NeoNail Fall in Love - jesienna feria barw na paznokciach

piątek, września 21, 2018 12

NeoNail Fall in Love - jesienna feria barw na paznokciach

Idzie jesień - moja ulubiona, najbardziej kolorowa pora roku! Choć dni są coraz krótsze, to mnogość barw natury za oknem dodaje mi niesamowitej energii i inspiruje do działania. To również czas na miękkie, puchate swetry, duże chusty, mocniejszy makijaż i zmianę kolorów na paznokciach. Czy Wy także dopasowujecie manicure do pory roku i aury za oknem? Marka NeoNail przygotowała prawdziwą gratkę dla fanek jesieni! Kolekcja NeoNail Fall in Love, to 9 soczystych kolorów wpisujących się doskonale w barwy jesieni oraz w aktualne trendy! Zobaczcie same, ja jestem zachwycona. 


NeoNail Fall in Love

Dziewięć najmodniejszych odcieni zaskakuje głębią i intensywnością koloru. Każdy z nich będzie fantastycznym uzupełnieniem jesiennych stylizacji. Kolory świetnie ze sobą współgrają więc możemy je łączyć, tworząc unikatowe stylizacje. Równie pięknie wyglądają także solo, klasyka bowiem zawsze się obroni.

Krycie, trwałość, pędzelki i sposób aplikacji jak na hybrydy NeoNail przystało jest wzorowa. Nic nie odpryskuje, nie smuży, a pełną głębię koloru uzyskujemy przy dwóch cienkich warstwach.



Zobaczcie teraz co kryje się w środku tych czarnych buteleczek:
  • Unripe Olives - dojrzała, soczysta oliwka czyli piękna, zgaszona, średnio-ciemna zieleń. Wspaniale łączy się z innymi kolorami jesieni zarówno na paznokciach jak i w ubiorze. Idealnie komponuje się z brązem, pomarańczem, czy musztardą.
  • Bottle Green - obłędna, ciemna, głęboka, butelkowa zieleń - to prawdziwy hit! Króluje nie tylko w trendach modowych i manicure, ale również we wnętrzach. Niesamowicie gustowna i elegancka. Nie potrzebuje dodatkowej ozdoby. 
  • Classy Blue - chłodny, ciemny, głęboki granat to kolejny ponadczasowy odcień, który pięknie uzupełni każdą jesienną stylizację. 
  • Rainy Evening - mieszanka błękitu i grafitu, która idealnie obrazuje kolor zachmurzonego, deszczowego nieba w jesienny dzień. Odcień ten świetnie wygląda zestawiony z szarością, czy jeansem. 
  • Seductive Red - nieco ciemniejsza niż klasyczna czerwień, głęboka i nasycona, jesienny must have!
  • Hazelnut Butter - chyba najbardziej apetyczny kolor z całej kolekcji! To udana mieszanka brązu i czerwieni, która ociepli każdy jesienny outfit i doda mu charakteru! 
  • Salty Caramel - fanki słonego karmelu łączmy się! Teraz możemy mieć go również na paznokciach! Ciepły, zgaszony, głęboki - jesienny hit!
  • Autumn Sun - idealnie odwzorowany odcień jesiennego słońca. Kojarzy mi się także z przepiękną żółcią spadających liści. Ten kolor to prawdziwy hit na wybiegach i w trendach manicure.
  • Creamy Latte - śmietankowa biel niczym delikatna mleczna pianka na pierwszej rozgrzewającej kawie wypitej pośród jesiennych liści. Subtelna i niezwykle elegancka. 
I jeszcze trzy moje ulubione kolory czyli Autumn Sun, Salty Caramel i Bottle Green w wykończeniu Top Velour


Każda buteleczka posiada pojemność 7,2ml i kosztuje 29,99zł. Kolekcja Fall in Love dostępna jest  online na stronie neonail.pl oraz w sklepach stacjonarnych marki. 

Jesienny manicure NeoNail

Kolory z kolekcji Fall in Love są tak piękne, głębokie i nasycone, że przepięknie wyglądają na paznokciach solo, w klasycznym wydaniu manicure. Zarówno ja, jak i moje przyjaciółki oszalałyśmy na punkcie butelkowej zieleni Bottle Green (zresztą Wy doskonale wiecie, że ja od jakiegoś czasu ten kolor uwielbiam!) i pozwoliłyśmy grać jej pierwsze skrzypce. :) Jest niezwykle elegancko, prosto, ale z klasą. Dziś chcę Wam także pokazać, że nie trzeba mieć długich paznokci, by dłonie wyglądały na zadbane, krótka płytka pokryta ciemnym kolorem też wygląda obłędnie. :)

Przydatny trik: Malując krótką płytkę pamiętajcie o tym, aby ilość lakieru na pędzelku była niewielka, a nakładane warstwy naprawdę cienkie. Zwiększy, to trwałość naszego manicure i pozwoli na szybkie, a zarazem dokładne utwardzenie koloru. 


Dla przypomnienia, jak wykonać manicure hybrydowy krok po kroku:

→ Stary manicure usuwamy frezarką JSDA Nail Drill JD 700 White
→ Sięgamy po pilnik o gradacji 100/180 i opiłowujemy paznokcie - ściągamy pozostałości z płytki, nadajemy paznokciom odpowiedni kształt, opracowujemy i odsuwamy skórki oraz przechodzimy do dokładnego, ale delikatnego zmatowienia płytki blokiem polerskim.
→ Odtłuszczamy paznokcie Nail Cleanerem i nakładamy cienką warstwę bazy Hard Base.
→ Wkładamy dłoń do lampy LED 24W/48W ECO na 30 sekund.
→ Aplikujemy pierwszą cienką warstwę lakieru Bottle Green.
→ Wkładamy dłoń do lampy, utwardzamy, a następnie aplikujemy drugą, równie cienką warstwę i znów utwardzamy.
→ Pokrywamy płytkę topem Hard Top.
→ Ponownie wkładamy dłoń do lampy, utwardzamy, przemywamy Nail Cleanerem i gotowe.

Przydatny trik: Pamiętajcie, aby zawsze pokryć kolorem również wolny brzeg paznokcia. Manicure dzięki temu dłużej się utrzyma. 


