Podrażniona, sucha skóra głowy - co pomoże? Jak nawilżyć skórę głowy?

niedziela, stycznia 21, 2018 15

Podrażniona, sucha skóra głowy - co pomoże? Jak nawilżyć skórę głowy?

Jeśli Wasza skóra głowy jest problematyczna zapewne z doświadczenia wiecie, że zimą często następuje pogorszenie jej stanu oraz zaostrzenie objawów takich jak przesuszenie, podrażnienie, czy swędzenie. Niestety ogrzewanie, duże zmiany temperatur i noszone na co dzień czapki potrafią nieźle namieszać i sama każdej zimy zmagam się z wielkim pobojowiskiem na głowie. Jak sobie radzę w kryzysowych momentach? Co pomaga mi ukoić podrażnioną skórę głowy i jak ją nawilżam? O tym opowiem Wam w dzisiejszym wpisie, zapraszam do dalszego czytania jeśli problem nie jest Wam obcy.


Łupież a podrażniona skóra głowy

Zacznę od istotnej kwestii - w moim przypadku łuska łusce nierówna. Jeśli widzę, że mocno ona przylega do skóry i nawet po oderwaniu "siedzi" na włosach, to wiem, że mam zaostrzenie łojotoku i muszę sięgnąć po szampon przeciwłupieżowy oraz oczyścić skórę głowy, bo delikatne preparaty na nic się zdadzą. Kiedy natomiast z głowy wręcz się sypie, a łuska przypomina swą strukturą suchy piasek i w dodatku skóra głowy zaczyna swędzieć, staje się czerwona, to z automatu sięgam po produkty, które ją uspokoją i wyciszą. Muszę więc bacznie obserwować moje włosy i co się na głowie dzieje, by móc odpowiednio zareagować i sobie nie zaszkodzić. Wam polecam to samo.

Co najbardziej mi pomaga?

Przetestowałam mnóstwo kosmetyków kojących, nie są mi też obce domowe sposoby. Niestety w większości przypadków nawet te popularne i bardzo polecane nie zdały egzaminu. Chociażby szampony dla dzieci u mnie odpadają, robią mi jeszcze większą masakrę, po niektórych swędzenie było tak mocne, że nie mogłam przestać się drapać! Trzymam się więc tego co pewne i sprawdzone - poznajcie moje hity.

 CERKOGEL30

O Cerkogelu wspominałam już w poście o oczyszczaniu skóry głowy. To mój absolutny pewniak, sprawdzony tani hit, który ratuje mnie w momentach kryzysowych. Nie tylko świetnie nawilża, koi i łagodzi podrażnioną skórę głowy - już po pierwszym użyciu czuć niesamowitą ulgę, ale też naprawdę nieźle zmiękcza łuskę, zmniejsza jej ilość i eliminuje widoczność. Preparat ma postać przezroczystego żelu, który wcieram w skórę głowy na godzinkę przed myciem. Nie przetłuszcza on włosów, więc śmiało możecie sięgać po niego pomiędzy myciami. Ostrzegam jednak, że lekko je usztywnia, czego osobiście nie lubię. Tak, czy i naczej nie wyobrażam sobie bez Cerkogelu mojej włosowej pielęgnacji. Tubka kosztuje grosze - +/- 14zł i jest wydajna. Szukajcie w aptekach.


✓ HOLIKA HOLIKA, ŻEL ALOESOWY

Ciekawą alternatywą jest też żel aloesowy. Radzi on sobie świetnie przede wszystkim ze świądem. Kiedy nie mogę przestać się drapać, wcieram odrobinę żelu w skórę głowy. Ma on lekką konsystencję, nie jest tłusty więc z powodzeniem może być stosowany w ciągu dnia. Naprawdę koi, łagodzi i uspokaja. Mam wrażenie jakby mi ktoś położył chłodny, orzeźwiający kompres i jest to niesamowicie przyjemnie uczucie. Aloes przy okazji też nawilża i ma działanie przeciwgrzybicze, więc wspomaga walkę z łupieżem. Żelu szukajcie w drogeriach stacjonarnie lub online np. tutaj


