Przegląd kosmetyków Gosh

środa, lipca 12, 2017 9

Przegląd kosmetyków Gosh

Z kosmetykami Gosh miałam do tej pory małą styczność, ale wszystkie, które wypróbowałam sprawdzały się u mnie bardzo dobrze. Szczególnie miło wspominam krem CC. Z chęcią przystąpiłam więc do przetestowania kolejnych produktów z asortymentu marki (kosmetyki Gosh szukajcie w drogeriach Hebe, stacjonarnie są dostępne wyłącznie tam) i dziś podzielę się opinią na ich temat. Ciekawi Was jak się sprawdzają? Zapraszam na mały przegląd. :-)

Zacznę od podkładu, bo to on zaskoczył mnie najbardziej pozytywnie. Latem szukam czegoś lekkiego, co ładnie ujednolici koloryt cery, zamaskuje pory i moje zaczerwienienia, a jednocześnie będzie trwałe i nieobciążające dla skóry. Taki właśnie jest Gosh #Foundation Drops, czyli podkład nawilżająco-kryjący. Został zamknięty w zgrabnej buteleczce z pipetą, która pozwala na odpowiednie dozowanie kosmetyku. Jego konsystencja jest płynna, a w zasadzie dość wodnisto-olejowa i przed użyciem należy opakowaniem porządnie wstrząsnąć. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że tak rzadka formuła nie zapewni mi odpowiedniego krycia i przy pierwszej aplikacji nie żałowałam sobie podkładu podczas nanoszenia go na dłoń. Jakież było moje zdziwienie, gdy już pierwsza cienka warstwa zaaplikowana gąbeczką ukryła wszystko, co ukryć miała. Podkład naprawdę dobrze kryje i ładnie wygładza strukturę naszej cery - maskuje pory, zakrywa przebarwienia i zaczerwienienia. Korektor jest mi potrzebny jedynie pod oczami. Z płynną konsystencją dobrze się pracuje zarówno pędzlem, gąbeczką, jak i palcami, szczególnie gdy odczekamy chwilę po wyciśnięciu na rękę (po kilkunastu sekundach staje się jakby bardziej zwarta i stabilna). #Foundation Drops ładnie się ze skórą stapia i zapewnia naturalne,minimalnie pudrowe wykończenie bez efektu maski. Nie jest to podkład zastygający i według mnie najlepiej sprawdzi się w przypadku cer suchych, normalnych i mieszanych. Ja go zawsze przypudrowuję i odpowiednio zagruntowany trzyma się doskonale, a pierwszych poprawek wymaga w strefie T (głównie przy skrzydełkach nosa), po około 8 godzinach. Sięgam wtedy po bibułkę, przykładam do nosa, czoła i brody, aby ściągnąć nadmiar sebum, następnie zaś delikatnie wciskam w te miejsca puder (zawsze gąbeczką na mokro) - makijaż znów prezentuje się nienagannie.


Posiadam odcień 002 ivory, który jest ładnym, żółtawym beżem, idealnie zgrywającym się z moim obecnym odcieniem skóry. Nie zauważyłam, aby ciemniał, czy zmieniał kolor na dłoni albo twarzy, co również jest ogromnym plusem. Nie zapycha mnie i nie pogarsza stanu cery. Już wcześniej słyszałam o #Foundation Drops wiele pozytywnych opinii i nie zostaje mi nic innego, jak dołączyć do grona fanek tego podkładu. 

Lewa strona twarz bez niczego + olejek Gosh na ustach / Prawa strona - podkład Gosh #Foundation Drops 002 + odrobina korektora pod oczami, przypudrowany pudrem Bikor. Na oczach warstwa maskary Rebel Eyes, na ustach olejek Gosh 004.


Kolejnym kosmetykiem do makijażu twarzy jest Gosh Lumi Drops, czyli płynny rozświetlacz w kolorze 002 Vanilla. Odcień jest jasny, srebrzysty, bez wyraźnych drobinek, a wykończenie bardzo subtelne i eleganckie. Wbrew pozorom to kosmetyk wielofunkcyjny - wygląda ładnie zaaplikowany na szczyty kości policzkowych, tuż na podkład (mokre zawsza na mokre), ale też genialnie sprawdza się na przykład w roli rozświetlającej bazy. Lubię mieszać go również z podkładem lub kremem, uzyskuję wtedy efekt kontrolowanego glow. Bardzo przyjemny i wydajny kosmetyk, w wygodnym opakowaniu z tzw. dzióbkiem. 


