do usłyszenia w nowym wpisie!
Nowe palety czekoladowe Makeup Revolution: Chocolate and Peaches i Chocolate Love

środa, marca 01, 2017 28

Nowe palety czekoladowe Makeup Revolution: Chocolate and Peaches i Chocolate Love

Zaledwie kilka dni temu dotarły do mnie dwie nowe palety Makeup Revolution. Tym razem marka urzeka brzoskwiniową i różową czekoladą, które swoimi kolorami już na wstępie robią wrażenie. Postanowiłam nie czekać i na gorąco pokazać Wam ich wnętrze z bliska. Myślę, że ciekawią Was też swatche, więc ich również nie zabraknie w dalszej części wpisu. Zapraszam!


Z paletami czekoladowymi Makeup Revolution mam do czynienia od dłuższego czasu. Miałam okazję przetestować wszystkie warianty kolorystyczne, które ukazały się do tej pory poza jednym wyjątkiem - Golden Bar. Myślę jednak, że prędzej, czy później i ona wpadnie w moje ręce. Nie od dziś wiadomo, że producent inspiruje się marką Too Faced. Palety są zbliżone kolorystycznie do siebie, niestety nie mam porównania co do podobieństw i różnic w kwestii jakości. Nie zmienia to jednak faktu, że uważam czekoladki MUR za naprawdę dobre, godne uwagi palety w rozsądnej cenie. Jeśli szukacie cieni na każdą okazję, które nie zrujnują Waszego portfela, śmiało możecie celować właśnie w jedną z tych bezkalorycznych słodkości.

Palety Makeup Revolution, I Heart Makeup: Death By Chocolate & I Heart Chocolate, Czekoladki, które nie tuczą!
Paleta na dziś: Makeup Revolution Naked Chocolate / Czym kierować się kupując paletę cieni?
Makeup Revolution Chocolate Vice z bliska 

Tym razem przyjrzymy się z bliska wersji Chocolate and Peaches oraz Chocolate Love. Nie będę ukrywać, że moje serce mocniej bije do tej pierwszej, choć drugiej uroku też odmówić nie można, co to, to nie! Na szybko więc obfociłam paletki, aby móc się nimi bezkarnie pobawić, zmacać i poużywać. 


No dobra, ale co my tu mamy? W obu paletach mieści się 16 cieni, w tym po dwa większe. Nie zabrakło również lusterka i dwustronnych aplikatorów. Chocolate and Peaches zawiera piękne brązy, zgaszone zielenie, brzoskwinie i opalizujące róże w ciepłej tonacji - to zdecydowanie kolory w moim guście. Lubię cieplejsze tony i znacznie lepiej się w nich czuję niż w chłodnych barwach. W Chocolate Love przeważają właśnie odcienie różu, fiolety, brązy z domieszką szarości, więc posiadaczki tego typu kompozycji kolorystycznych będą wniebowzięte. Choć ja dla siebie znalazłam w niej również co nieco - umieszczone w niej brązy przepięknie wyglądają na powiekach.




W obu paletkach mamy po 6 cieni matowych i 10 połyskujących o różnych wykończeniach - typowo perłowe, z drobinkami, metaliczne, a nawet opalizujące. Obie są na tyle uniwersalne, że z powodzeniem wykonamy za ich pomocą makijaż na co dzień, jak i na większe wyjścia. Nie brakuje cielistych, bazowych odcieni oraz tych ciemniejszych do podkreślenia załamania, zewnętrznego kącika lub zagęszczenia linii rzęs. 

Tak jak w przypadku pozostałych czekolad, tak i tutaj praca z cieniami to przyjemność. Kolory mają fajną pigmentację i nie tracą na intensywności podczas rozcierania. Oczywiście prym wiodą odcienie błyszczące, ale maty również są widoczne na powiekach. W trakcie aplikacji nic się nadmiernie nie osypuje. W piątek wykonywałam dość ciemny makijaż oka i nie ubrudziłam się wcale. Widoczne jest jedynie delikatne pylenie przy nabieraniu na pędzel. Na powiekach doskonale się blendują i równomiernie rozkładają. Ich konsystencja jest lekko wilgotna i gładko suną po skórze.



Na bazie (obecnie Urban Decay) wszystkie makijaże wykonane czekoladowymi paletami utrzymują się u mnie bez zarzutu cały dzień. Kolory nie bledną, nie zbierają się w załamaniach i tak też jest w przypadku zarówno Chocolate and Peaches, jak i Chocolate Love.

Oczywiście na koniec swatche. :)




Coby się bardziej nie rozwodzić, napiszę po prostu, że obie nowości nie odbiegają jakością od pozostałych czekoladowych palet Makeup Revolution i jak najbardziej je polecam. Myślę, że brzoskwiniowa wersja będzie mi towarzyszyć teraz w wielu makijażach - totalnie uwiodła mnie swoją kolorystyką i wszystkie cienie z niej wykorzystam. :-)

Oba egzemplarze kupicie w drogerii ekobieca.pl w promocyjnej cenie 37,99zł.

  • Chocolate and Peaches KLIK
  • Chocolate Love KLIK
Dajcie znać która czekoladka bardziej wpada w Wasz gust! Jestem niesamowicie ciekawa. :-)