A Wy na jakie odcienie w manicure stawiacie jesienią? Który kolor z kolekcji Fall in Love NeoNail jest Waszym faworytem?
Metamorfoza sypialni - lista zakupów i planowane zmiany

środa, września 19, 2018 7

Metamorfoza sypialni - lista zakupów i planowane zmiany

Remont salonu rozochocił mnie i sprawił, że mam ochotę na dalsze zmiany. Znudziła mi się już wszechobecna szarość i biel w sypialni oraz domowym biurze, brakuje mi kolorów, jakiegoś charakteru, wyrazistego akcentu i zamierzam podziałać w tym temacie. Poza tym metamorfozy potrzebuje również wnętrze mojej szafy, bo obecnie zbyt szybko robię w niej bałagan. ;) Wiecie już, że zrobiłam sobie ostatnio wycieczkę do IKEA Poznań, bo oglądanie aranżacji i wszelkiego rodzaju dodatków, to całkiem co innego niż przeglądanie ich w sieci. Zrodziły mi się w głowie pomysły i powiem Wam dziś co takiego planuję. Może przy okazji mi coś doradzicie?


Moja sypialnia, to tak naprawdę  białe łóżko MALM i stoliki nocne NORDLI po jednej stronie, a po drugiej szafa PAX i komoda MALM. Nie jest to niby mały pokój, ale nie daje zbyt wielu możliwości w kwestii przemeblowania. Kiedy robiliśmy remont, po wybraniu łóżka o szerokości 140cm na szafki nocne pozostało raptem po 30cm i tu z pomocą jako jedyna przyszła IKEA, bo gdzie indziej na próżno było szukać czegoś tak wąskiego. I właśnie za sensowne rozwiązania nawet na małych powierzchniach ten sklep przede wszystkim polubiłam. 

Przez długi czas miałam "fazę" na szarość i biel i w zasadzie gdybym mogła, to całe mieszkanie wymalowałabym na szaro. Już mi przeszło. Nadam kocham biel i teraz z chęcią zrobiłabym każdą ścianę na biało, ale poza tym polubiłam też inne kolory. Co prawda raczej zgaszone, stonowane i głębokie, jak zieleń i granat, ale przy okazji zakochałam się też w drewnie. :) W tym momencie nie planuję jednak remontu sypialni od podstaw, ale chcę ograć ją dodatkami, których w sumie mi tu trochę brakuje i dodać jej kolorystycznego akcentu. Chodzi za mną ciemny niebieski, granat wręcz i to właśnie ten odcień widzę jako uzupełnienie szarości i bieli. :)



Kiedyś bałam się mocniejszych odcieni, teraz uważam, że robią świetną robotę we wnętrzach, a jednocześnie nie męczą. Poniżej moja wstępna lista zakupów z IKEA. :)



1. Pościel NATTJASMIN marzy mi się już od dłuższego czasu. Jest piękna, elegancka i bardzo przyjemna w dotyku. Mam nadzieję, że w połączeniu z kotami będzie biała dłużej niż jeden dzień. Będę ją przykrywać, bo zwierzaki z sypialni raczej się nie wyprowadzą. ;)
2. Narzutę INDIRA już mam w kolorze białym i bardzo dobrze mi się sprawdza, a przede wszystkim ma fajny, duży rozmiar. Ta ciemna wersja będzie fajnie kontrastować z białą pościelą. 
3. Długo byłam przeciwniczką firanek i zasłon w pokojach. Wolałam gołe okna, szybko zmieniłam zdanie, gdy raz powiesiłam gładkie, długie, białe firany. Wnętrze zyskuje od razu +100 do przytulności! Zasłony po bokach nadają intymności i chowają rury od centralnego ogrzewania. :) Myślę, że te MAJGULL sprawdzą się w mojej jasnej sypialni - mamy aż dwa okna, więc światła jest sporo. 
4. Poszewki SANELA mam już w salonie, tyle, że w wersji ciemnozielonej. Ich aksamitne wykończenie jest bardzo eleganckie i prezentuje się pięknie. Na pewno zagoszczą też w sypialni. 
5. Do jednolitych poszewek dobiorę dwie ze wzorem. Myślę, że dwustronny model DAGGRUTA będzie idealnym uzupełnieniem łóżka. 
6. Granatowy puf SANDARED widzę jako element dekoracyjny i zapewne też nowe legowisko Lusi lub Rudego. ;) Podoba mi się i chciałabym go postawić albo obok komody, albo w pobliżu łóżka. 
7. Palma mi się w sypialni nie zmieści, a inne kwiaty doniczkowe w mniejszym rozmiarze Lusia dobija w kilka dni - to znaczy wykopuje z nich ziemię. Jedynie storczyki oszczędza, więc ozdobię nimi parapety. Białe, dwułodygowe PHALAENOPSIS plus ładne, proste osłonki i będzie super. 
8. Nie wyobrażam sobie sypialni bez lampionów, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Wiecie, że latarenki ROTERA były moim pierwszym zakupem z IKEA? Mam do nich sentyment, wciąż mi się podobają, a przez to, że są zamykane nie boję się o jakąś awarię z kotami w roli głównej.
9. Świece uwielbiam i nigdy mi ich dość. Bardzo często kupuję te FENOMEN, bo zestawione ze sobą wyglądają prosto, minimalistycznie i pasują do każdego wnętrza. :) Widzę je na komodzie.  


Mam w planach także kilka innych elementów, ale jeszcze muszę się nad nimi zastanowić. Mowa o dywaniku, żyrandolu, a może nawet lampkach nocnych, choć z drugiej strony obecne  nadal mi się podobają i z tego co mi piszecie wielu z Was również przypadły do gustu. W IKEA są również ciemnoniebieskie fronty do szafy PAX, które korcą mnie, ale obawiam się, że byłoby już wtedy wszystkiego za dużo. No i wtedy robi się już zobowiązująco. Jednak jako jeden mocny akcent w sypialni byłby obłędne! Ja zostanę jednak przy dodatkach, bo je w każdej chwili mogę zmienić na inne, na przykład wiosną na pastelowe. 