Maskara Gosh Rebel Eyes, to także kosmetyk udany. Posiada mój ulubiony typ szczoteczki, czyli tą silikonową, gumową i elastyczną. Jest ona lekko wygięta i usiana gęstymi, drobnymi igiełkami. Łatwo nią dotrzeć do każdej rzęsy i pokryć włoski kolorem od samej nasady. Czerń jest głęboka, a spojrzenie mocno podkreślone. Tusz ładnie wydłuża rzęsy, dobrze je rozdziela i delikatnie pogrubia. W połączeniu z zalotką stają się też podkręcone oraz uniesione przez cały dzień - nie prostują się i nie opadają w trakcie, bo maskara ich nie obciąża. To spora zaleta. Podczas noszenia nic się również nie osypuje, nie rozmazuje i nie kruszy, a demakijaż idzie gładko, szybko i przyjemnie. To już drugi tusz do rzęs marki Gosh, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie. 


Na koniec opowiem Wam jeszcze o Gosh Lip Oil, czyli o olejku do ust w kolorze 004 Raspberry. Na co dzień sięgam raczej po matowe szminki, ale nie zawsze moje usta są przecież w dobrym stanie. Wtedy właśnie w ruch idą bardziej kremowe formuły pomadek, błyszczyki lub odżywcze olejki właśnie. Mam ich kilka (tańsze i droższe - tak sobie myślę, że może zrobię Wam porównanie?) i jedne nawilżają lepiej, inne gorzej, ale ten akurat sprawdza się bez zarzutu. Widocznie usta pielęgnuje - odżywia, nabłyszcza, natłuszcza, zmiękcza optycznie wygładza strukturę ust i nieco je uwypukla. Prezentują się bardzo kobieco, zdrowo i wyglądają na zadbane, mimo iż tak naprawdę są czasem popękane i mają suche skórki. Kosmetyk nie zostawia lepkiej warstwy, ani nie ciągnie się. Łączy w sobie działanie pielęgnacyjne i upiększające, więc fajnie mieć go pod ręką. Z tego co wiem, dostępne są różne odcienie. 


Na koniec jeszcze szybkie swatche. :-)



Znacie kosmetyki Gosh? Lubicie je? Jakie macie z nimi doświadczenia! Dajcie znać! Tak jak wspomniałam we wstępie stacjonarnie kupicie je wyłącznie w drogeriach Hebe. A wszelkie szczegóły (odnośnie asortymentu, promocji, czy też lokalizacji drogerii) znajdziecie na stronie hebe.pl.
Ulubieńcy czerwca

czwartek, lipca 06, 2017 32

Ulubieńcy czerwca

Lipiec w pełni, więc zapraszam na kolejną odsłonę ulubieńców! Opowiem Wam dziś  między innymi o kilku świetnych pomadkach, dobrej zalotce i maseczce do twarzy oraz orzeźwiającym toniku. Gotowe? To lecimy!


Nie lubię mieć nagich ust i w zasadzie zawsze gości na nich jakaś pomadka. Na co dzień wybieram maty w odcieniach nude, bo wtedy nie muszę się martwić o ciągłe poprawki. W czerwcu zachwyciły mnie trzy szminki. Pierwsza, to Maybelline Colorsensational w odcieniu 987 smoky rose. Ma bardzo przyjemną, kremową formułę i gładko pokrywa usta jednolitym kolorem. Dobrze kryje i posiada aksamitne, półmatowe wykończenie. Nie wchodzi w załamania warg, nie podkreśla suchych skórek, równomiernie się ściera pozostawiając na ustach mgiełkę koloru nawet po kilku godzinach. Koniecznie zwróćcie na nią uwagę będąc przy szafie marki.

Druga, to Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick w odcieniu 13. Przyznam szczerze, że zazwyczaj stronię od tego typu kolorów, ale w trzynastce czuję się zaskakująco dobrze. To zdecydowanie ciepły i dość jasny odcień nude, więcej w nim beżu niż różu, także sama się sobie dziwię, że tak się polubiliśmy! O jakości matowych pomadek w płynie od Golden Rose rozwodzić się nie będę, bo chyba wszystkie już wiemy, że są doskonale napigmentowane, trwałe i komfortowe w noszeniu. :-) Linia dostępna jest np. tutaj.

Ostatnia natomiast, to matowa pomadka w płynie LashBrow w odcieniu 05 Naked. Kolor jest piękny - bezpieczny, uniwersalny zgaszony róż z domieszką beżu. Uzupełni każdy makijaż i myślę, że będzie pasował większości kobiet. Największym plusem szminki jest jednak trwałość - przetrwała weselny obiad z dwóch dań, w tym rosół i kilka kolejnych przekąsek. Nie tworzy nieestetycznej linii na łączeniu warg, nie podkreśla ich struktury, nie wygląda sucho i bardzo ładnie znika. Dla mnie petarda. Mam ochotę na więcej kolorów z tej linii - Lilac i Sorbet kuszą mnie najmocniej. Do kupienia tutaj.