✓ ŻEL LNIANY

Z pomocą przychodzi mi też domowy sposób! Uwielbiam żel lniany! Siemię lniane towarzyszy mi w pielęgnacji od dawna, bo genialnie nawilża zarówno skórę twarzy, jak i włosów. Wystarczy ziarenka wrzucić do garnka, zalać wodą, gotować do momentu aż puszczą żel, a następnie przecedzić. Takiego glutka możemy wymieszać np. z olejem, dodać do odżywki, czy maseczki. Jeśli chodzi o skórę głowy ja najbardziej lubię po umyciu włosów wmasować sobie dokładnie żel, założyć czepek, ręcznik i pochodzić tak przez 30 minut, a później spłukać (zmywa się bez problemu). Taki zabieg gwarantuje mi nawilżenie, złagodzenie zaczerwienienia i swędzenia oraz przynosi ulgę. Szerzej o siemieniu lnianym pisałam w oddzielnym poście, do którego macie link poniżej.


✓ DERMEDIC CAPILARTE, SZAMPON KOJĄCY

Kiedy czuję, że moja skóra jest podrażniona, rezygnuję z typowo przeciwłupieżowych szamponów na rzecz tych delikatnych. Typowo dziecięce się u mnie nie sprawdzają, za to bardzo cenię sobie szampony Dermedic. Wcześniej Linum Emolient, obecnie ten z linii Capilarte. Oba świetnie skórę głowy nawilżają i łagodzą wszelkie dolegliwości skórne jak zaczerwienienia, drobne ranki, czy świąd, a jednocześnie dobrze i skutecznie oczyszczają. Radzą sobie nawet z olejami i nie wzmagają przetłuszczania się. Zawsze mam jedną butelkę pod ręką. Kupuję je zazwyczaj w aptece Gemini, bo tam są najtańsze - koszt jednej butelki to niespełna 20zł.


I to już wszystkie sprawdzone przeze mnie sposoby. Z własnego doświadczenia wiem, że rozwiązania problemów ze skórą głowy trzeba szukać metodą prób i błędów. Jeśli nie radzicie sobie same, zasięgnijcie porady dermatologa lub trychologa, ale też nie wierzcie ślepo w ich rekomendacje. Ja do dziś pamiętam jak polecono mi szampon, który miał być wybawieniem, a zafundował niemały koszmarek. 

Dziewczyny, jeśli borykacie się z podobnymi dolegliwościami, to koniecznie napiszcie w komentarzach, jak sobie z nimi radzicie! Wasze doświadczenia, to czasem istna skarbnica wiedzy, będą więc przydatne dla mnie i dla innych!

hity 2017: makijaż

środa, stycznia 10, 2018 27

hity 2017: makijaż

Startujemy dziś z kosmetycznym podsumowaniem roku! Na pierwszy ogień pod lupę wzięłam kosmetyki do makijażu. Jeśli macie ochotę poznać moich kolorowych faworytów, zapraszam do dalszej części wpisu! Obiecuję, że nie będę się zbytnio rozwodzić, bo wszystkie produkty gościły na blogu nie raz, więc podlinkuję Wam też starsze wpisy.


Muszę przyznać, że wybór był trudny, bo prowadząc bloga testuję wiele kosmetyków i wciąż wpadają w moje ręce nowości. Skupiłam się jednak na tych, po które sięgałam najczęściej, odruchowo, malując się na co dzień w pośpiechu, jak i na jakieś specjalne okazje. Nie uwzględniałam też kosmetyków, które poznałam pod koniec roku np. w grudniu, czyli chociażby mój ukochany na ten moment podkład Smashbox Photo Finish.

Ulubiona baza pod makijaż: Golden Rose Make-up Primer Luminous Finish

To po nią sięgałam najczęściej w 2017 roku. Głównie dlatego, że przepięknie skórę upiększa. Nie daje nachalnego błysku, a delikatne rozświetlenie. Jest nawilżająca w swej formule, nadaje zdrowy wygląd, a ponadto sprawia, że podkład lepiej się z cerą stapia i dłużej utrzymuje. Uwielbiam ją zarówno w roli typowej bazy pod fluid, jak i do mieszania z nim. Perełka za grosze! Na koniec dodam jeszcze, że ma perłowy, wręcz biały odcień (solo nie zabarwia skóry), który przydaje się do rozjaśniania podkładów!


Ulubiony podkłąd: Catrice HD Liquid Coverage

Długo zastanawiałam się jaki podkład wytypować ponieważ testuję ich naprawdę dużo. Niemniej jednak najczęściej na mej twarzy gościł Catrice. Sięgałam po niego i na co dzień i na większe wyjścia, bo na mojej skórze zawsze dobrze wygląda, nieźle kryje i długo się utrzymuje. Nie zauważyłam, aby pogarszał jej stan, nigdy mnie nie zapchał i generalnie uważam, że to jeden z najlepszych drogeryjnych podkładów -  nieobciążający, o przedłużonej trwałości.