Jak wspomniałam na początku, czeka mnie również przearanżowanie szafy PAX. Zamawialiśmy całość przez internet z dowozem do domu (nie mamy IKEA w Szczecinie i moje serce szczerze krwawi z tego powodu ;) - ale dla zainteresowanych, nie wiem czy wiecie, że jest za to Punkt Odbioru Zamówień, do którego transport bez względu na wagę kosztuje 29 zł, a na terenie Szczecina transport jest od 49 zł, czyli identycznie w takich samych cenach jak w Poznaniu),więc zdecydowałam się tylko na proste półki i drążek. W sklepie w Poznaniu dostałam aż oczopląsu od mnogości rozwiązań. Na pewno wiem, że chcę szuflady, dodatkowe oświetlenie wewnątrz, pokrowce, być może również koszyki i wysuwane półki z wkładem na biżuterię oraz zegarki. Muszę jeszcze raz wszystko zaprojektować i wymierzyć, bo chcę zagospodarować wnętrze jak najlepiej, najbardziej funkcjonalnie. Teraz bardzo szybko robi mi się bałagan i mam poczucie niewykorzystanego miejsca. :)


Wszystkie zmiany planuję przeprowadzić w październiku, a przed Świętami zabiorę się jeszcze za domowe biuro. Planuję także przedświąteczną, babską wyprawę do IKEA Poznań i obawiam się, że nasze portfele mogą tego nie wytrzymać. :D Ostatnim razem skupiłyśmy się na całkowicie przebudowanym Dziale Sypialnie, który jest ogromny, a w grudniu pewnie poszalejemy z ozdobami i dekoracjami. ;) Powoli muszę też zacząć myśleć o przyszłorocznym remoncie kuchni, ale o tym opowiem Wam już innym razem.

Dajcie znać co myślicie o moich zmianach i na jakie kolory w pomieszczeniach Wy stawiacie! Ostatnio modna jest także zieleń (aksamitny, ciemno zielony fotel STRANDMON, czyli kultowy uszak rozkochał mnie w sobie na maksa, a Wy tylko utwierdziłyście mnie na Instagramie w przekonaniu, że musi być mój i niebawem stanie w salonie :D) i złoto, a moje serce bije mocniej również do jesiennej musztardy. :)

Dobre powroty: kosmetyki DLA, Niszcz Pryszcz

piątek, września 14, 2018 6

Dobre powroty: kosmetyki DLA, Niszcz Pryszcz

Kiedy zagościły w Polsce tegoroczne upały nie potrafiłam dojść do ładu z moją cerą. Niestety wysokie temperatury nie były dla niej łaskawe - skóra twarzy ekspresowo się przetłuszczała i bardzo zanieczyszczała. Zrezygnowałam nawet z makijażu (całkowicie), ale to nie wystarczyło. Czułam pod palcami grudki, kaszkę i codziennie odkrywałam nowe zaskórniki. Wiedziałam, że to w dużej mierze wina hormonów i wzmożonego pocenia się (skwar, treningi), ale postanowiłam nie stać bezczynnie. Skupiłam się jeszcze bardziej na codziennej pielęgnacji, skompletowałam ją w zasadzie na nowo opierając się na kosmetykach znanych i sprawdzonych. Ponownie zaufałam marce Kosmetyki DLA i serii Niszcz Pryszcz, i po raz kolejny się nie zawiodłam. :) 


Tak jak wspominałam Wam wielokrotnie, odkąd odstawiłam tabletki antykoncepcyjne (a miało to miejsce grubo ponad rok temu), nie mogę dogadać się z moją cerą. :( Nie dość, że się przetłuszcza, zanieczyszcza, to jednocześnie bardzo łatwo ją przesuszyć. Czasem bardzo trudno jest mi więc zachować ją w równowadze. Wybierając kosmetyki do pielęgnacji zawsze stawiam na produkty, które dedykowane są skórze problematycznej, ale nie są stricte wysuszające. Mają również posiadać właściwości nawilżające. Seria Niszcz Pryszcz doskonale wpisuje się w obecne potrzeby mojej cery.

Pierwszy raz sięgnęłam po Kosmetyki DLA w 2015 roku (pisałam o nich wtedy po raz pierwszy na blogu!), od tamtej pory zużyłam bodajże 4 opakowania, teraz kończę piąte. Lubię wracać do takich pewniaków co jakiś czas, szczególnie, gdy nie kosztują dużo. Kiedyś kosmetyki Niszcz Pryszcz dostępne były online, teraz znajdziecie je stacjonarnie także w Hebe. W międzyczasie zmieniła się także ich szata graficzna i ja tę metamorfozę oceniam na duży plus!

Kremy są mi doskonale znane, ale nigdy wcześniej nie używałam płynu do mycia twarzy bez użycia wody Niszcz Pryszcz. Przyznam się Wam szczerze, że jestem osobą, która pielęgnacji bez wody sobie nie wyobraża, ale płyn zastąpił mi płyn micelarny i tonik. Stosowałam go rano i wieczorem jakoś od końca lipca, więc już się skończył. 

Wrażenia? Charakterystyczny, ziołowy zapach, do którego trzeba się przyzwyczaić, to na pewno. :) Ma też ciemnobrązowy kolor od użytego w składzie naparu ziołowego. Kosmetyk ma za zadanie oczyszczać i normalizować cerę tłustą, mieszaną, trądzikową. Delikatnie a zarazem dokładnie oczyszcza skórę, ogranicza wydzielanie sebum, zwęża pory i skutecznie radzi sobie z usuwaniem nawet wodoodpornego makijażu. Przy okazji pięknie też uspokaja cerę, nawilża ją i wycisza. Nie pozostawia lepkiej warstwy, nie szczypie w oczy i sprawdza się w przypadku najbardziej uwrażliwionej cery (na przykład po zabiegach dermatologicznych). Nie zawiera sztucznych substancji myjących, sztucznych barwników i kompozycji zapachowych oraz parabenów. Butelka ma wygodny dozownik, więc standardowa aplikacja na płatek kosmetyczny jest bezproblemowa. Nic się nie wylewa w nadmiarze i się nie marnuje. :)


Odnośnie kremów, mogę w zasadzie powtórzyć to, co napisałam kilka lat temu:


Kremy mają dostarczać skórze to, co niezbędne a jednocześnie usuwać to co zbędne. To motto, które towarzyszy serii od zawsze. :)



Niszcz Pryszcz krem na dzień fajnie matuje skórę, odżywia ją, a jednocześnie goi i gasi wszelkie stany zapalne, odblokowuje pory, zwęża je i sprawia, że są mniej widoczne. Chroni także skórę przed działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych i promieniowaniem UV. W jego składzie znajdziemy świeży odwar z wierzby o działaniu regulującym złuszczanie, świeży napar z krwawnika o właściwościach przeciwzapalnych i rozjaśniających, matującą i oczyszczającą glinkę kaolinową, nawilżający olej z ogórecznika, czy łagodzącą alantoinę. Bardzo dobrze sprawdza się w roli bazy pod makijaż tradycyjny lub mineralny, bo przedłuża jego trwałość.