W dalszym ciągu lubię też korektor Catrice Liquid Camouflage w stosunkowo nowym odcieniu 005. Ładnie kryje, nie ciemnieje, nie obciąża skóry pod oczami, nie wchodzi w zmarszczki, a przypudrowany staje się niesamowicie trwały. Nawet wieczorem, gdy patrzę w lustro, on jest na swoim miejscu i wygląda naprawdę dobrze. Jestem tym faktem trochę zaskoczona, bo używana do tej pory 10 nie trzymała się aż tak dobrze. Stacjonarnie znajdziecie go w Naturach, a online np. tutaj.


Nareszcie wymieniłam też swoją starą zalotkę i kupiłam zachwalaną przez wszystkich profesjonalną zalotkę z Inglota. To był dobry wybór, bo jest ona dobrze dopasowana do kształtu oka i pozwala na szybkie podkręcenie rzęs w zewnętrznym kąciku, z czym wcześniej miewałam problem. Sprawdza mi się super, więc polecam jeśli szukacie dobrej zalotki dostępnej od ręki. Nie jest najtańsza - kosztowała 41zł, ale bez wątpienia warta jest swojej ceny.


Na liście czerwcowych ulubieńców jest również L’Oréal Paris, Skin Expert, maska czysta glinka, detoksykująco-rozświetlająca. Spośród trzech dostępnych wersji, to ją polubiłam najbardziej, dlaczego? Skutecznie oczyszcza cerę, a przy okazji ją rozpromienia, dodaje świeżości i sprawia, że jest wyraźnie rozjaśniona. Zaczerwienienia po wypryskach są uspokojone, a skóra po aplikacji prezentuje się zdrowiej, ładniej, jest bardziej gładka i mięciutka. Nigdy mnie nie podrażniła i nie zapchała. Plus także za wygodne opakowanie - słoiczek i szybkość aplikacji. Lubię tradycyjne glinki, ale czasem taka gotowa forma bywa przydatna, bo po prostu oszczędzamy czas. Znajdziecie ją w Rossmannie, jest również w saszetkach.

Kolejnym faworytem ostatnich tygodni jest serum rewitalizujące MIYA myPOWERelixir. Uwielbiam je w zasadzie za wszystko, począwszy od pięknego słoiczka i zapachu, skończywszy na olejkowej formule oraz działaniu. Doskonale nawilża, zmiękcza, ujędrnia i zdrowo napina. Ponadto dodaje skórze energii i zdrowego blasku. Serum lubię też za wielofunkcyjność, gdy jestem wieczorem bardzo zmęczona czasem sięgam tylko po nie i odpuszczam sobie już krem pod oczy, czy balsam do ust - ono robi całą robotę! Widocznie poprawia stan skóry pod oczami i przyjemnie odżywia usta. A grubsza warstwa naniesiona na twarz, to już w ogóle genialny kompres łagodzący i nawilżający. Na sam koniec dodam, że myPOWERelixir używam już kilka tygodni i nie zauważyłam żadnego zapychania, mimo treściwej, bogatej formuły. Do kupienia online tutaj lub stacjonarnie w Super-Pharm.


Listę zamyka różany tonik Evree, Magic Rose, który towarzyszy mi w pielęgnacji już od dłuższego czasu. Wspaniale odświeża, dodaje skórze energii, nawilża, koi oraz łagodzi zaczerwienienia.Stosuję go kilka razy dziennie, zarówno rano, wieczorem, jak i w ciągu dnia. Niewątpliwą jego zaletą jest butelka z wygodnym atomizerem i ładny zapach. Znajdziecie go w drogeriach stacjonarnych i np. tutaj.



Dajcie znać jakie kosmetyki zachwyciły Was w ostatnich tygodniach!

Wakacyjne małe cele

wtorek, lipca 04, 2017 26

Wakacyjne małe cele

Pod koniec każdego miesiąca rozpisuję sobie działania na kolejne tygodnie, ale nie zawsze wychodzi tak jak powinno. Publiczne deklaracje zawsze bywają bardziej motywujące, więc dziś dzielę się z Wami moimi małymi celami i to nie lipcowymi, a wakacyjnymi. Zaczynamy z przytupem, a co!



Choć niezbyt fajnie pisze się o porażkach, to cóż, w ostatnich miesiącach strasznie się zaniedbałam. I wizualnie, i fizycznie i psychicznie. Stres utrzymujący się na najwyższym poziomie w pewnym momencie lekko mną pozamiatał, ale jak to mówią: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Zakasałam więc rękawy, wzięłam się w garść i działam. ;-) Muszę zadbać przede wszystkim o swoje zdrowie, bo to ono jest moim priorytetem w tej chwili. Chcę mieć energię i siłę, a nie formę staruszki. :-) 

W wakacje, czyli w lipcu i sierpniu stawiam zatem na:

✓ Aktywność fizyczną minimum trzy razy w tygodniu. Świeżutka karta Multisport już w mym portfelu. Kupiłam ją asekuracyjnie do końca roku, abym nie mogła się wycofać. Siłownio nadchodzę!
✓ Regularne i zdrowe odżywianie. Śniadanio-obiad-kolacja o godzinie 15 jako jedyny posiłek w ciągu dnia, to nie jest dobry wybór. A pożeranie połowy pudełka lodów wieczorem by się odstresować tym bardziej. W tym temacie nawet nie próbuję działać sama, więc po raz kolejny skorzystałam z pomocy specjalisty. Jadłospis rozpisany, a ja już działam.
✓ Masaże od dwóch do czterech razy w miesiącu. Tutaj za bardzo nie mam nic do powiedzenia, bo to zalecenie lekarza. ;-) Moje pospinane plecy wołają o pomstę do nieba, więc najwyższa pora coś z tym zrobić, tym bardziej, że ból towarzyszył mi coraz częściej. Pierwszy już za mną i zdradzę Wam, że bolało, zarówno w trakcie jak i dwa dni po. Jutro kolejny, mam nadzieję, że będzie lepiej. :-)
 Kupno roweru. To planowany zakup na lipiec i mam nadzieję, że uda się wykreślić zadanie z listy jak najszybciej. Obym tylko nie wybiła sobie zębów po tak długiej przerwie. 

Co jeszcze?

✓ Bardziej regularne i długofalowe planowanie w moim BuJo. Wciąż uczę się ogarniać ten system, ale czasem jeszcze się gubię i nie notuję wcale, a gdy nie mam listy zadań na papierze, to jest pewne, że mój dzień będzie totalnie nieogarnięty. Dzięki Kasi z bloga worqshop.pl odkryłam ostatnio świetny sposób na planowanie tygodnia i póki co sprawdza się on u mnie idealnie! A ja chyba coraz bardziej się wkręcam. Kupiłam sobie nawet pastelowe zakreślacze!
✓ Opracuję nowy rytm pracy. Zatarłam granicę obowiązków i odpoczywania, i chcę to zmienić. Choć elastyczność w pracy freelancera jest fajna, to jednak bardziej lubię uporać się z zadaniami do konkretnej godziny, a resztę dnia spędzić poza komputerem, na luzie, bez presji, że mam coś jeszcze do zrobienia.
✓ Przeczytam co najmniej 5 książek. Stosik rośnie, a ja wciąż nie czytam tyle, ile bym chciała. Obecnie pochłaniam książkę "Jak zostać panią swojego czasu? Zarządzanie czasem dla kobiet" Oli Budzyńskiej (jest super!), w kolejce czekają kolejne tomy Tess Gerritsen.
Kupię obiektyw. Body wymieniłam jakiś czas temu, teraz pora na lepsze szkło, bo moja wysłużona 50mm przestaje mnie już zadowalać. Wciąż szukam, czytam i myślę na co postawić. Może polecicie mi coś jasnego i dość uniwersalnego?
✓ Zaliczę co najmniej jeden weekendowy wyjazd. W tym roku raczej nie znajdę czasu na dłuższy urlop, ale w planie jest nasze ukochane morze, które na szczęście mamy blisko plus być może kilka innych miejscówek idealnych do odwiedzenia w weekend. 
✓ Chcę pisać więcej, nie tylko o kosmetykach. Zarówno tutaj na blogu, dla Was, jak i poza nim, być może wyłącznie dla siebie. Nie wszystko pewnie nada się do publikacji, ale im częściej tworzę teksty, tym szybciej i sprawniej mi to idzie, a poza tym jeden pomysł rodzi drugi i to jest genialne!
Ogarnę swoją szafę, bo ostatnio zaczęła żyć własnym życiem. ;-) Muszę przebrać ciuchy, posegregować je i część z nich puścić dalej w świat.
Wywołam ulubione zdjęcia i stworzę album. Dość magazynowania wszystkich fotografii na dysku.



I to już wszystkie moje małe cele. :-) Nie będę ukrywać, że ostatnio zaliczyłam spory kryzys energii, zdrowia i ogólnie mówiąc - bywało lepiej niż w poprzednich miesiącach, ale naładowana pozytywną energią, zainspirowana i zmotywowana biorę się do działania. Zmiany zawsze zaczyna się od zmian, prawda? A nowe półrocze jest doskonałą okazją do świeżego startu! ;-)

Koniecznie dajcie znać jakie macie plany na najbliższe dwa miesiące - stawiacie na relaks? Odpoczywacie, czy może latem planujecie popracować nad sobą? :-) Co tam u Was słychać? :-) 

6 makijażowych prawd

środa, czerwca 28, 2017 39

6 makijażowych prawd

Makijaż pozwala zakryć niedoskonałości, poczuć się lepiej, ładniej i pewniej. Czasem jednak presja, którą narzuca nam sieć i czasopisma, bywa bardzo przytłaczająca. Popadamy w kompleksy, czujemy się niewystarczająco dobre i na siłę próbujemy udowodnić coś światu ukrywając się pod coraz to grubszą maską kosmetyków. Czy jest sens? Myślę, że nie i w dalszej części wpisu zdradzę Wam dlaczego. 