Ulubiony korektor: Catrice Liquid Camouflage 

Korektorów również testowałam sporo, szczególnie pod koniec roku, ale najbardziej pewnym, przewijającym się w moich makijażach dziennych i wieczorowych był płynny kamuflaż z Catrice. Posiadam dwa odcienie 005 i 010 i albo używam ich solo, albo mieszam ze sobą. Całkiem nieźle kryją, ładnie rozjaśniają okolicę pod oczami, długo się utrzymują, nie wchodzą z marszczki i nie przesuszają. Na mojej skórze nie oksydują znacząco i nie zmieniają swojego koloru, ale wiem, że sporo dziewczyn się na to skarży. 


Ulubiony puder: Laura Mercier Loose Setting Powder

W tym momencie nie znam lepszego. Laura funduje tak piękne, gładkie, miękkie i aksamitne wykończenie na twarzy, że jestem nią zachwycona! Zaznaczam jednak, że nie jest to kosmetyk stricte matujący i jeśli macie problem z mocno przetłuszczającą się cerą, to bibułka będzie wskazana w trakcie dnia. Puder ma jasny, delikatnie beżowy kolor, który w żaden sposób nie zmienia odcienia podkładu, czy skóry. Zdecydowanie hit! 


Ulubiony bronzer: theBalm Bahama Mama

Bronzerów polubiłam kilka, bo i Gotham Nabli i ten od Bell z linii Chillout, a w grudniu odkryłam genialną paletę do konturowania Kat Von D. Postanowiłam jednak wyróżnić bronzer, po który sięgałam najczęściej. Kiedy malowałam się na szybko, albo w pośpiechu pakowałam kosmetyczkę na wyjazd odruchowo sięgałam po kultowy już puder brązujący Bahama Mama. Jest on w mojej toaletce bardzo długo, a o tym jak bardzo go lubię może świadczyć, że to już kolejne opakowanie, które zużywam. Lubię go za ładny odcień, który dobrze współgra z moją cerą, za łatwość aplikacji, trwałość i brak zapychania.


Ulubiony róż: Milani Luminoso

Kiedy zobaczyłam ten róż po raz pierwszy pomyślałam, że miłości z tego raczej nie będzie ponieważ, jak może wiecie bliżej mi do przybrudzonych, wpadających w różowo-brązowe tony odcieni. Luminoso jednak skradł moje serducho totalnie i noszę go bardzo, bardzo często (nawet dziś!). Jest wypiekany, przez co szalenie wydajny, na skórze pozostawia rozświetlające (ale bardzo eleganckie i nienachalne) wykończenie i ładny, brzoskwiniowy kolor. Cudnie odświeża cerę, współgra z pozostałymi kosmetykami do konturowania i jest dopełnieniem każdego makijażu. Długo się utrzymuje i równomiernie rozkłada. 



Ulubiony rozświetlacz: theBalm, Mary-Lou Manizer

Tutaj sprawa wygląda podobnie jak z bronzerem Bahama Mama. Przerobiłam wiele rozświetlaczy, często sięgam po inne: Nabla, Wibo, czy My Secret, ale moje serce wciąż należy do Mary. To właśnie ona lądowała na policzkach w przypadku większych wyjść, specjalnych okazji. Jest moim pewniakiem. Zawsze prezentuje się ślicznie, funduje odbijającą światło taflę, bez widocznych drobinek, jest długotrwała i pasuje do każdego makijażu. 


Ulubiona baza pod cienie: Urban Decay Eyeshadow Primer Potion Eden

Odkąd mam tę bazę używam tylko jej w makijażu oka. Ta od theBalm poszła w odstawkę, bo Urban Decay ma przewagę głównie przez krycie. Nie dość, że przedłuża makijaż oka i podbija intensywność cieni, to jeszcze ujednolica powieki. Bardzo dobrze się na niej pracuje, jest wydajna i ma wygodny aplikator, który doceniam jeszcze bardziej odkąd mam długie paznokcie. 


