Conversy - czy warto je kupić? jak dobrać rozmiar? czy są wygodne? gdzie robić zakupy?

wtorek, lipca 03, 2018 14

Conversy - czy warto je kupić? jak dobrać rozmiar? czy są wygodne? gdzie robić zakupy?

Kiedyś nie wyobrażałam sobie wydać na trampki 200zł, jednak z zakupem pierwszej pary Conversów zmieniłam zdanie. Ja po prostu uwielbiam te buty, uważam, że są wygodne, wytrzymałe,  ponadczasowe i pasują do każdej stylizacji. Dziś chcę podzielić się z Wami kilkoma patentami, które myślę, że będą przydatne gdy rozważacie ich zakup, albo jeśli już je macie i chcecie, by dłużej wyglądały jak nowe. :) W dalszej części wpisu podrzucam też argumenty, które według mnie przemawiają za ich posiadaniem.


UNIWERSALNOŚĆ

Jak już wspomniałam we wstępie, według mnie Conversy pasują do każdej stylizacji i cenię je za uniwersalność. Nieśmiertelne klasyki, czyli krótkie, białe noszę do wszystkiego! Świetnie wyglądają z jeansami, czarnymi rurkami, szortami, czy sukienkami. Sprawdzają się w codziennych stylizacjach, jak i w wersji sportowej elegancji. Nie zdarzyło mi się jeszcze, aby z jakimś elementem garderoby wyjątkowo mi się gryzły. Po długie, czarne, sięgam już nieco rzadziej. Bardziej wtedy, gdy jest chłodniej i wiem, że może spaść deszcz, głównie do czarnych rurek (optycznie wydłużają nogi), czy ciemnych jeansów, ewentualnie krótkich spodenek. 

KOMFORT I WYGODA

Pierwszą parę kupiłam kilka lat temu i nasłuchałam się wtedy jakie one są niewygodne, jakie ciężkie, jak mnie poobcierają i co? I nic! A moje stopy do jakichś super odpornych nie należą i często borykam się z odciskami. W Conversach zrobiłam setki kilometrów. Zabieram je na każdy wyjazd, bo mam pewność, że sprawdzą się podczas zwiedzania, długich spacerów, czy wieczornych spotkań z przyjaciółmi. Ponoć dobrze ćwiczy się w nich również na siłowni, ale jeszcze nie próbowałam. Nigdy nie bolały mnie od nich stopy, nie czułam aby były zmęczone podczas chodzenia w trampkach i generalnie nie spotkała mnie żadna przykra sytuacja ze strony Conversów poza małym odciskiem na pięcie w momencie, gdy zsunęła mi się z niej stopka. Był wtedy upał, buty były stosunkowo nowe i luźno zawiązane więc siłą rzeczy tarcie przy chodzeniu spowodowało niewielki pęcherz.


JAK DOBRAĆ ROZMIAR

Pierwszy raz kupowałam Conversy w sklepie stacjonarnym. Poprosiłam wtedy o czterdziestkę, bo taki rozmiar standardowo noszę i wydała mi się ona dość spora. W zasadzie, to byłam przekonana, że buty są za duże i poprosiłam o pół rozmiaru mniejsze. One leżały na pozór idealnie, ale ekspedientka doradziła mi, że one nie mogą być "na styk". Musi być luz ponieważ guma z przodu się nie rozciąga i jeśli czujecie na samym początku, że jest ciasno, to weźcie te większe. Wasze palce nie powinny mieć kontaktu z gumą. Ja jestem za radę wdzięczna, bo faktycznie sprawdziła się w praktyce wzorowo. Dwie kolejne pary zamawiałam  online na footway.pl  i również kliknęłam 40 - jest ok, nawet bardzo.


JAK CZYSZCZĘ CONVERSY?

Zazwyczaj wrzucam je po prostu do pralki i piorę w temperaturze max. 40 stopni. Aby zabezpieczyć zarówno buty jak i pralkę zawsze wrzucam je do poszewki od poduszki i do bębna wkładam jakiś ręcznik, czy inne rzeczy tego typu. Chodzi o to, żeby tak nie dudniło i nie stawiało na nogi pół bloku. :D

Gdy guma jest zabrudzona czyszczę ją mleczkiem do czyszczenia i najczęściej jest to Cif, bo zazwyczaj on jest w moim mieszkaniu.

A gdy plamy i zabrudzenia są wyjątkowo mocne, to albo przed praniem miejscowo traktuję je odplamiaczem i odstawiam na chwilę, albo rozcieńczam wybielacz z wodą i w takiej mieszance moczę Conversy dłuższą chwilę. 

Pozwalam im wyschnąć naturalnie, najlepiej w przewiewnym, zacienionym miejscu (na pełnym słońcu mogą zżółknąć, porozklejać się lub popękać, a tego nie chcemy).

Robię tak od lat i nic mi nie odpadło, nie wytarło się, nie odbarwiło, więc polecam. :)



GDZIE KUPIĆ CONVERSY?

Róbcie oczywiście zakupy u sprawdzonych źródeł. Ja na przykład nie odważyłabym się na zakupy na Allegro, chyba od jakiegoś autoryzowanego sprzedawcy/sklepu, który ma swoje aukcje w tym serwisie. Szukajcie promocji, bo ceny potrafią się sporo od siebie różnić, a oryginalne Conversy spokojnie możecie wyhaczyć za +/- 170zł. Mi tak udało się ostatnim razem, oba modele były znacznie tańsze. Teraz są w standardowych cenach, ale polecam Wam zaglądać na footway.pl, bo można trafić na naprawdę spore obniżki. Przesyłka z tego co pamiętam kosztowała 24,90zł, a sama paczka przyszła ekspresowo.
  • Biały model, to All star Canvas Ox Optical White i dostępny jest tutaj.
  • Czarny model, to All Star Specialty Hi Black Monochrome i znajdziecie go bezpośrednio tutaj.

CZY DOSTRZEGAM JAKIEŚ W OGÓLE JAKIEŚ WADY? 

Żeby nie było tak super kolorowo, to mimo mojego napalenia na czarne Conversy za kostkę, muszę Wam powiedzieć, że jednak nie są dla mnie aż takie super jak krótka, biała wersja. Lubię je, ale po pierwsze okrutnie obłażą i widać na nich dosłownie wszystko. Materiał przyciąga kocią sierść jak magnes, więc przed każdym wyjściem traktuję je rolką do ubrań. :D Widać to nawet na zdjęciach. Po drugie, nie wiem, czy to akurat w moim egzemplarzu, ale zauważyłam, że po dwóch - trzech wyjściach zdarła mi się guma na piętach, co kompletnie nie ma miejsca w dwóch parach białego modelu. 