Niszcz Pryszcz krem na noc posiada działanie silnie łagodzące oraz złuszczające. Minimalizuje ilość krostek i zaskórników, wygładza naskórek i działa antybakteryjnie. Posiada też właściwości nawilżające. Bazuje również na świeżym odwarze z wierzby, świeżym naparze z krwawnika, a poza tym posiada kwasy AHA o właściwościach wybielających i udrażniających ujścia mieszków włosowych, a także olej z ogórecznika, jojoby, łagodzący D-pantenol i alantoinę. 


Kiedyś przyczepiłam się do konsystencji, pisałam, że jest zbyt tępa a kremy dość długo się wchłaniają, ale nie wiem, czy coś się zmieniło w formule, czy to ze mną wtedy było coś nie tak, bo teraz obie wersją suną po skórze gładko i szybko pozostawiają matowe wykończenie. No i tak samo pięknie pachną jak dla mnie mrożoną, zieloną herbatą. Ten zapach jest obłędny i bardzo pozytywnie mnie zaskoczył już dawno temu. :)

Ich stosowanie rozpoczęłam nastawiona na wysyp i faktycznie po kilku dniach wszystkie drobne grudki i inne krostki namnożyły się i powiększyły swój rozmiar. Na szczęście równie szybko zaczęły się goić. Tym razem moja cera była wyjątkowo mocno zanieczyszczona na początku, głównie w okolicach brody, więc chwilowy kryzys był nieunikniony. Nauczona doświadczeniem wiedziałam już, że muszę go przetrwać i odczekać kilka dni, bo potem dzieje się już naprawdę dobrze. 

Zanim jednak przejdę do rezultatów, to chcę podkreślić, że kremy Niszcz Pryszcz, to jedne z niewielu, które złuszczają i oczyszczają, a jednocześnie nie raczą mnie podrażnieniem, widoczną wylinką, czy wzmożoną ilością suchych skórek. 


Co z efektami? Po wysypie wszystko zaczęło się ładnie normować. Największy problem miałam w obszarze brody, po prawej stronie ust. Non stop walczyłam w tym miejscu z zaskórnikami zamkniętymi, które mnożyły się na potęgę. Teraz jest gładko, równo, a jedyną pozostałością po krostkach są przebarwienia i lekkie czerwone ślady. Podobnie jest ze skroniami, zniknęła z nich cała kaszka. Pory na nosie, które na co dzień przypominają kratery straciły na swej widoczności i nie drażnią mnie w lusterku. Pojedyncze zapchane pory w postaci czarnych kropek na czole magicznie wyparowały. A przy okazji cera cały czas pozostaje nawilżona, miękka i elastyczna. 

Oba kosmetyki zamknięto w opakowaniach typu air less z poręcznymi pompkami. Używam ich już przeszło półtora miesiąca i czuję, że jest ich coraz mniej. Myślę, że pod koniec miesiąca kupię kolejne egzemplarze, bo to był naprawdę bardzo dobry powrót. :) Coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że to w naturze tkwi siła. 

Kremy mają pojemność 30g, płyn natomiast 180g. Wszystkie trzy kupicie za niespełna 30zł. Niszcz Pryszcz krem na dzień kosztuje 30,90zł, krem na noc 29,90zł, a  płyn do mycia twarzy 28,90zł. Tak jak już wyżej wspomniałam linię Niszcz Pryszcz znajdziecie w Hebe oraz w sklepie marki kosmetykidla.pl.

Jeśli macie problemy z cerą i szukacie nieinwazyjnego sposobu na jej oczyszczenie i doprowadzenie do porządku, polecam. :)

Jak się zmotywować do aktywności fizycznej? Co sprawia, że ćwiczę regularnie?

poniedziałek, września 10, 2018 8

Jak się zmotywować do aktywności fizycznej? Co sprawia, że ćwiczę regularnie?

Przez prawie 30 lat mojego życia byłam na bakier z aktywnością fizyczną. Zdecydowanie mogę się nazwać kanapowym leniem, który co jakiś czas zaliczał sportowe zrywy. Już od dziecka sport kojarzył mi się z traumą, więc zwolnienia z w-fu były na porządku dziennym. Smutne, ale prawdziwe. W dorosłym życiu miałam epizody, gdzie ćwiczyłam codziennie, ale zniechęcona zmęczeniem i ogólnym zajechaniem organizmu (wtedy nie dopuszczałam do siebie możliwości przerwy, albo ćwiczę codziennie, albo wcale!) bardzo szybko się poddawałam. Próbowałam różnych aktywności, przerobiłam masę treningów na YouTube, ale moja kondycja była tak tragiczna, że już po kilku minutach się zniechęcałam, bo nie byłam w stanie wykonać połowy ćwiczeń. Nawet kilka pojedynczych spotkań z trenerami nie było mnie w stanie zachęcić. Myślałam, że tak już będzie przez całe moje życie, że to nie dla mnie, na szczęście byłam w błędzie! Dzisiejszym wpisem chcę Wam udowodnić, że aktywność fizyczną naprawdę da się polubić, ale trzeba być z nią w zdrowej relacji. Co mam na myśli? Już tłumaczę.



Nie było łatwo. 