Ulubiona paleta cieni: Zoeva Naturally Yours

Ja wiem, że jest teraz moda na bardzo ciepłe makijaże - róże, pomarańcze, bordo. Sama kilka takich palet posiadam, ale żeby tego typu oko wyglądało na mnie dobrze, muszę chwilę się pobawić, inaczej wyglądam na chorą. ;-) Dlatego na co dzień, malując się na szybko sięgam po palety o bezpieczniejszej kolorystyce, które pozwolą mi podkreślić spojrzenie w ładny sposób, a nie wymagają precyzji i zaawansowanych umiejętności. I taka jest właśnie paleta Naturally Yours. Mam tu wszystko czego mi trzeba - cieliste matowe cienie współgrające z kolorytem mojej skóry idealnie, średni matowy brąz, który ląduje zawsze w załamaniu powieki, nieco połyskujących brązów do podkreślenia jej środka i dołu oraz ciemniejsze kolory, w sam raz do zaakcentowania zewnętrznego kącika, czy linii rzęs. Zoeva pozwala mi wyczarować dzienny makijaż dosłownie w minutę, ale umożliwia również wykonanie mocniejszego makijażu.



Ulubiona cielista kredka: Kryolan Kajal, cielista kredka do powiek 

Mięciutka, doskonale napigmentowana, trwała. Trzeba z nią uważać przy aplikacji na linię wodną, bo jak przyciśniemy za mocno, to będzie ją widać z daleka! Otwiera oko, odświeża spojrzenie, ale dobrze też sprawdza się jako baza do wzmocnienia nasycenia cieni, czy rozjaśnienia wewnętrznego kącika. Łatwo ją naostrzyć i jest super wydajna!


Ulubiony tusz do rzęs: L'Oreal Paradise Extatic

Jeszcze jakiś czas pewnie znalazłby się tu Volume Million Lashes So Couture, ale Paradise Extatic pozwala mi uzyskać bardziej wyrazisty efekt. Pięknie podkręca, wydłuża i pogrubia rzęsy nadając im objętości. Trzyma skręt zalotki, nie kruszy się, nie osypuje, ma odcień głębokiej czerni i łatwo się zmywa. Jedyne co mnie w nim wkurza, to fakt, że lubi się osadzać i tworzyć grudki na wlocie opakowania. Zużyłam już kolejne opakowanie!


Ulubiony kosmetyk do brwi: Wibo Eyebrow pomade

Tania, w ładnym odcieniu, trwała i pozwalająca namalować brwi o jakich tylko marzymy oraz uzupełnić wszelkie w nich braki. Łatwo się aplikuje, umożliwia precyzję, ma odpowiednią konsystencję i nie wysycha zbyt szybko. Uwielbiam ją i bez wahania mogę napisać, że odmieniła mój makijaż  brwi! 



Ulubiona matowa szminka: Deborah Milano Fluid Velvet Mat Lipstick

Najlepsze drogeryjne matowe pomadki wpłynie, oczywiście według mnie. Uwielbiam je zarówno za piękną gamę kolorystyczną - każdy kolor wpisuje się w gusta, świetną pigmentację, trwałość i komfort noszenia. No i nie kosztują fortuny. Jak dla mnie bomba! :-)

5 kosmetyków, po które sięgnę w Święta

Ulubione akcesoria do makijażu: gąbeczki Blend It

Rok 2017 zdecydowanie należał do gąbeczek. Bardzo sporadycznie aplikowałam podkład, czy korektor pędzlem. Prym wiodły naprzemiennie dwie: Beautyblender i Blend It, postanowiłam jednak wyróżnić tę drugą z uwagi na to, że według mnie jest najlepszym, niskobudżetowym odpowiednikiem Beautyblendera i w niczym mu nie ustępuje. Równomiernie rozkłada kosmetyki na skórze pozwalając na uzyskanie zdrowego, bardziej naturalnego wykończenia jednocześnie nie gubiąc krycia. Łatwo się pierze, szybko schnie, jest wytrzymała. Ma też ciekawą gamę kolorystyczną i coraz więcej modeli do wyboru. Jeśli nie możecie sobie pozwolić na BB, śmiało kupujcie BI!