Jeśli miałabym wybrać i polecić jedną parę, byłyby to klasyki, czyli białe, krótkie Conversy. :) Choć nie ukrywam, że sama w planach mam zakup także tych za kostkę. :D Generalnie wszystkim wariacjom bieli i czerni (różne długości i wykończenia) mówię tak. Nie dla mnie są raczej inne kolory. U kogoś tak, na sobie niekoniecznie. Chyba, że modny jeszcze ostatnio pośród Conversów pudrowy róż.


Dajcie znać, czy tak jak ja lubicie Conversy lub ogólnie trampki, czy niekoniecznie? :)
3 miesiące z treningiem siłowym - moja metamofroza, najczęściej zadawane pytania i dlaczego pokochałam ciężary

niedziela, lipca 01, 2018 39

3 miesiące z treningiem siłowym - moja metamofroza, najczęściej zadawane pytania i dlaczego pokochałam ciężary

Kiedy przełamałam swój wstyd i na instastory opublikowałam zdjęcia obrazujące moją trzymiesięczną metamorfozę posypała się lawina pytań. Wszystkie dotyczyły treningu siłowego, bo tak właśnie ćwiczę i zajęć z trenerem personalnym, więc w dzisiejszym poście postaram się udzielić odpowiedzi na wszystkie nurtujące Was kwestie oraz obalić kilka mitów, które nadal funkcjonują, z tego co zdążyłam się zorientować. :)

po 3 tygodniach treningów


Jak to wszystko się zaczęło, czyli moje początki

Może Was zaskoczę, ale cała moja historia z treningami zaczęła się od bólu. Rok temu zaczęły boleć mnie plecy w odcinku szyjnym. Na pewien czas pomogły masaże, ale kilka miesięcy temu ból nasilił się na tyle, że nie byłam w stanie ruszać szyją i głową. Lewa strona była jak sparaliżowana, drętwiała mi cała ręka od szyi, barku aż po dłoń. To było straszne i w pewnym momencie zostałam wyłączona z podstawowych czynności, bo jestem leworęczna. Moja niezawodna fizjoterapeutka Ania wyeliminowała nieco te dolegliwości, ale powiedziała mi wprost, że same masaże nie pomogą, muszę zacząć się ruszać, by wzmocnić mięśnie. To samo powtórzył ortopeda, jego receptą na ból było "obudowanie pleców mięśniami". Myślicie, że od razu coś z tym faktem zrobiłam? Nie. Początkowo dni mijały, a ja nie mogłam się zmotywować, by coś zmienić, aż pewnego dnia Ania poleciła mi trenerkę, która była jednocześnie jej pacjentką. :) I tak właśnie poznałam Paulinę, z którą ćwiczę po dziś dzień. Pierwsze nasze spotkanie miało miejsce 13 marca. To była darmowa godzina, podczas której mogłyśmy się poznać, zweryfikować swoje oczekiwania, a ja przy okazji miałam szansę rozejrzeć się po szczecińskiej siłowni McFIT (pierwsze wejście jest darmowe).

wybaczcie moje miny i rozczochrane włosy, nie planowałam tych zdjęć nigdzie publikować! :D


Jak to jest ćwiczyć z trenerem?


To pytanie pojawia się najczęściej w wiadomościach od Was. Bardzo mnie zaskoczył fakt, że wiele z Was ma obawy przed takimi spotkaniami jeden na jeden i w większości tłumaczycie to wstydem. Wiem, że boicie się, że nie dacie rady, że nie macie kondycji, formy i że ktoś będzie się może z Was śmiał. ABSOLUTNIE!

Dziewczyny, ja poszłam na siłownię ze sprawnością poniżej zera. Nie potrafiłam unieść tułowia z leżenia na plecach do góry, gdy miałam ćwiczenia na brzuch. Pierwsze moje próby przysiadów były z pustą sztangą na ławce, a w trakcie 30 sekund pajacyków wypluwałam prawie płuca. Nigdy jednak nie czułam się z tego powodu zawstydzona, czy gorsza, bo Paulina, moja trenerka od samego początku jest dla mnie nieocenionym wsparciem. Kiedy wymiękałam w połowie serii i mówiłam, że nie dam rady, ona stała nade mną i powtarzała "pewnie, że dasz, chwila przerwy i jedziemy dalej" i faktycznie dawałam. Bywały też takie ćwiczenia, gdzie największą blokadą była moja głowa, bałam się zrobić pompkę na drążku (wiecie, taką dla początkujących, na zasadzie jakbyście odbijały od parapetu, mając ciało ułożone pod skosem), bo byłam pewna, że runę na niego i wybiję sobie zęby. Przerażało mnie wskakiwanie na step, z tego samego powodu. Odpuszczałyśmy wtedy na jakiś czas, albo podchodziłyśmy do danego ćwiczenia w inny sposób i dzięki temu pokonywałam swoje strachy.

Tak było na początku :) Po 20 powtórzeniach umierałam...

Trener jest dla Was. Ma Was wspierać i motywować. Paulina powiedziała mi któregoś razu coś mądrego "trening personalny, to korepetycje z aktywności fizycznej". W szkole brałyśmy korki z matmy, innych przedmiotów ścisłych, czy języków i żaden nauczyciel się z nas nie śmiał. Te spotkania powinnyśmy traktować dokładnie tak samo. Trener dobiera rodzaj ćwiczeń i obciążenia do Waszej kondycji, stanu zdrowia, ale też jest w stanie ocenić co i ile razy potraficie zrobić. Paulina wielokrotnie dorzucała mi ciężary (stopniowo oczywiście), a ja marudziłam pod nosem, że chyba oszalała, że ja tyle nie podniosę, a w większości przypadków robiłam na luzie całą serię. Ewentualnie Paulina pomaga mi w ostatnich powtórzeniach i cały czas asekuruje.

Co jeszcze ważne, dobry trener będzie dbał o Waszą technikę. Paulina jest na tym punkcie przeczulona i ja non stop słyszę "barki w tył i w dół, rotacja kolan, lędźwiowy w macie" i wiele więcej. Technika, to priorytet, ona nie może być zaniedbana kosztem większych obciążeń, bo to droga do tragedii i kontuzji. Jeden nieodpowiedni chwyt, ustawienie kręgosłupa i jesteście wyłączone z treningów na wiele miesięcy.