Początek tego roku nie należał do najprzyjemniejszych dla mnie. Czułam się źle. Wiecznie nie miałam energii, ciągle chciało mi się spać, a uczucie beznadziejności potęgowała kiepska dieta, brak ruchu, stres i okropne bóle pleców. Bolała mnie lewa strona, odcinek szyjny, bark, drętwiała cała lewa ręka (jestem leworęczna, więc bywało ciężko), miałam ograniczone ruchy głowy. Wróciłam do fizjoterapeutki po przerwie, ale masaże, które kiedyś przynosiły ulgę, działały krótkotrwale. Trafiłam do ortopedy, który powiedział, że mam dwa wyjścia, albo nie zrobię nic i będzie się to pogłębiać, albo obuduję plecy mięśniami, bo jeśli nie będę się ruszać, to nawet rehabilitacja nie przyniesie zadowalających efektów. W międzyczasie trafiłam do endokrynologa, zrobiłam wyniki i dowiedziałam się, że mam insulinooporność i niedoczynność tarczycy. Znacie tę historię i wiecie, że to właśnie w tamtym momencie postanowiłam coś zmienić i powalczyć o swoje zdrowie. Umówiłam się na pierwszy trening z trenerką personalną - Pauliną, z którą ćwiczę do dziś. To był marzec i muszę Wam szczerze napisać, że zaczynając przygodę z siłownią początkowo miałam z tyłu głowy myśl, że to etap przejściowy, że muszę się ruszać, by "naprawić' swoje plecy i schudnąć. Traktowałam to jako chwilowy wysiłek potrzebny do osiągnięcia danego celu, czyli standard w moim przypadku. Całe życie postrzegałam wszelkie ćwiczenia jako chwilowy mus, by schudnąć, wiecie, ruszałam się dlatego, że musiałam, a nie dlatego, że chciałam. 

Aż nagle coś zatrybiło.

Może się powtarzam i może to moje jaranie się siłownią jest już nudne, ale idąc na pierwszy trening w życiu nie pomyślałam, że tak pokocham właśnie tę formę ruchu. Nawet nie wiem kiedy, ale stało się to bardzo szybko, moja trenerka zaraziła mnie miłością do ciężarów. I nagle moje wieloletnie podejście zmieniło się całkowicie. Przestałam traktować aktywność fizyczną jako epizod, a zaczęłam postrzegać jako nieodłączny element mojego życia. Priorytetem przestała być określona waga, czy obwody. Nagle poczułam, że moim celem jest przede wszystkim sprawne, zdrowe, silne, zbite ciało, wewnętrzna siła i energia. Już nie chodzę na siłownię, żeby schudnąć, jasne fajnie, gdy kilogramy spadną, ale to efekt uboczny. Pakuję torbę i wychodzę z domu głównie dlatego, że przerzucanie żelastwa sprawia mi ogromną frajdę, daje radość i dba o moją równowagę psychiczną.

Żeby nie było tak kolorowo, wspominałam Wam na instagramie, że w międzyczasie miałam kontuzję stopy (nabawiłam się jej w trakcie remontu). Zarówno ona, jak i kilka innych czynników wykluczyły mnie z treningów siłowych w sierpniu. Ta przymusowa przerwa dała mi po tyłku, ale z drugiej strony pozwoliła jeszcze bardziej docenić wpływ ruchu na moje samopoczucie oraz zrozumieć, że trening siłowy, to pierwsza w życiu forma sportu, którą naprawdę kocham i w której się realizuję. Brakowało mi tego, czułam się zła, smutna i sfrustrowana. Na pierwsze spotkanie po przerwie wręcz frunęłam. :D

Skąd czerpię motywację?

Tak szczerze mówiąc nie muszę się szczególnie motywować. Mój słomiany zapał do ćwiczeń odszedł w niepamięć. Jasne, mam słabsze momenty, ale nie odpuszczam, bo lubię to co robię. I myślę że to jest klucz do sukcesu. 
Teraz wiem, że dopiero, gdy znajdziemy sport, który sprawia nam radość stanie się on stałą częścią naszego życia, a nie przykrym obowiązkiem. Jeśli robiąc coś nie czujemy choć iskierki satysfakcji, a złość, zniechęcenie i odliczamy do końca, to znak, że nie warto się męczyć, lepiej szukać czegoś innego. :) Ja szukałam długo, ale było warto!
Nie warto się katować, bo jeśli robicie coś wbrew sobie, albo coś najzwyczajniej w świecie Was nudzi, to prędzej, czy później sobie odpuścicie i to na dłuższą metę nie zadziała. Nie warto obwiniać się za słomiany zapał, najważniejsze, by nie usiąść na kanapie (tak jak ja to kiedyś robiłam ;)) na kolejne miesiące i nie narzekać, że cały świat jest przeciwko nam, tylko próbować innego rodzaju sportu. Nie musicie robić tego co wszyscy. Wiele dziewczyn twierdzi, że nie chodzi na siłownię, bo kardio je nudzi - mnie też nie satysfakcjonuje pedałowanie na orbitreku, ale znacznie szybciej mija mi czas na schodach, albo relaksuje bieganie w terenie. Na siłowni jest jednak coś więcej niż maszyny i nie warto się bać treningu siłowego, bo naprawdę nie zrobi on z Was damskiej wersji Pudziana. Aby mieć umięśnione ciało, rozbudowane, widocznie zarysowane mięśnie potrzeba ogromu pracy i to nie dzieje się w miesiąc, taki wygląd wypracowuje się przez lata treningów i ścisłej diety. :) 

I nie, nie twierdzę absolutnie, że ta forma treningu przypadnie Wam do gustu tak jak mi, ja po prostu chcę, abyście nie bały się próbować zarówno ciężarów, jak i innych aktywności, bo dopóki nie spróbujecie, nie przekonacie się, czy są one odpowiednie dla Was.


Dawno nie było treningowych wieści, ale nie oznacza to, że sobie odpuściłam! I absolutnie nie zamierzam! 💪Maj zmiażdżył mnie czasowo i musiałam co prawda trochę zwolnić, ale od czerwca lecimy bardzo regularnie dalej! 🏋️‍♀️ Już nawet nie chodzi o spadek wagi (a ona spada, tak jak i obwody), ale to co się dzieje w głowie, gdy człowiek regularnie się rusza i czerpie z tego przyjemność, to szok! Efekty w postaci coraz większej sprawności, kondycji i siły niesamowicie motywują i dodają pewności siebie! ❤ Chce mi się chcieć, mam więcej energii i przede wszystkim samoakceptacji (kilka miesięcy temu nie wrzuciłam takiego zdjęcia i nie ubrała krótkich spodenek na te blade szkity😁). Dlatego po raz setny powtórzę, że ruszenie tyłka z domu i kupienie karnetu, to było najlepsze co mogłam dla siebie zrobić i Was zachęcam do tego samego!💪 Udanego piątku! ❤😚 ps. żeby nie było, że tak wszystko super, to w kwestii diety "trochę" popłynęłam, przyznaję🙈, ale niebawem ruszamy z kolejnym jadłospisem, @paulina.lenart spodziewaj się dziś maila 😁 #mcfit #bodybuild #bodybuilding #bestrong #changemybody #changemylife #gymlife #befit #motivation #gymmotivation #aftertraining
Post udostępniony przez AGU | Agata (@agu_blog)
Co ze słabszymi momentami?