Makijaż to zabawa

Makijaż nie jest czymś trwałym. Jeśli Ci nie wyjdzie, zaliczysz jakąś wpadkę, zawsze możesz go zmyć. Wiadomo, że każda z nas chciałaby zawsze dobrze wyglądać, ale pamiętaj, świat się nie zawali, gdy narysujesz nierówną kreskę, przesadzisz z różem, albo podkład zwarzy Ci się na nosie. Co więcej, gwarantuję Ci, że połowa osób nawet nie zwróci na to uwagi. Gdybyśmy nie popełniały błędów, nie uczyłybyśmy się na nich, więc wrzuć na luz i odpuść sobie czasem. 

Maluj się dla siebie

Makijaż powinnyśmy wykonywać dla samych siebie. Nie dla faceta, przyjaciółki, czy reszty społeczeństwa. Malujemy się dlatego, aby podkreślić swoją urodę, poczuć się bardziej komfortowo i kobieco, a nie dlatego, by udowodnić coś innym. Jeśli ktoś Cię lubi i szanuje, to za to jaka jesteś, a nie jak wyglądasz. :-) Podobnie jest zresztą z gubieniem kilogramów, jeśli Twoim priorytetem jest schudnięcie, by się komuś spodobać, a nie robisz tego głównie dla siebie, by poczuć się lepiej, to coś jest nie tak. 

Ćwicz

Praktyka czyni mistrza, w każdej dziedzinie. :-) Nie zrażaj się krzywo namalowaną kreską, czy słabo rozblendowanym cieniem. Każda z nas kiedyś zaczynała. Jeśli zależy Ci na tym, by dojść do perfekcji, to po prostu rób ćwicz. Postępy zauważysz szybciej niż myślisz. 

Znajdź swój własny styl 

Każda z nas jest inna, ma inny kształt twarzy, oczu i inny typ urody. To co pasuje Twojej koleżance, niekoniecznie będzie pasować Tobie. Ja na przykład do tej pory źle czuję się w kreskach i zawsze stawiam na rozdymioną kredkę nad linią rzęs. Mam typ makijażu, w którym czuję się najpewniej i nie mam parcia na jakieś wybitne eksperymenty. Nie jestem wizażystką, nie zajmuję się tym zawodowo, więc zawsze robię tak, aby to mi było dobrze. :-) 

Mniej znaczy lepiej

Chciałabym to wiedzieć kiedyś i chciałabym aby dziś dziewczyny również zdawały sobie z tego sprawę. Pocięte na instagramie filmy, mocne makijaże prezentowane na YT, instabrows, pełne konturowanie, to wszystko wygląda dobrze tylko w kamerze, na zdjęciach i przy sztucznym oświetleniu. Tony kosmetyków kolorowych na skórze nigdy nie będą prezentować się naturalnie na żywo. 

Nie podążaj ślepo za trendami 

Trendy w makijażu mnożą się jak grzyby po deszczu. Sine szminki do ust, czerwony i pomarańczowy makijaż oka, aplikacja podkładu najdziwniejszymi gadżetami, takimi jak silisponge, czy nawet prezerwatywą, czerwony pigment pod oczami, to tylko jedne z nielicznych. Okej, fajnie czasem poeksperymentować, ale tak jak zawsze należy zachować zdrowy rozsądek. Coś co jest modne, nie oznacza wcale, że nam pasuje. Myślę, że wiecie o czym mowa. :-)


To chyba wszystkie prawdy, o których moim zdaniem warto pamiętać, ale jestem ciekawa co dopisałybyście do powyższej listy? Malujecie się na co dzień? Czym jest dla Was makijaż? :-) Dajcie znać! 
Pędzle i akcesoria do makijażu Hebe Professional

piątek, czerwca 23, 2017 30

Pędzle i akcesoria do makijażu Hebe Professional

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z makijażem na próżno było szukać dobrych pędzli w drogeriach. Pamiętam, że pierwsze egzemplarze zamawiałam na allegro i musiałam się spieszyć, bo pojedyncze sztuki rozchodziły się w mgnieniu oka. Na szczęście te czasy już dawno za nami. :-) Stacjonarna dostępność świetnych jakościowo narzędzi do wykonywania make-up'u wzrasta, a ja dziś opowiem Wam o kilku nowościach własnie z tej kategorii. W roli głównej Hebe Professional, czyli marka własna drogerii Hebe oferująca 18 pędzli oraz akcesoria do makijażu. 


Do przetestowania otrzymałam cztery pędzle - dwa do makijażu oczu, dwa do twarzy, gąbeczkę 3D oraz etui. Na potrzeby tego wpisu chciałam do kupić chociażby pędzel flat top, albo typowego puchacza do blendowania cieni, ale ciągle są wyprzedane, co świadczy o ich popularności i jakości. Skupię się więc na modelach, które posiadam.