Na siłowni inni będą się ze mnie śmiać

Kiedy umówiłam się na ten pierwszy zapoznawczy trening, to przeżywałam najpierw przez kilka dni przed nim, a później, gdy dotarłam już na siłownię, miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą. :) Byłam zawstydzona i spięta, bo nie miałam super sportowego stroju, pociłam się, dyszałam, ale zapewniam Was, że te wszystkie spojrzenia były wyłącznie w mojej głowie. Przez te kilka miesięcy nigdy nie spotkała mnie żadna przykrość, nikt się na mnie krzywo nie spojrzał, nie zaśmiał się pod nosem. Wręcz przeciwnie, ludzie kiedy trzeba są pomocni, uprzejmi i mili, a tak to każdy skupia się na ćwiczeniach i tyle. Czuję się tam swobodnie i dobrze.

Ile to kosztuje?

Karnet na siłownię McFIT kosztuje 69zł/mc (umowa na 12 miesięcy), plus 90zł wyrobienie karty członkowskiej. Bywają też dobre promocje. Treningi, to dodatkowy koszt. Jest on uzależniony od ilości spotkań (im częściej widzimy się w tygodniu, tym jest taniej, wiadomo) i od konkretnego trenera, więc najlepiej się po prostu zorientować. Pierwsze spotkanie jest bardzo często darmowe, abyście mogli się poznać i zadecydować, czy chcecie kontynuować współpracę. Nie ma się co oszukiwać, jest to dodatkowy wydatek, który obciąża budżet domowy i ja na początku też sobie mówiłam, że mnie na to raczej nie stać. Jednak kiedy zaczęło mi na tym zależeć, sprzedałam stary telefon, kilka innych niepotrzebnych rzeczy i znalazłam środki na to, by opłacić pierwszy miesiąc. I wiecie co? Wtedy byłam przekonana, że na tym miesiącu się raczej skończy, ale w międzyczasie zrozumiałam, że bez Pauliny nie dam rady. Jeszcze nie teraz. To dzięki niej pokochałam ciężary, biję swoje życiowe rekordy, nie boję się nowych wyzwań i wierzę w siebie. Ona ciągnie mnie w górę i daje mentalnego kopa w tyłek kiedy nie mam siły, ani chęci. I tak ćwiczymy wspólnie do dziś. Dziewczyny ze Szczecina, często o to pytacie w wiadomościach, a więc Paulinę znajdziecie tutaj. Nie pytajcie mnie proszę o terminy i ceny, piszcie bezpośrednio do niej, jeśli jesteście zainteresowane. 



Tak jest teraz :) - mój nowy rekord na suwnicy 100kg x 10 powtórzeń :)

Czy warto? Efekty

Tak, tak i jeszcze raz tak! Ani razu nie żałowałam, że zaczęłam. Nie żałuję też ani jednej wydanej złotówki. Odkąd ćwiczę minęły moje problemy z plecami. Ani razu nie bolał mnie odcinek szyjny, nie drętwiała ręka. Wzmocniła się moja sprawność, siła i kondycja. Już nie łapię zadyszki, gdy biegnę na tramwaj, potrafię przebiec ciągiem dłużej niż 30 sekund ;), czy donieść dwie zgrzewki wody mineralnej ze sklepu na drugie piętro. Najbardziej odczuwam zmiany właśnie w codziennym życiu. Mam więcej energii, jestem bardziej radosna. Polubiłam siebie, a moja głowa przeszła ogromną metamorfozę. To całe przerzucanie ciężarów wymaga niesamowitego skupienia i bardzo czyści myśli. Pozwala też zmienić postrzeganie samej siebie i spojrzeć na odbicie w lustrze łaskawszym okiem.

Czy trening siłowy jest dla kobiet? "Chcę schudnąć, a nie rozbudować mięśnie"

Nie wiem nawet od czego zacząć, by rozwiać Wasze wszystkie wątpliwości w tej kwestii. Po pierwsze, jeśli oczekujecie dużego i szybkiego spadku wagi, to trening siłowy nie jest dla Was. Ćwicząc siłowo spalacie tłuszcz i jednocześnie budujecie mięśnie, które ważą więcej niż sadełko, więc tutaj przede wszystkim lecą obwody, a nie wskazówki na wadze.

Jeśli macie obawy, że z dnia na dzień zamienicie się w Arnolda Schwarzeneggera, to spokojnie :D Choćbyście chciały, uzyskanie umięśnionej sylwetki, z widocznym zarysem mięśni, to miesiące albo i lata ciężkiej pracy, regularnych treningów i diety. Spoko, ja też miałam w głowie utarte, że pewnie zaraz się rozrosnę, tym bardziej, że byłam przekonana, że trenuję dość intensywnie, ale Paulina szybko sprowadziła mnie na ziemię, że to w zasadzie czysta rekreacja. :D Dopiero teraz zaczynamy zabawę. :)

Co do efektów wizualnych u mnie, to myślę, że zdjęcia mówią wszystko. Waga pokazuje zaledwie 5kg mniej, ostatni raz mierzyłam się pod koniec kwietnia i było wtedy: szyja -1cm, biceps -1cm, pod biustem -4cm, talia -2cm, biodra -4cm, pośladki -5cm!!, udo -1cm, łydka -3cm. Wypadałoby się zmierzyć ponownie, ale ja nie mam ciśnienia na spadek, ćwiczę już dlatego, że to uwielbiam, ten stan w trakcie i uczucie zmęczenia po treningu. A to, że zmiany przyjdą prędzej, czy później, to już wiem. Żadna dieta nie "zbije" Wam tak ciała i go nie wysmukli. Żadne cardio nie zamieni Wam galaretkowego ciała na mocne i zwarte. Wiem, bo zrywów i podejść do aktywności fizycznej miałam mnóstwo. Chudłam bardziej, owszem, ale byłam flakiem, tak jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.