W tej mojej nieszczęsnej przerwie obiecałam sobie, że jak już do treningów siłowych wrócę, to nigdy nie będę narzekać, że mi się nie chce, albo że mam zakwasy. Nie będę szukać wymówek, a w chwilach kryzysowych przypomnę sobie jak bardzo za tym tęskniłam, gdy nie mogłam ćwiczyć i docenię, że mam możliwość przerzucania tego żelastwa. Wiadomo jednak, że różnie w życiu bywa i nie da się być w stu procentach zmotywowaną przez cały czas.

  • Kiedy mi się wyjątkowo nie chce ruszyć tyłka z domu, to staram się nie myśleć, nie analizować, tylko pakuję się i wychodzę z domu. Na mnie to działa, bo zazwyczaj najwięcej czasu tracimy na szukanie wymówek, a nie sam trening. ;)
  • Gdy mam dużo pracy i czuję się zastana siedzeniem przed kompem, a pierwszą myślą jest "nie mam dziś czasu", zbieram się w sobie, bo wiem, że taki wycisk doda mi energii, rozrusza i pozwoli uporać się z obowiązkami.
  • Motywuje mnie również znajomość uczucia w trakcie treningu i tuż po nim - satysfakcja, radość, czysta głowa. Kiedy mam jakiś problem, coś mnie dobija, czy smuci, to odpowiedni trening działa lepiej niż czekolada.
  • Dodatkowym motywatorem jest fakt, że jestem umówiona z trenerką, no i głupio tak odwoływać trening w ostatniej chwili. :) To kolejna zaleta pracy ze specjalistą. Uważam, że to moja najlepsza tegoroczna inwestycja w siebie. Dobry trener to skarb!
  • Na dalsze treningi nakręca mnie również odpowiednie ich ułożenie. Wszystkie ćwiczenia dobrane są na miarę moich umiejętności. Z trenerką przekraczam granice, ale nie trenuję ponad siły. Gdybym miała się na przykład podciągać na drążku, czego nie potrafię zrobić, z pewnością byłabym sfrustrowana i sobie odpuściła. 

Umiem jednak odpuścić. Gdy jestem chora, źle się czuję, mam zarwaną noc za sobą, bądź najzwyczajniej świecie boli mnie brzuch z powodu miesiączki przekładam trening na inny dzień. Wychodzę z założenia, że warto słuchać swojego organizmu i lepiej dzień później zrobić trening na 150% niż danego dnia na 50%.

Duże znaczenie ma dla mnie również pora dnia. Nie lubię ćwiczyć rano, zdecydowanie wolę środek dnia, a już najbardziej późne popołudnie. Wtedy niosą mnie emocje z danego dnia, no i mogę się zmęczyć na maksa, bo wszystkie obowiązki już za mną. 

Pamiętajcie też, że ćwiczycie wyłącznie dla siebie. Nie czujcie się w obowiązku, by coś komuś udowadniać lub deklarować. Efekty przyjdą, prędzej, czy później, nawet gdy Basia z Kasią udawać będą, że ich nie dostrzegają. To Wy macie czuć się ze sobą dobrze. Ja na przykład nadal należę do większych dziewczyn i mam sporo pracy przed sobą, ale chyba nigdy nie akceptowałam swojego ciała bardziej niż obecnie. Sport buduje charakter i pewność siebie, nie sądziłam, że aż tak. :)

...także dziewczyny, próbujcie, szukajcie, nie zrażajcie się niepowodzeniami. Jeśli jeden rodzaj treningu Wam nie pasuje, dajcie szansę czemuś innemu. Nie dołujcie się i nie biczujcie za niepowodzenia. Niedawno przeczytałam gdzieś, że każda porażka to przecież tylko siniak, a nie tatuaż, także nigdy nie jest za późno, aby coś zmienić i ruszyć tyłek z kanapy! A przy okazji odkryć pasję. :) Tego Wam życzę.

Ps. Jeśli temat siłowni Was interesuje, to zapraszam na mój Instagram, tam wrzucam od czasu do czasu migawki z treningów i dzielę się moimi spostrzeżeniami. :) 
tanie i dobre kosmetyki do pielęgnacji - top 5!

środa, sierpnia 15, 2018 24

tanie i dobre kosmetyki do pielęgnacji - top 5!

Lubię tanie i dobre kosmetyki. Niesamowitą frajdę sprawia mi odkrywanie ich, testowanie, a na późniejszym etapie polecanie ich Wam na blogu. Uważam, że na rynku można znaleźć naprawdę ogrom kosmetycznych perełek w rozsądnych cenach. Mamy spory wybór w każdej kategorii. Dziś akurat zebrałam pięć tanich, pielęgnacyjnych hitów, które w niczym nie ustępują droższym odpowiednikom. Używam ich z powodzeniem i bardzo sobie chwalę. Poznajcie je bliżej również Wy!









Petal Fresh, Tea Tree, Scalp Treatment Shampoo (Odżywczo - antyseptyczny szampon do włosów)

Kiedy skończył mi się szampon Maria Nila Heal zaliczyłam krótki epizod z innym, który okazał się totalnym bublem. Nie domywał włosów i powodował okrutne swędzenie. Szukałam więc oczyszczającego kosmetyku, który zażegna ten kryzys i wrzuciłam w ciemno do koszyka Petal Fresh, Tea Tree, Scalp Treatment Shampoo (Odżywczo - antyseptyczny szampon do włosów). Był w promocji, a ja potrzebowałam czegoś na szybko. To był strzał w dziesiątkę, bo sprawdza się on u mnie świetnie! Super myje, odbija włosy u nasady, dodaje objętości, a jednocześnie wycisza i koi skórę głowy. Ustąpiło swędzenie i podrażnienie, włosy dłużej utrzymują świeżość, mniej się przetłuszczają. W sieci zbiera różne opinie, ale ja jestem pewna, że zostanie w mojej łazience na dłużej, bo spełnia moje potrzeby w pełni. Ma rześki, ziołowy zapach, dobry skład, nieźle się pieni, nie plącze włosów, a wygodna butelka ułatwia aplikację. Czego chcieć więcej? Nabrałam jedynie ochoty, na wypróbowanie innych kosmetyków marki! Szampon kupiłam w Rossmannie, w promocyjnej cenie ok. 16zł. Często można wyhaczyć je taniej, dlatego warto śledzić gazetki.