Największy pędzel z całej gromadki to F01, który przeznaczony jest do aplikacji pudrów sypkich, mineralnych i prasowanych. To precyzyjny puchacz z zaokrąglonym końcem. Jest odpowiednio zbity - nie jest ani za rzadki, ani zbyt gęsty, a włosie charakteryzuje się wysoką sprężystością i niesamowitą miękkością. Muszę przyznać, że swą jakością włosie bije na głowę np. Hakuro H55, po który do tej pory sięgałam bardzo często. Pędzelek F01 gładko sunie po twarzy, wręcz muska skórę i jest dla niej bardzo delikatny. Równomiernie rozkłada puder, czy to sypki, czy w kamieniu, czy ten mineralny. Łatwo się myje, szybko schnie i nie gubi kształtu. Co tu dużo mówić, jestem z niego bardzo zadowolona. 

F07, to typowy języczkowy pędzel przeznaczony do podkładów płynnych i baz pod makijaż. Ja dodam jeszcze, że tego typu kształt świetnie sprawdza się także w kremowym konturowaniu, rozświetlaniu, czy też wklepywaniu pudru pod oczami (w tym celu stosuję go najczęściej) albo przy skrzydełkach nosa. Pędzelek jest płaski, na końcu zaokrąglony, ale też przyjemnie gęsty i zbity. Pracuje się z nim przyjemnie, równomiernie "chwyta" kosmetyki i rozkłada na skórze. Nie tworzy smug. Włosie jest miękkie, delikatne i odpowiednie nawet dla najbardziej wrażliwej skóry. Nie zauważyłam, aby chłonął nadmierną ilość kosmetyków, szybko się domywa, jeszcze szybciej schnie. 


Natomiast E02, to pędzelek do aplikacji korektora i kremowych cieni. Precyzyjne rozłożenie włosków sprawia, że po raz kolejny muszę to napisać - Hebe bije na głowę Hakuro H61. :-) Włosie jest sprężyste, mięciutkie, a zarazem bardzo dobrze trzyma kształt. Łatwo nim dotrzeć w trudno dostępne miejsca na twarzy, na przykład skrzydełka nosa, czy wewnętrzny kącik oka. Ten płaski, języczkowy pędzelek pomaga nie tylko zatuszować niedoskonałości, ale też świetnie wydobywa błysk ze wszelkich cieni kremowych bądź tych prasowanych, o dość suchej formule. Ułatwia też aplikację folii z MUR.

Ostatni pędzelek to E07, do smoky eyes. Krótkie, gęste i na końcu spłaszczone włosie pozwala perfekcyjnie rozetrzeć cień na dolnej powiece i rozdymić kreskę przy górnej linii rzęs. Jest mięciutkie, nie drażni powieki oraz zapewnia precyzję. Niby niepozorny, ale bardzo przydatny maluszek jeśli jesteście fankami makijażu oka. Szybko się czyści, nie traci kształtu. 


Gąbeczka do makijażu 3D ma zbitą, zwartą strukturę, dzięki temu nie chłonie więc zbyt dużo podkładu. Kształtem przypomina jajko - góra, to ostro zakończona końcówka, podstawa natomiast jest lekko spłaszczona. Możemy więc szybko nałożyć podkład na całą twarz i równie precyzyjnie zaaplikować korektor pod oczami. Spełnia swoje zadanie bez zarzutu - rozprowadza kosmetyki jednolicie bez efektu maski i smug. Pozwala budować krycie i funduje gładki efekt końcowy. Bez problemu się dopiera, dość szybko schnie.



Wszystkie pędzle zostały wykonane z włosia syntetycznego, które jak już wspomniałam wielokrotnie, cechuje miękkość, sprężystość i delikatność. Szczerze powiedziawszy bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, nie spodziewałam się, że będzie ono aż tak przyjemne. Ponadto, z żadnego modelu nie wypadł ani jeden włosek do tej pory. Czarna, metalowa skuwka dobrze trzyma całość w ryzach, a czarny trzonek zawierający nazwę modelu ma wygodną długość. 

Etui może nie jest rzeczą codziennego użytku, ale przydaje się w podróżach. Chroni pędzle przed odkształceniem i zabrudzeniem. Te marki Hebe Professional zostało wykonane z miękkiego, ale grubego i mocnego czarnego materiału i zapisane jest na rzepy. W środku składa się z dwóch części - ośmiu siateczkowych przegródek (mniejszych i większych) na dole, oraz foli chroniącej włosie u góry. Składa/rozkłada się na cztery, ma kompaktowy rozmiar i zmieści się nawet w najmniejszej i najbardziej wypchanej walizki. Przydatny gadżet, któremu wróżę niezłą trwałość.