Największy problem mam ze zgubieniem brzucha, który jest idealną oznaką insulinooporności i jej znakiem rozpoznawczym, ale i z nim damy sobie radę. :) I może ktoś uzna, że zmiana nie jest jakaś spektakularna, ale jestem z siebie dumna i cieszę się, że Paulina namówiła mnie do zrobienia pierwszych zdjęć przed lustrem.

niektóre miny nie nadają się do zaprezentowania światu ;)


Trening siłowy a problemy z tarczycą i insulinooporność

Pojawiły się głosy, że trening siłowy nie jest wskazany przy tych schorzeniach, że ciężary wykańczają organizm, że budują masę, a nie przyczyniają się do spadku wagi i tak dalej. Słuchajcie, ja się na tym nie znam, ale wiem jedno. Jestem pod opieką dwóch lekarzy, trenerki, która pojęcie o chorobach tarczycy i IO ma ogromne, dietetyka i od każdej z tej osób, mam zielone światło na ciężary. Co więcej, regularnie się badam i od marca moje wyniki poprawiły się tak bardzo, że mam je obecnie w normie. Ponadto wyregulowały mi się miesiączki, a już na sam koniec - treningi sprawiają mi ogromną frajdę i uszczęśliwiają, więc nie zamierzam z nich rezygnować.

A co z cardio?

Spokojnie, bez obaw. ;) Cardio też jest! Po godzinnych siłówkach wskakuję na orbitrek lub schody i robię interwały (zazwyczaj 20 minut), dodatkowo raz w tygodniu, w dzień wolny od treningu z Pauliną chodzę na 40 minut typowego cardio, a przynajmniej się staram. Chciałabym zacząć biegać, ale póki co nie mogę, bo muszę uważać na kolana.

Jak ma się sprawa z dietą?

Tak jak wspominałam na stories, nie ma się czym chwalić, ze zdrowymi nawykami żywieniowymi mam relację love-hate. Raz jem odpowiednio, raz zbyt mało, prawie wcale, a kolejny płynę i zapycham się śmieciowym żarciem, a potem przygniatają mnie wyrzuty sumienia. Należę do osób, które zajadą stres, wszelkie smutki i zmartwienia, także wiecie... Ćwiczenia przychodzą mi z łatwością, organizacja przygotowywania posiłków i gotowanie już gorzej. Teraz czekam na nowy jadłospis bez nabiału i po raz pierwszy w życiu testowo również bez mięsa, więc dam Wam znać jak moje zmagania wypadną w praktyce. Zapewne, gdybym była konsekwentna i dietę trzymała, efekty byłyby lepsze.

Może zabrzmi to górnolotnie, ale potrzebowałam prawie 30 lat, by znaleźć aktywność fizyczną dla siebie. I piszę to z perspektywy dziewczyny, która nienawidziła w-fu w szkole, która przez większość czasu miała z niego zwolnienia, bo całe życie bała się oceny, drwin i miała w swojej dziecięcej, a później nastoletniej głowie wiele blokad. Bałam się robienia fikołków, pierwszy w-f w czwartej klasie podstawówki pamiętam po dziś dzień, bo przy jakichś grupowych zawodach (to był bodajże wąż), runęłam głową w dół i rozkrwawiłam sobie nos o podłogę, w liceum dostałam z całej pary piłką do kosza w głowę. :D Możecie się więc jedynie domyślać jakie opory miałam ku aktywności fizycznej. Wszystkie grupowe fitnessy kończyły się po paru tygodniach, ćwiczenia przed tv podobnie. Teraz robię to, co naprawdę polubiłam, dlatego nie są mi straszne zakwasy (a są momenty, że nie mogę ubrać skarpetek, albo umyć zębów :D), czy inne wymówki. Pakuję torbę i po prostu jadę na siłownię.


Podsumowując, jeśli choć raz przeszło Wam przez myśl, aby spróbować, nie bójcie się, tylko umówcie na pierwszy trening. Siłownie często mają pierwsze darmowe wejścia, albo pierwszy trening jest za free. Warto próbować, warto podnosić rękawice do walki o siebie i swoje zdrowie. I nie dajcie sobie wmówić, że coś nie jest dla Was do momentu kiedy same nie przekonacie się na własnej skórze. Kto wie, może traficie na miłość? :)

Ps. Ten wpis kosztował mnie wiele odwagi, ale wierzę, że było warto i że choć jedna z Was ruszy tyłek z kanapy. Trzymam za Was kciuki! :) Jeśli macie jakieś pytania, to piszcie śmiało w komentarzach. :)
NeoNail Base Extra Cover - nowy wymiar hybrydowego manicure

piątek, czerwca 29, 2018 12

NeoNail Base Extra Cover - nowy wymiar hybrydowego manicure

Nie wiem, czy wiecie, ale kiedyś miałam zawsze krótkie paznokcie, najczęściej pokryte bezbarwną odżywką. Dopiero lakiery hybrydowe odmieniły moje podejście do manicure. Odkąd zaczęłam swoją przygodę z NeoNail stylizacja paznokci sprawia mi niesamowitą frajdę, pozwala kreatywnie się wyżyć i coraz bardziej wciąga. Tym bardziej, że marka nie próżnuje i regularnie wypuszcza gorące nowości - zarówno wpisujące się w trendy nowe linie lakierów jak i produkty, które mają nam ułatwić wykonywanie manicure i przyspieszyć proces jego tworzenia. Do tych drugich należy NeoNail Base Extra Cover, o której dziś mowa. Musicie poznać ją bliżej, zatem zapraszam do dalszej części wpisu!


NeoNail Base Extra Cover

Base Extra Cover to nowa baza w asortymencie NeoNail, która jest zdecydowanie czymś więcej niż tradycyjną bazą pod lakier hybrydowy. Według mnie lista jej zalet jest dość długa, a do najważniejszych zaliczyć możemy:
  • przepiękny, beżowo-różowy odcień, który prezentuje się na płytce niesamowicie elegancko,
  • gęstość pozwalająca na zbudowanie paznokci z zachowaniem krzywej "C", zamaskowanie niedoskonałości na płytce takich jak np. nierówna jej struktura, czy też przedłużenie płytki nawet o 7mm,
  • krycie - jedna warstwa zapewnia jasny, mleczny efekt, trzy cienkie gwarantują pełne krycie i widoczny kolor,
  • trwałość - baza wzorowo utrzymuje się na paznokciach, nie odpryskuje, manicure dzielnie znosi wszelkie prace domowe i remontowe - zdarłam właśnie tapety w salonie i wszystko jest na swoim miejscu,
  • twardość - baza po utwardzeniu w lampie staje się naprawdę twarda, nawet jeśli przedłużamy nią końcówki paznokcia nie musimy się obawiać, że staną się miękkie, czy odkształcą się, całość trzyma się pięknie do zmiany stylizacji;
  • łatwość obsługi - z bazą pracuje się naprawdę łatwo, dzięki odpowiednio gęstej formule możemy ją precyzyjnie rozłożyć na płytce i zbudować odpowiedni kształt paznokcia, nic się nie rozlewa na skórki, nie tworzą się smugi, nawet najbardziej początkująca hybrydomaniaczka z powodzeniem sobie poradzi,
  • samopoziomowanie - baza pięknie się poziomuje i naprawdę nie trzeba wielkiej wprawy, by stworzyć ładny kształt paznokcia z zachowaniem krzywej "C"
  • oszczędność czasu - na bazę możemy nanieść kolorowy lakier hybrydowy, ale nie musimy, jeśli jesteśmy fankami delikatnych zdobień wystarczy urozmaicić manicure tu i ówdzie, ale kolor bazy jest tak ładny, że aż żal go przykrywać!
Przydatna wskazówka: Po nałożeniu bazy odwróć dłoń jej wierzchem do dołu i przytrzymaj w tej pozycji kilka sekund. Płytka zyska piękny kształt bez większego wysiłku. :)