Bielenda, Vegan Friendly, nawilżający peeling do ciała Arbuz z prowitaminą A

W upalne dni szukam kosmetyków lekkich, o rześkich, owocowych aromatach, niepozostawiających lepkiej warstwy. Arbuzowy peeling Bielenda Vegan Friendly spełnia moje wymagania. Jest skuteczny, a jednocześnie pachnie wakacjami! Sięganie po niego jest więc czystą przyjemnością. Ma grube, ostre cukrowe drobiny, które przyzwoicie złuszczają martwy naskórek, ale są na tyle delikatne, że nie powodują podrażnień. Konsystencja jest treściwa i gęsta, więc nie musimy obawiać się, że kosmetyk spłynie nam z dłoni. Tuż po użyciu skóra staje się mięciutka, wygładzona i nawilżona, a przy tym wolna od tłustego filmu. Dla mnie, to idealny peeling na ten letni skwar! Przy okazji dodaje też energii i świeżości. Kosztuje około 15zł.




Nacomi, Peeling do stóp Zielona herbata

W temacie peelingu pozostając, tym razem coś do pielęgnacji stóp, a dokładniej naturalny peeling o zapachu zielonej herbaty od Nacomi. O rety jak on pachnie! Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale ja zapach zielonej herbaty w kosmetykach kocham, więc tu zostałam kupiona na wstępie. Na tym jednak nie kończą się jego zalety, bo on fantastycznie stopy zmiękcza, nawilża, wygładza, ściera zrogowaciały naskórek i regeneruje. A przy okazji też skutecznie odświeża. Zawiera masło shea, olej z pestek winogron, olej macadamia i olej jojoba, czyli prawdziwą bombę odżywczą. Taka mieszanka latem dla ładnego wyglądu stóp jest zbawienna. Pedicure zyskuje nowy wymiar. Koszt jednego słoiczka, to jakieś 12zł.


Ziaja Med, kuracja ultranawilżająca 15%, krem do stóp

Nie wiem, czy już kiedyś nie wspominałam o tym kremie, ale nawet jeśli, to warto opowiedzieć o nim raz jeszcze. Jeżeli macie jakikolwiek problem ze stopami, czy to z ich suchością, zgrubieniami, pękającymi piętami, to polecam gorąco sięgnąć po tą niepozorną tubkę! Gwarantuję Wam, że już po pierwszej aplikacji zauważycie znaczącą różnicę. Ja używam kremu wyłącznie wieczorem. Wsmarowuję grubą warstwę w całe stopy, czekam aż się odrobinę wchłonie, ubieram skarpetki, a przed samym snem je ściągam, bo nie lubię w nich spać. :D Rano skóra jest wyraźnie zmiękczona, gładziutka, wyrównana i bardziej elastyczna. Serio, ten kosmetyk stosowany regularnie zmienia stopy nie do poznania i jest najlepszym kremem tego typu jaki znam. Kosztuje 10zł!


CosmoSPA, glinka biała

Glinki uwielbiam niezależnie od rodzaju, ale ostatnio upodobałam sobie wersję białą. Dlaczego? Oczyszcza, ale robi to bardzo delikatnie i nie ściąga, ani nadmiernie nie napina podrażnionej upałami skóry. Stosuję ją rozrobioną z wodą i olejkiem jako maseczkę, nakładam jako maskę na włosy, czasem mieszam z szamponem lub dodaję do żelu pod prysznic. Glinka świetnie rewitalizuje, regeneruje, odświeża i i normalizuje pracę gruczołów łojowych. Świetnie uspokaja skórę głowy, pozwala pozbyć się nagromadzonego sebum i odtyka, a także zwęża pory. Nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez glinek, towarzyszą mi od lat! Jeśli jeszcze ich nie próbowałyście, to koniecznie nadróbcie. :) Biała sprawdzi się u cer delikatnych. Opakowanie ze zdjęcia kosztuje niecałe 10zł.

I to już wszystkie moje pielęgnacyjne hity, o których chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć. Dajcie znać, czy miałyście z nimi do czynienia i polećcie w komentarzach Wasze perełki! :D
Dlaczego warto używać frezarki? Frezarka NeoNail JSDA Nail Drill JD 700

piątek, sierpnia 10, 2018 6

Dlaczego warto używać frezarki? Frezarka NeoNail JSDA Nail Drill JD 700

Wspominałam Wam niedawno, że zaopatrzyłam się we frezarkę, która okazała się być ogromnym ułatwieniem życia. Znacznie przyspiesza proces wykonywania manicure hybrydowego w zaciszu domowym i bez wątpienia jest warta bliższego poznania! Przedstawiam dziś zatem frezarkę NeoNail JSDA Nail Drill JD 700 i zapraszam do dalszej części wpisu.



NeoNail JSDA Nail Drill JD 700

Długo nosiłam się z myślą zakupu frezarki. Zależało mi na tym, aby skrócić czas ściągania lakieru hybrydowego i jeszcze bardziej uprzyjemnić proces malowania paznokci. Wiedziałam więc, że musi być to sprzęt dobry - o odpowiedniej mocy, cichy, sprawny i skuteczny. Po namyśle zdecydowałam się na model NeoNail JSDA - JD 700 i stwierdzam, że to był doskonały wybór. Frezarka działa bez zarzutu, a jednocześnie pozwala mi zachować pełną kontrolę. W kwestii paznokci jestem samoukiem, ale wiem, że trzeba działać ostrożnie, by nie uszkodzić płytki i nigdy nic takiego mi się nie zdarzyło.

Koszt frezarki w sklepie NeoNail.pl wynosi 269zł i w tej cenie otrzymujemy cały zestaw: bazę frezarki, rączkę do frezarki i podstawkę pod nią, adapter nożny z przewodem, instrukcję, zestaw 3 frezów z nasypem diamentowym, nośnik mandrel z kapturkiem oraz kartę gwarancyjną. Jednym słowem full serwis. :) Ja wybrałam wersję białą, jest jeszcze silver, violet i rose.