Podsumowując, pędzelkom i akcesoriom do makijażu Hebe Professional daję duży kciuk w górę. Dobra jakość idzie w parze z przystępną ceną, także zapowiada się drogeryjny hit. Super, że możemy pójść do drogerii Hebe, sprawdzić egzemplarze testowe, sprawdzić, dotknąć, pomacać, a nie kupować w ciemno. Czasami bowiem rzeczywistość nieco odbiega od oczekiwań, same wiecie jak to jest w sieci. :-) 

Lokalizację drogerii Hebe możecie sprawdzić tutaj: www.hebe.pl.

Znacie już akcesoria Hebe Professional? Na co stawiacie na co dzień - na pędzle, czy gabeczki? :-) 
Najciekawsze nowości kosmetyczne: Miya, Makeup Revolution, Yves Rocher i inne

środa, czerwca 21, 2017 16

Najciekawsze nowości kosmetyczne: Miya, Makeup Revolution, Yves Rocher i inne

Dziś szybki przegląd najciekawszych nowości w mojej kosmetyczce. Będzie trochę pielęgnacji i kolorówki, czyli dla każdego coś dobrego. Zapraszam!



O tym, że bardzo lubię kremy MIYA już wiecie. Różowy po dziś dzień jest jednym z moich ulubieńców, ale czy słyszałyście o nowości marki? Dziewczyny podesłały mi jakiś czas temu swoje nowe dziecko, czyli MIYA myPOWERelixir. To serum rewitalizujące, które wzbudziło moją ciekawość od razu, gdy tylko zobaczyłam zapowiedzi na instagramie. myPOWERelixir jest odpowiednio skomponowaną mieszanką  11 drogocennych składników. W składzie znajdziemy olejek chia, jojoba, z gorzkiej pomarańczy, ze słodkich migdałów, ryżowy, kokosowy, a także masło mango, wosk ze skórki pomarańczy, ekstrakt z planktonu oraz witaminy E i F. Kosmetyk ma za zadanie między innymi dodać skórze energii i przywrócić naturalny blask, ożywić poszarzałą cerę, wyrównać koloryt, ujędrnić, napiąć, wygładzić drobne zmarszczki oraz nawilżyć. Brzmi nieźle, prawda? Nie używam serum zbyt długo, ale pierwsze wrażenia, to ogromne tak. Już na wstępie urzeka swoim kobiecym, a zarazem skromnym designem. Po otwarciu słoiczka nasz nos zostaje rozpieszczony pięknym zapachem. Serum ma zwartą konsystencję, która pod wpływem ciepła palców zamienia się w przyjemnie olejową. Aplikacja to czysta przyjemność, bo kosmetyk gładko sunie po skórze i równomiernie rozkłada się na twarzy. Szybko się wchłania i pozostawia delikatną warstwę ochronną. Ja obecnie stosuję serum na noc (można też na dzień, pod makijaż, ale ja latem wolę bardziej żelowe konsystencje) i jestem zaskoczona tym, jak promiennie, zdrowo i świeżo wygląda rankiem moja cera. Jest miękka, nawilżona, rozjaśniona, ujędrniona i wygładzona. Nie ma suchych skórek, ani zaczerwienionych obszarów. Co równie ważne - nie zaobserwowałam na niej nowych zmian, nie pojawiły się żadne krostki, nie wystąpiło żadne zapchanie. Ania i Ania - założycielki MIYA Cosmetics podpowiadają na opakowaniu, że kosmetyk możemy stosować na kilka sposobów:
→jako serum rewitalizujące - wystarczy rozgrzać w dłoniach i wklepać w skórę opuszkami palców,
→jako olejek do pielęgnacji - delikatnie rozmasowujemy okrężnymi ruchami,
→jako serum pod oczy - delikatnie wklepując w obszar pod oczami,
→jako maseczkę całonocną - nanosimy grubszą warstwę ruchem wklepującym i zostawiamy do rana,
→jako olejkowe serum do ust - aplikujemy na wargi,
→jako rozświetlacz - mieszamy z podkładem albo nanosimy na szczyty kości policzkowych. 

Myślę, że za jakiś miesiąc, dwa, albo po prostu, gdy zbliżę się do końca słoiczka, poświęcę serum oddzielny wpis - co Wy na to? :-)  Regularna cena słoiczka o pojemności 50ml, to 99,96zł

A to nie wszystko, bo mam dla Was rabat!:-) Wystarczy  podczas składania zamowienia w sklepie online miyacosmetics.com wpisać kod rabatowy: AguBlog. Obniża on cenę myPOWERelixir (oraz pozostały asortyment, oprócz zestawów promocyjnych) o 20%, a dodatkowo jeszcze jest darmowa wysyłka. :-) Kod ważny jest do 25.06, czyli do niedzieli, do końca dnia. 