Przykładowe stylizacje z NeoNail Base Cover w roli głównej

Poniżej przedstawiam Wam cztery przykładowe stylizacje z NeoNail Base Extra Cover. Miałam przygotowywać je krok po kroku, ale praca z bazą jest tak prosta, że obrazkowy instruktaż jest tu zbędny. :) Wystarczy, że tak jak zwykle przygotujemy płytkę, następnie dla wzmocnienia przyczepności naniesiemy cienką warstwę NeoNail Hard Base, a tuż po przejdziemy do aplikacji NeoNail Base Extra Cover. Nakładamy tyle warstw ile potrzeba - jeśli budujecie płytkę najlepiej aby, pierwsza była cienka, druga nieco grubsza. Mi kolor spodobał się tak bardzo, że naniosłam 3 cienkie warstwy. Niektóre paznokcie delikatnie przyozdobiłam, zrobiłam także swój pierwszy w życiu french. :) Wiecie, że stawiam na proste rozwiązania!

Na poniższym zdjęciu, zaczynając od góry mamy:
Przydatna wskazówka: Gdy zależy nam na nadbudowie, albo przedłużeniu płytki tuż po aplikacji bazy i odtłuszczeniu paznokci Cleanerem możemy przejść do ich opiłowania i nadania odpowiedniego kształtu. W momencie kiedy będzie nas satysfakcjonował ponownie przemywamy płytkę Cleanerem usuwając pył i przechodzimy do malowania lakierem hybrydowym lub zdobienia.


Mój manicure z NeoNail Base Extra Cover 

Tym razem postawiłam na delikatność i klasykę. Myślę, że tego typu manicure sprawdzi się na ślub, ważniejsze uroczystości, czy nawet do pracy. Zresztą same oceńcie efekt końcowy. Ja jestem zakochana w kolorze Base Extra Cover i nie miałam serca przykrywać jej innymi lakierami. Gra więc w stylizacji pierwsze skrzypce. 



Już Wam piszę co i jak zrobiłam po kolei! 

→ Stary manicure usuwam frezarką Frezarka JSDA Nail Drill JD 700 White (to mistrzostwo świata i jeszcze Wam o niej opowiem!)
→ Sięgam po pilnik o gradacji 100/180 i opiłowuję ewentualne pozostałości lakieru na płytce, nadaję odpowiedni kształt paznokciom, opracowuję skórki, a następnie skupiam się na dokładnym zmatowieniu płytki blokiem polerskim.
→ Odtłuszczam paznokcie Nail Cleanerem i aplikuję cieniutką warstwę bazy Hard Base
→ Wkładam dłoń do lampy LED 24W/48W ECO na 30 sekund. 
→ Aplikuję pierwszą cienką warstwę naszej dzisiejszej gwiazdy, czyli Base Extra Cover.
→ Wkładam dłoń do lampy, utwardzam, a następnie aplikuję drugą, nieco grubszą warstwę i znów utwardzam.
→ Kolor podoba mi się na tyle, że postanawiam nie przykrywać go innym lakierem kolorowym, dlatego też dokładam trzecią cieniutką warstwę Base Extra Cover i ponownie utwardzam w lampie.
→ Moja płytka nie wymaga przedłużania, ani jakiejś specjalnej nadbudowy, dlatego bazy nie muszę praktycznie opiłowywać. Odtłuszczam paznokcie Cleanerem, a następnie przechodzę do delikatnego zdobienia. 
→ Na płytce palca serdecznego i wskazującego nakładam kropelkę złotego, migoczącego lakieru hybrydowego Champagne Kiss, a następnie biorę cieniutki pędzelek  Studio Line - kolinsky 0/0 i roznoszę drobinki dokładnie tam gdzie chcę, aby się znalazły. Najwięcej ma być ich na brzegach, w stronę środka coraz mniej. Ten odcień złota pięknie współgra z Base Extra Cover. 
→Utwardzam paznokcie w lampie. 
→ Na każdym paznokieć aplikuję cienką warstwę Hard Top. Utwardzam ponownie w lampie, przemywam Cleanerem i gotowe. :)

Przydatna wskazówka: Aplikując lakiery hybrydowe - zarówno te kolorowe, jak i bazę i top, pamiętajcie takze o zabezpieczeniu i pokryciu emalią wolnego brzegu paznokcia. Wydłuży to trwałość waszego manicure i pozwoli uniknąć odprysków, czy ścierania się końcówek.


Dajcie znać, czy miałyście już okazję poznać NeoNail Base Extra Cover oraz jak podoba Wam się moja propozycja manicure. Należycie do #teamnude czy może latem dołączacie do #teamneon? ;)

Maria Nila Heal - delikatna  i skuteczna pielęgnacja problematycznej skóry głowy

czwartek, czerwca 21, 2018 5

Maria Nila Heal - delikatna i skuteczna pielęgnacja problematycznej skóry głowy

Moje włosy nie mają lekko. Wrażliwa skóra głowy, łojotok, nawracający łupież, to moja zmora od lat. Uważnie więc dobieram kosmetyki pielęgnacyjne i raczej z dystansem podchodzę do wszelkich nowości. Z reguły, gdy jakiś szampon się u mnie sprawdza, to używam go przez dłuższy czas, ale są takie momenty, że nawet pewniaki przestają działać, bo skóra się buntuje. Jej stan jest zależny od wielu czynników - stanu zdrowia, diety, aktualnego trybu mojego życia (czy mam akurat dużo stresu, czy może mniej), ilości snu i pogody. Niestety wysokie temperatury, w połączeniu z treningami i szalejącym poziomem hormonów nie pozostają obojętne. Włosy mocniej się przetłuszczają, wysiłek na siłowni zmusza mnie do ich częstszego, w zasadzie codziennego mycia, a skóra łatwiej się zanieczyszcza. Szukałam więc kosmetyków, które poradzą sobie z ewentualnym nawrotem łupieżu, będą dobrze oczyszczające, ale jednocześnie lekkie i delikatne dla moich wymagających pasm. I udało mi się je znaleźć! Jeżeli więc macie problemy podobne do moich, zapraszam do dalszego czytania!