I to już wszystko! Jestem bardzo ciekawa, czy jakieś nasze typy się pokrywają i jakie macie doświadczenia z wymienionymi przeze mnie kosmetykami. Koniecznie dajcie też znać w komentarzach jakie makijażowe perełki Wy odkryłyście w ubiegłym roku! Jeśli robiłyście podobne podsumowanie u siebie na blogu, to podrzućcie info, albo link, chętnie do Was zajrzę, bo uwielbiam tego typu posty! 
GOLDENBOX No 3

niedziela, stycznia 07, 2018 14

GOLDENBOX No 3

Niedawno dotarło do mnie kolejne, już trzecie pudełko GOLDENBOX i tradycyjnie wpadam zaprezentować Wam jego zawartość i podzielić się spostrzeżeniami na temat najnowszej edycji. Co znajduje się w środku? Czy warto? O tym w dalszej części dzisiejszego wpisu. 

Dla przypomnienia GOLDENBOX, to pudełko mające zawierać kosmetyki najlepszych marek, które pomogą poczuć się nam wyjątkowo. Dwa poprzednie boxy były naprawdę udane, teraz też jest bardzo dobrze, więc mam nadzieję, że taki poziom zostanie utrzymany również w kolejnych edycjach. 

Za każdym razem o tym wspominam, ale nie sposób przemilczeć ładnego, stonowanego designu pudełka. Biel i złoto prezentuje się elegancko i ponadczasowo, a jednolite opakowanie przydaje się później do przechowywania różnych kobiecych skarbów. Do tego dochodzą dopracowane szczegóły takie jak wstążeczka, biały papier, naklejka, ciesząca oko karteczka z opisem zawartości. Uwielbiam spójne elementy i dużą uwagę przywiązuję do drobiazgów, także duży plus!



A co z kosmetyczną zawartością? No, powiem szczerze, jestem zadowolona i to bardzo. Wszystkie produkty wykorzystam z czystą przyjemnością, nie ma tu dla mnie słabych punktów. Rzadko kiedy kosmetyczne boxy wpisują się w moje preferencje w stu procentach, ale naprawdę nie mam do czego się przyczepić. Zobaczcie same!


→ CLINIQUE, Płyn do demakijażu Take The Day Off

Miniatura płynu o pojemności 30ml pozwala ocenić, czy się z kosmetykiem polubimy, czy też nie. Idealnie też spisuje się w trakcie wyjazdów. Kosmetyk ma być skuteczny, delikatny i szybko rozpuszczać nawet najbardziej "uparte" kolory. Z ogromną przyjemnością sprawdzę jak płyn radzi sobie z mocniejszym makijażem oka i kto wie, być może w przyszłości skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie. Cena pełnowymiarowego opakowania wynosi 79zł/125ml.

→VICHY DERMABLEND, Fluid korygujący o przedłużonej trwałości
Już dłuższy czas nosiłam się z zamiarem zakupu tego podkładu i przetestowania go na sobie. Pamiętam, że kiedyś, dawno temu miałam z nim do czynienia, więc ciekawa jestem, czy się zmienił i jak spisze się teraz. Duży plus za jasny odcień - 20 Vanilla, czasem kolory w tego typu boxach, to jakaś pomyłka, więc cieszę się, bo ten fajnie zgrywa się z moją cerą. Na pewno Dermablend sprawdzę i być może stworzę na jego temat oddzielny post. Jest to kosmetyk pełnowymiarowy. Jego cena to 75zł/30ml.


→MEMEME, Liquid Highlighter & Illuminator Beat The Blues

Rozświetlacz w płynie. Kiedyś kręciłabym nosem, ale w ostatnich miesiącach polubiłam tego typu kosmetyki. Lubię mieszać je z podkładem, albo stosować w roli bazy tuż przed jego aplikacją. Wtedy nawet ciężki fluid prezentuje się bardziej zdrowo i lżej.Ten MeMeMe ma wygodny aplikator w postaci pędzelka, niezły, jasny odcień i świetliste wykończenie z maleńkimi mikrodrobinkami. Jest to produkt pełnowymiarowy. Kosztuje około 34zł/12ml.

→LUXIE, Onyx Noir Small Tapered Blending 231

Całkiem udany pędzelek do blendowania. Miękkie, ale sprężyste i dość sztywne włosie pozwala na uzyskanie płynnego przejścia kolorów. Fajnie sprawdzi się nawet w szybkich, dziennych makijażach, gdy chcemy niedbale nałożyć na powiekę jeden cień i go rozetrzeć. Włosie nie wypada, trzonek ze skuwką wydaje się być dobrze złączony. Na pewno będzie u mnie w użyciu. Jego cena wynosi około 57zł za sztukę. 