Przyleciało też do mnie z ekobieca.pl sporo nowości Makeup Revolution. :-) Głównie czekoladki: paleta cieni Golden Bar i dwie palety do konturowania Bronze and Glow, Light and Glow oraz linia Renaissance. W jej skład wchodzą dwie paletki cieni Renaissance Palette Day i Renaissance Palette Night oraz paletka do konturowania Renaissance GLOW. Szykuję na ich temat oddzielny wpis, więc nie będę się teraz zbytnio rozwodzić. Muszę tylko napisać, że jest super! Całość prezentuje się przepięknie (złote akcenty i te maleńkie niby torebeczki wymiatają!), myślę, że się ze mną zgodzicie. Kolorystyka całkowicie w moim guście, pigmentacja i trwałość też niczego sobie i ogólnie jestem pod sporym wrażeniem, ale wszystko szczegółowo opowiem i pokażę jeszcze w tym tygodniu. 






Jestem totalnym pomadkowym freakiem i choć mam szminek już sporo, to wciąż kuszą mnie kolejne. Teraz mam fazę na wszelkie brudne, zgaszone odcienie nude i ostatnio udało mi się odkryć 3 świetne nowości! Pierwsza z nich, to matowa pomadka w płynie LashBrow w odcieniu 05 Naked. Przepiękny, bezpieczny kolor i niesamowita trwałość! Ostatnio miałam nią pomalowane usta na weselu i przetrwała nawet dwudaniowy obiad, w tym rosół. Nie ściąga ust, nie funduje rodzynki, nosi się komfortowo. Jest genialna! Druga to także pomadka w płynie Milani, Amore Matte, w odcieniu 11 Precious. Już nieco ciemniejsza i wybijająca się na pierwszy plan, ale również dość uniwersalna. Na ustach prezentuje się bardzo gładko, mimo matowej formuły nie podkreśla ich naturalnych załamań. Długo się utrzymuje, nie obciąża. Mam ochotę na więcej. Trzecia i ostatnia szminka to również płynna formuła - Gosh, Liquid Matte Lipstick, w kolorze 001 Candyfloss. Dość jasny, przybrudzony róż, idealny na co dzień. Zastyga troszkę wolniej od pozostałych i jest na początku nieco lepka, ale również przyjemnie się nosi i nie przesusza ust. Wszystkie znajdziecie tutaj


W przesyłce od Artdeco znalazłam między innymi Setting Powder Compact, czyli transparentny puder matujący. Czeka póki co na swoją kolej, ale nie byłabym sobą, gdybym choć raz go nie użyła. Ładnie matuje i zmiękcza optycznie cerę, wygładzając jej strukturę i chowając pory. Myślę, że sie polubimy. Godna uwagi jest także paleta korektorów Artdeco Most Wanted Color Correcting Palette. Zawiera ona 4 korektory do zadań specjalnych: zielony, fioletowy, żółty i pomarańczowy. Nazbierało mi się kilka kosmetyków tego typu i jak je już wszystkie sprawdzę, to przygotuję porównanie. Do kupienia w Douglasach.


Zawitała do mnie także nowa edycja limitowana Yves Rocher Collection Ete. W jej skład wchodzi woda toaletowa, żel pod prysznic i perfumowana mgiełka do włosów. Zapach jest bardzo orzeźwiający, odprężający i lekki, taki iście wakacyjny. Mieszanka cytrusów, owoców i mięty, to typowo letnie aromaty, które wpisują się w me gusta. Nie drażnią, nie przytłaczają, sprawdzą się nawet w największe upały. Linia cały czas jest dostępna tutaj.


W paczce z nowościami Lirene moją uwagę zwróciły dwa płyny micelarne. Pierwszy, to duo płyn micelarny z olejkiem rycynowym. Drugi natomiast, to płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z d-panthenolem. Tego typu kosmetyki idą u mnie jak woda, akurat kończę butelkę Garniera i La Roche-Posay, więc wkrótce przekonam się jak sprawdzają się te ze zdjęć. Na pewno dam Wam znać! Kupicie je w każdej drogerii.



Fajną nowością Lirene jest także brązująca mgiełka. Posiada olejkową duo-formułę z bursztynem i zapewnia bardzo ładny kolor bez smug, czy zacieków. Nawet na moich ultra bladych nogach prezentuje się ładnie i gwarantuje równomierny koloryt, więc polecam. Plusik też za wydajność! Do kupienia np. w Rossmannie.



Wreszcie trafił też do mnie krem do rąk Yope w wersji szałwia i zielony kawior. Ostatnio zaprzyjaźniłam się na nowo z nawilżaniem dłoni, bo moje skórki są w opłakanym stanie i w ogóle jestem cała podrapana przez kocie pazurki. ;-) Muszę więc zadbać o regenerację, by nie straszyć. Krem ma bardzo lekką konsystencję, szybko się wchłania, dobrze nawilża i świeży, ziołowy aromat. O uroczej tubce chyba nie trzeba wspominać? ;-) Do kupienia tutaj


I to już wszystko co chciałam Wam dziś pokazać. Koniecznie dajcie znać jakie kosmetyki w ostatnim czasie zasiliły Wasze toaletki i czy znacie te wyżej przeze mnie wymienione!