Jak to się zaczęło?


Przyznam szczerze, że o marce zbytnio wcześniej nie słyszałam, a nasza bliższa znajomość rozpoczęła się od przesyłki PR-owej. Linia Heal składająca się z szamponu, odżywki i maski wpisuje się w pielęgnacyjne potrzeby moich włosów idealnie. W dodatku przeczytałam na stronie, że produkty Maria Nila nie są testowane na zwierzętach i nie mają w sobie żadnych składników pochodzenia zwierzęcego więc zaczęłam testowanie. Początkowo byłam bardzo sceptyczna, bo przetestowałam już wiele kosmetyków dedykowanych problemom z łupieżem, powszechnie chwalonych, a niestety mało z nich zdało egzamin u mnie. Obiecałam sobie, że wstrzymam się z opinią do ostatniej kropli szamponu! Butelka już pusta, więc oto przybywam z postem. :)



Maria Nila Heal, czyli codzienna delikatność i skuteczność

Wielokrotnie pisałam Wam, że zazwyczaj używam dwóch szamponów - tego przeciwłupieżowego, najczęściej aptecznego i kolejnego, delikatniejszego. Te przeznaczone do walki z łuską bardzo często bowiem są zbyt agresywne, by stosować je solo, w codziennym myciu. Na dłuższą metę mogą po prostu przesuszać skórę głowy i pasma na długości. Oczyszczają bowiem tak mocno, że włosy niekiedy aż skrzypią, a do ich rozczesania niezbędna jest odżywka.

Z szamponem z linii Heal nie miałam tego problemu. Używałam go na co dzień, jako jedynego kosmetyku do mycia głowy i spisał się wzorowo! Po pierwsze, pięknie pachnie i dobrze się pieni, dzięki czemu mycie nim włosów, to czysta przyjemność. Po drugie, jest naprawdę wydajny, co jest istotne przy jego wysokiej cenie. Po trzecie, naprawdę doskonale oczyszcza skórę głowy i włosy na całej długości. Nie powoduje przy tym plątania i nie sprzyja tworzeniu się kołtunów. Tuż po umyciu czuć przyjemną świeżość i lekkość. Pasma są sypkie, odbite od nasady, dłużej trzymają objętość, ale nie zauważyłam, aby szampon jakoś znacząco wpłynął na ograniczanie ich przetłuszczania się. Co najważniejsze jednak, przez te wszystkie tygodnie, kiedy go używałam nie nastąpił nawrot łupieżu, nie swędziała mnie głowa, nie była podrażniona, przesuszona, czy zaczerwieniona. A myłam włosy w zasadzie codziennie, w dodatku korzystając z wody w kilku różnych miejscach (siłownia, majówkowy wyjazd). I za to ma ode mnie ten wielki plus. Obecnie odczuwam jego brak i z przyjemnością do niego niebawem wrócę.


Szampon i co dalej? 

Szampon to nie wszystko. Świetnym jego uzupełnieniem jest odżywka - lekka, nieobciążająca, ale jednocześnie nieźle ujarzmiająca i wygładzająca włosy oraz ułatwiająca rozczesywanie. Ja mam notoryczny problem z kołtunem na czubku głowy a duet Maria Nila pozwolił mi jego występowanie zminimalizować. Przy okazji aplikację umila ponownie piękny zapach i gęsta, kremowa konsystencja. Tuż po umyciu i wysuszeniu pasma są miękkie, przyjemne w dotyku i odpowiednio dociążone, lepiej się układają i nie puszą się od wilgoci. Aha, jeszcze jedno - odżywka wystarcza na dłużej niż szampon. Używałam jej zawsze po myciu, a jeszcze jej trochę w butelce jest.

Ostatni element linii Heal, który testowałam, to maska. Ma ona działać przeciwzapalnie i stymulować wzrost włosów. Ja obecnie (tfu, tfu, odpukać!) problemu z wypadaniem włosów nie mam i widzę u siebie sporo baby hair, więc nie powiem Wam jak spisuje się w tej konkretnie kwestii.Mogę tylko napisać, że problematyczną skórę głowy ze skłonnością do podrażnień faktycznie działa - uspokaja, koi i pomaga zachować równowagę. Po jej użyciu czuć, że skóra jest odświeżona, pojawia się uczucie lekkości, a włosów jest jakby więcej. Stosuję ją raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu, nanosząc na umytą skórę i pasma, a po kwadransie spłukuję i aplikuję odżywkę.



Kilka istotnych informacji na koniec

Linia Heal zrobiła moim włosom, a przede wszystkim skórze głowy naprawdę dobrze, więc jedyną jej wadą może być dla mnie wysoka cena tych kosmetyków. Za szampon o pojemności 350ml przyjdzie nam zapłacić 119zł, za odżywkę 300ml drugie tyle. Maska kosztuje natomiast 142zł i ma pojemność 250ml. To sporo, ja jednak wiem, że do linii będę wracać. Jak nie do całej, to chociaż do szamponu, bo na kosmetyk tego typu jestem w stanie wydać każde pieniądze, o ile działa. Kosmetyki dostępne są w sklepie online, na stronie producenta hair2go.pl.