Pokrótce przybliżę Wam też dane techniczne frezarki oraz jej możliwości, bo to dość istotna kwestia. Frezarka posiada rączkę typu TWIST-LOCK, dzięki czemu frezy wymieniamy tak naprawdę jednym ruchem (przekręcamy w lewo rączkę i gotowe!). Umożliwia obroty w prawo i lewo oraz płynną ich regulację w zakresie do 30.000. Włączyć możemy ją zarówno pedałem nożnym jak i w bazie. Sprzęt jest bardzo poręczny, ma ergonomiczną obudowę, a baza frezarki waży 1000g. Sama rączka natomiast 210g. Moc to 35W, a zasilanie 110-120V.

Frezy możemy wymieniać do woli, kupować i kolekcjonować takie, które odpowiadają nam najbardziej. Istnieje również możliwość dokupienia samych kapturków. Asortyment NeoNail jest naprawdę bogaty. Te, które są dołączone do zestawu spokojnie wystarczą na początek i pozwolą na sprawne, a zarazem szybkie usunięcie nie tylko hybrydy, ale też żelu, czy akrylu. Bez problemu doprowadzimy również do porządku niesforne skórki. 

Sama praca jest naprawdę przyjemna i bezproblemowa, a przede wszystkim bezpieczna. Jeżeli nauczymy się operować frezarką, a jednocześnie będziemy pamiętać, że podczas całego procesu ściągania manicure powinnyśmy zachować delikatność, to nasze paznokcie będą mocne, zdrowe i piękne.

Gdy frezarka jest włączona, a frez styka się z płytką paznokcia nie czuć żadnych drgań, rączka nie skacze, nie odbija się od płytki. Każdy ruch jesteśmy w stanie kontrolować, przy okazji dopasowując siłę obrotów do naszych umiejętności i potrzeb. 


Plusy frezarki, czyli dlaczego warto kupić NeoNail JSDA Nail Drill JD 700?

Frezarka niesie sporo zalet, a ja skupię się na najważniejszych dla mnie:
  • skrócony czas wykonywania manicure, naprawdę zmniejsza się on praktycznie o połowę!
  • delikatność dla skórek - ja mam bardzo podatne na uszkodzenia skórki, mocniejsze przejechanie pilnikiem po płytce potrafi je rozkrwawić, odkąd używam frezarki nic takiego się nie dzieje,
  • oszczędność czasu w dbaniu o skórki - nie używam już żadnych preparatów zmiękczających przed, nie muszę ich wycinać, mam spokój, a kiedyś nieestetycznie wyglądające skórki były moim problemem,
  • mocna, silna, zdrowa płytka - nie osłabiam jej ani acetonem, ani nadmiernym piłowaniem, zawsze zostawiam cieniuteńką warstwę bazy, dzięki czemu paznokcie pięknie rosną,
  • precyzja - frezarką jesteśmy w stanie dokładnie usunąć lakier na całej powierzchni paznokcia, 
  • bezpieczeństwo użytkowania - odpowiednio dobrana moc obrotów, właściwy frez i postępowanie zgodnie z instrukcją, to naprawdę klucz do sukcesu i gwarancja zdrowych, wolnych od uszkodzeń paznokci,
  • łatwe i szybkie skracanie paznokci przedłużonych,
  • poręczny rozmiar, cicha  praca, lekka rączka i pedał nożny, to również ogromne zalety tego niewielkiego sprzętu!


Jak używam frezarki w domu? NeoNail JSDA Nail Drill JD 700 w akcji


Dziewczyny, to naprawdę nic skomplikowanego. Opowiem Wam w kilku krokach jak robię to ja. Bierzcie jednak pod uwagę, że jestem samoukiem, a paznokciami zajmuję się amatorsko i z frezarki korzystam wyłącznie na własny użytek. :) Cały czas się uczę, oglądam tutoriale, korzystam z rad i wiedzy bardziej doświadczonych koleżanek manikiurzystek. 

1. Ustawiam odpowiednią moc, kierunek obrotów frezarki i zaczynam ściąganie koloru od środka paznokcia. Pilnuję, aby frez płasko przylegał do płytki. Nie ustawiam go pod kątem ponieważ wtedy najłatwiej narobić sobie dziur.
2. Nie wkładam w nacisk dużej siły, dbam o to, aby frez nie przylegał długo w jednym miejscu do płytki, tylko po prostu delikatnie przeciągam nim po całym obszarze paznokcia, uważając na gołą płytkę w miejscu odrostu. 
3. Kiedy już usunę lakier ze środka płytki zmniejszam nieco moc frezarki i zajmuję się bokami oraz granicą odrostu. Delikatnie usuwam resztki hybrydy zmieniając kierunek obrotów tak, aby było mi wygodnie i bym miała pełną kontrolę nad tym co robię. Nie robię tego przecież na wyścigi. :)
4. Na sam koniec zmieniam frez i delikatnie zajmuję się skórkami. Usuwam na pierwszy rzut oka niewidoczne błonki na płytce i doprowadzam je do porządku. Gotowe! Mogę przejść do dalszych kroków, czyli delikatnego opiłowania wolnego brzegu pilnikiem, nadania kształtu i malowania. :) 


Przyznam szczerze, że obawiałam się początkowo tego, że z frezarką sobie nie poradzę, ale używam jej już od jakiegoś czasu i nigdy nie zrobiłam sobie krzywdy. Po prostu w spokoju, bez pośpiechu zajmuję się paznokciami i tyle. :) Ani razu nie przepiłowałam sobie płytki, nie poczułam jej pieczenia, bólu, czy osłabienia. Jakieś dwa tygodnie temu zdjęłam hybrydę do "gołego" i paznokcie wyglądały tak jak kiedyś, nim zaczęłam ją nosić. A moja hybrydowa przygoda trwa już ponad rok. :)

Podsumowując, jeśli ściąganie hybrydy jest dla Was uciążliwe, nie lubicie owijać palców folią i moczyć w removerze, czy acetonie, to naprawdę gorąco polecam Wam zakup frezarki do użytku domowego! Gwarantuje, że będziecie zadowolone, a Wasz manicure wskoczy na wyższy level. :)

Dajcie znać, czy korzystacie z frezarki i w jaki sposób najczęściej usuwacie manicure hybrydowy. :)