Podsumowując, jeśli macie skórę włosów podobną do mojej i borykacie się z jej problemami, polecam zwrócić na kosmetyki Maria Nila z serii Heal uwagę. Tym bardziej, gdy poprzednio szampony z mojego polecenia również zdawały u Was egzamin. :) 
Wishlista, czyli moje plany zakupowe na najbliższe miesiące

wtorek, czerwca 12, 2018 33

Wishlista, czyli moje plany zakupowe na najbliższe miesiące

Ostatnio zrobiłam w mieszkaniu niemałe czystki. Pozbyłam się wszystkich niepotrzebnych rzeczy, niedopasowanych lub za ciasnych ubrań, przeterminowanych kosmetyków i innych zbędnych gadżetów. Zrobiło się sporo luzu, ale jednocześnie pojawiły się także braki, które muszę uzupełnić. Dziś opowiem Wam co planuję kupić, być może mi doradzicie? :)



Rewolucja w szafie

Tak jak wspomniałam wyżej, wywaliłam lub puściłam w świat wszystkie ciuchy, w których nie czułam się dobrze i które nie leżały tak jakbym chciała. W szafie zrobił się spory luz, bo dawno takich gruntownych porządków nie robiłam, a ja zostałam z kilkoma ubraniami. Pojawił się spory deficyt w garderobie, szczególnie tej typowo letniej, który już nieco uzupełniłam, ale nadal na mojej liście są:
  • Luźne, jeansowe szorty, takie nieco dłuższe, zakrywające pupę, z postrzępionymi nogawkami, do chodzenia na co dzień.
  • Jeansowa kurtka, tak zwana katana, która wróciła obecnie do łask - będzie świetnym dodatkiem  np. do sukienek, idealna opcja na letnie wieczory.
  • Espadryle, czarne albo beżowe, moje zeszłoroczne z Renee już się do niczego nie nadają, a to taki typ obuwia, w którym jestem w stanie przechodzić całe lato.
  • Maxi sukienka - jeśli śledzicie mnie na instagramie (serdecznie zapraszam klik), to wiecie, że kupiłam niedawno swoją pierwszą maxi kieckę i czuję się w niej świetnie, dlatego z pewnością zaopatrzę się w kolejne egzemplarze! Zalando ma naprawdę spory wybór.

Brakuje mi także kilku dodatków, między innymi:
  • Torebki, ale takiej bardziej sportowej, która będzie dobrze wyglądać nawet w połączeniu ze spodniami dresowymi, bardzo podobają mi się worki Me & Bags, więc jeśli macie je w swojej szafie, dajcie znać jak się noszą. :)
  • Łańcuszek - od dłuższego już czasu choruję na złoty łańcuszek z księżycową zawieszką! Jest piękny i mam już upatrzony model z linii Wild od Ani Kruk;
  • Okulary przeciwsłoneczne - szukam jakiegoś porządnego modelu na co dzień, ale nie chciałabym wydawać fortuny. Na pewno, gdy już na jakieś się zdecyduję, będę polować na zniżki - dziś znalazłam np. sporo modeli w obniżonych cenach w Anwear.
Zakupy na siłownię

Brakuje mi również kilku typowo sportowych gadżetów, które uprzyjemnią i ułatwią treningi. Priorytety, to:
  • Paski do podnoszenia ciężarów, które poprawiają siłę chwytu i są baaardzo pomocne przy treningach siłowych,
  • Rękawiczki - wiem, że niektórzy wolą ćwiczyć bez, ale ja lubię i nie potrafię ;) bez nich od razu robią mi się odciski, poza tym ślizgają mi się dłonie,
  • Ręcznik z mikrofibry - cienki, lekki, szybko schnący,
  • Buty do biegania - bardzo chciałabym regularnie zacząć biegać, ale wiem, że muszę uważać, ze względu na moje problemy z kolanami, dlatego porządne buty to podstawa! Obuwie sportowe zawsze kupuję online, bo stacjonarnie ceny potrafią być nawet o 100% wyższe. Na AleRabat.com praktycznie do każdego sklepu - Nike, Adidas, Reebok, znalazłam jeszcze dodatkowe zniżki. Jest w czym wybierać, tylko kompletnie nie wiem na jaki model mam się zdecydować, chyba pomierzę je na miejscu, a potem zamówię. :)

Wakacyjne lektury

Obecnie kompletnie nie mam czasu na czytanie książek. Ubolewam nad tym, ale doba jest bezlitosna i nie chce się wydłużyć. Bardzo chcę jednak "oswoić" a przede wszystkim zrozumieć insulinooporność, dlatego na celowniku mam pozycje o tej tematyce. 
  • "Dieta w insulinoooporności", Magdalena Makarowska, Dominika Musiałowska - zainteresowała mnie w Empiku, ale tak jak w przypadku butów sportowych - zakupów dokonam online, bo w sieci można ją upolować o 50% taniej;
  • "Insulinooporność. Zdrowa dieta, zdrowe życie", Dominika Musiałowska - tutaj sytuacja ma się podobnie :) Zresztą zerknijcie sobie na AleRabat.com ile dodatkowych zniżek można znaleźć na książki i na przykład gry :) Promocje do wszystkich internetowych księgarni są w jednym miejscu.
Fotografia

Miałam zdjęciowy zastój, ale małymi kroczkami wracam do fotografii i bardzo chciałabym się rozwijać w tym temacie. :) Aby pstrykanie szło mi sprawniej i przyjemniej potrzebuję:
  • Małej blendy, bo moja wielka (poniosło mnie przy zakupach), czasami bywa irytująca,
  • Pilota do aparatu, który umożliwia opóźnienie migawki, to na maksa ułatwia życie!!
  • Dodatkowej baterii - czas skończyć z rozładowanym aparatem :D
  • Dodatkowej karty, a nawet kilku kart pamięci - zdjęcia w formacie RAW sporo ważą, a karty zapełniają się w zastraszającym tempie 

Kosmetyki

Na sam koniec typowe, babskie, kosmetyczne zachcianki :D Nie byłabym przecież sobą, gdyby coś mi się nie zamarzyło!
  • Benefit Blush Bar - paleta zawierająca same kultowe produkty marki o pełnowymiarowych gramaturach! Boska jest i zachorowałam na nią w momencie, gdy po raz pierwszy ją zobaczyłam. I powiem Wam, że intensywnie się nad nią zastanawiam, tym bardziej, że znalazłam kod  rabatowy 15% w Sephora. I co teraz? :D


To już chyba wszystko, jeśli o mnie chodzi. :) W planach mam też kilka większych wydatków, ale o nich opowiem Wam, gdy już się spełnią. :)

Dajcie koniecznie znać, co Wy planujecie kupić w najbliższym czasie i jakie macie zakupowe zachcianki. Uwielbiam czytać takie posty na innych blogach, bo zawsze coś wpadnie mi samej w oko, albo dowiem się o jakiejś promocji. Partnerem dzisiejszego tekstu jest portal AleRabat.com, który serdecznie Wam polecam, bo sama często z niego korzystam - w jednym miejscu mamy mnóstwo kodów rabatowych na zakupy z różnych kategorii. Znajdziecie tu zniżki do czołowych sklepów, jak i tych mniej popularnych. Naprawdę warto śledzić oferty, szczególnie, gdy w perspektywie macie większe wydatki. :)

NeoNail Aquarelle - szybki sposób na efektowny manicure!

piątek, czerwca 08, 2018 11

NeoNail Aquarelle - szybki sposób na efektowny manicure!

Choć kalendarzowe lato jeszcze przed nami pogoda już rozpieszcza iście wakacyjnymi temperaturami. Dla mnie oznacza to jedno - kolorystyczne szaleństwo, eksperymenty z fakturami i wzorami, również podczas wykonywania manicure! Kolekcja Aquarelle od NeoNail pozwala w kilka sekund wyczarować abstrakcyjne, unikatowe wzory, które doskonale wpisują się w letnie trendy. Świetnie uzupełnia każdą wakacyjną stylizację, więc pozwólcie, że dziś zaprezentuję Wam kilka wybranych kolorów z bliska i pokażę co udało mi się wyczarować na moich paznokciach. :-) 



NeoNail Aquarelle

Kolekcja liczy aż 20 kolorów, więc pole do popisu mamy ogromne! Trudno zdecydować się na kilka wybranych odcieni! Dodatkowo w skład linii wchodzą dwie bazy - Aquarelle Base White i Aquarelle Base Clear. Ja na ten moment posiadam: 

→ Black Aquarelle - intensywna czerń;
→ Blue Aquarelle - jasny, soczysty błękit;
Raspberry Aquarelle - intensywny, wyrazisty róż;
Pink Aquarelle - delikatny, jasny, pastelowy róż;
Red Aquarelle - elegancka, głęboka czerwień;
Aquarelle Base White - biała baza do zdobień Aquarelle;

Tworzenie wzorów jeszcze nigdy nie było tak łatwe. Wykonujemy manicure hybrydowy jak zwykle, rozpoczynając od warstwy bazy Hard Base i wybranego koloru lakieru hybrydowego. Jeśli decydujemy się na klasyczną biel, po utwardzeniu pierwszej warstwy nanosimy Aquarelle Base White. Tej bazy już nie utwardzamy - sięgamy po odcień z kolekcji Aquarelle, aplikujemy go na płytkę i tworzymy fantazyjne zdobienia.

W przypadku, gdy zdecydujemy się na inny odcień hybrydy - np. czerwień, czy błękit, sytuacja wygląda podobnie. Najpierw na płytce ląduje klasyczna baza, następnie lakier hybrydowy w wybranym przez nas numerku, a po jego utwardzeniu w lampie Aquarelle Baze Clear, czyli bezbarwna baza, na którą nanosimy  kolorowy lakier z linii Aquarelle i zabieramy się za zdobienie.

Każda buteleczka w cenie 29,90zł dostępna jest na www.neonail.pl.



Innowacja, kreatywność i łatwość użycia

Co sprawia, że lakiery hybrydowe Aquarelle są takie wyjątkowe? Doceniam rozwiązania, które umożliwiają uzyskanie niepowtarzalnego efektu, w krótkim czasie. Linia Aquarelle daje możliwość wyczarowania świetnych zdobień bez posiadania zaawansowanych umiejętności, precyzji i wprawy. Za jej pomocą każda z nas stworzy unikatowy wzór w kilka sekund, przy okazji świetnie się przy tym bawiąc. Odrobina wybranego koloru na płytce (lakier sam się na niej rozpływa), dwa - trzy pociągnięcia pędzelkiem i gotowe!  Serio, choć z pozoru może wydawać się inaczej, to jest to super łatwe! W przygotowywaniu stylizacji ogranicza nas jedynie nasza wyobraźnia. 
Muszę Wam też zdradzić, że dla mnie sam moment tworzenia manicure hybrydowego, to również doskonała okazja na spotkanie z przyjaciółką. Jeśli tylko mamy chwilę umawiamy się na spotkanie i malując paznokcie nadrabiamy towarzyskie zaległości. Polecam! 


Stylizacja z użyciem lakierów hybrydowych Aquarelle 

Z Aquarelle miałam do czynienia po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. Tworzenie wzorków, to niesamowita frajda. W dodatku nie musimy denerwować się, że brak nam precyzji w dłoni - ta kolekcja naprawdę wiele wybacza. :) Tym razem postawiłam na róż. Zobaczcie co mi wyszło!

→ Odsuwam skórki, te które ewentualnie gdzieś wystają wycinam. Skracam paznokcie (poprzednia długość zaczęła mi odrobinę przeszkadzać w ćwiczeniach na siłowni) i nadaję im odpowiedni kształt za pomocą pilnika o gradacji 100/180 , następnie czas na zmatowienie płytki blokiem polerskim. Pamiętajcie, aby zrobić to dokładnie przy skórkach i bokach paznokcia.
→ Odtłuszczam paznokcie Nail Cleanerem i aplikuję cienką warstwę bazy Hard Base
→ Utwardzam bazę w lampie LED 24W/48W ECO przez 30 sekund. 
→ Aplikuje pierwszą warstwę lakieru hybrydowego. Na palec środkowy i serdeczny nanoszę jedną warstwę białego lakieru French White, a na pozostałe Passion Flame.
→ Znów wkładam dłoń do lampy i utwardzam kolor, a następnie dokładam drugą warstwę różu na mały palec, wskazujący i kciuk. Ponownie utwardzam. 
→ Na środkowy aplikuję cienką warstwę bazy Aquarelle Base White. Nie utwardzam jej! Następnie sięgam po lakier hybrydowy Raspberry Aquarelle i dosłownie kropkę prosto z pędzelka nanoszę na płytkę. Sięgam po pędzelek Studio Line - kolinsky 0/0 i przejeżdżam nim kilkukrotnie po paznokciu. Gdy efekt mnie zadowala, ponownie wkładam dłoń do lampy.
→ Powyższą czynność powtarzam na palcu wskazującym, tym razem nanosząc odrobinę większą kropkę Rasberry Aquarelle. Utwardzam uzyskane zdobienie w lampie.
→ Na sam koniec wszystkie paznokcie pokrywam topem Hard Top, przemywam Nail Cleanerem i gotowe.


Dziewczyny co sądzicie o kolekcji  NeoNail Aquarelle?