→LA VIE SKIN, Therapy Extremally Collagen

Serum intensywnie wygładzające i regenerujące skórę twarzy, szyi i dekoltu. Ma zwiększać poziom naturalnego kolagenu i stymulować jego produkcję. Poprawia elastyczność skóry, zmniejsza zmarszczki i bruzdy. Brzmi nieźle, prawda? Na pewno przetestuję, bo wygładzenie i nawilżenie zawsze jest u mnie w cenie! ;-) W boxie dostępna jest jeszcze jedna wersja tego serum (zamiennie) - Renew Hyaluronic Acid. Obie pełnowymiarowe. Ich cena to aż 749€/30ml.

→MICHAEL KORS, Sexy Ruby

Próbka perfum, o których ostatnio jest dość głośno. Po pierwszym zapachowym teście wcale się nie dziwię - są przepiękne i już mi się marzy osobista buteleczka. ;-) Opisałabym je jako seksowne, eleganckie, kojarzące się z siłą i dojrzałością. Cudo! Na liście próbeczka oznaczona jest jako prezent. Butelka natomiast kosztuje 229zł/30ml.


Jeszcze kilka informacji na koniec. GOLDENBOX kosztuje 119zł, a minimalna wartość każdego zestawu wynosi 250zł. Pudełko wypuszczane jest co kwartał (za każdym razem rozchodzi się jak ciepłe bułeczki), zamówień (dostępne opcje, to zakup pojedynczej sztuki, subskrypcja i pakiety) możecie dokonywać tutaj

I co Wy na to? Nie trudno zauważyć, że ja jestem na tak. Mogę dodać jedynie że życzę zarówno sobie, jak i Wam aby kolejne odsłony były równie udane jak te dotychczasowe.


Ulubieńcy listopada i grudnia

czwartek, stycznia 04, 2018 32

Ulubieńcy listopada i grudnia

Wszyscy przygotowują podsumowania kosmetyczne i rankingi minionego roku, a ja nim przygotuję tego typu post, postanowiłam opowiedzieć o kilku perełkach listopada i grudnia. Dlaczego tak? Ano dlatego, że wcześniej typowych ulubieńców tych miesięcy nie było, a ja odkryłam trochę świetnych kosmetyków, które zasługują na uwagę, ale są ze mną na przykład zbyt krótko, by mogły znaleźć się w hitach 2017 roku (pierwsza część, ta makijażowa, już za kilka dni!).



Kat Von D, Shade + Light Contour Palette, paleta do konturowania

Paleta jest ze mną dość krótko, ale była to miłość od pierwszego dotknięcia. Wcześniej myślałam sobie, że to paleta do konturowania jakich wiele, ale ta formuła, konsystencja, to po prostu bajka! Te pudry rozcierają się wręcz same, nawet zeswatchowane na dłoni nie robią plam, tylko wypadają bardzo miękko. Cudownie się pracuje z każdym z kolorów, mój ulubiony to ten w lewym dolnym rogu, ale często łączę go z jego sąsiadem. Górna brzoskwinka czasem zastępuje mi róż. Musicie mi uwierzyć na słowo, że wykonywanie makijażu za pomocą palety Kat Von D Shade & Light, to czysta przyjemność. Ja jestem oczarowana jakością i już dziś Wam mówię, że moją toaletkę zasili więcej kosmetyków spod szyldu Kat. :D Do kupienia w Sephorach.



Smashbox Studio Skin, podkład do twarzy


Dużo dobrego słyszałam o tym podkładzie, więc zaopatrzyłam się w jego próbkę w Sephorze (polecam takie rozwiązanie!). Przetestowałam trzy odcienie, sprawdziłam jego właściwości i kupiłam pełnowymiarową buteleczkę. Dawno żaden podkład nie wyglądał tak dobrze na mojej skórze. Wklepany wilgotną gąbeczką zapewnia aksamitne, gładkie i miękkie wykończenie bez widocznych porów, zmarszczek, czy suchych skórek. Jest przy tym dobrze kryjący, zastygający, a zarazem lekki i nieobciążający. Dobrze się fotografuje (blur na twarzy niczym z programu graficznego!), ma świetną gamę kolorystyczną, idealnie dopasowuje się do kolorytu skóry i co najważniejsze, nie ciemnienie, ani nie zapycha. Podpisuję się pod wszystkimi zachwytami na jego temat! Obecnie to mój podkładowy numer jeden! Dostępny w Sephorze.




Laura Mercier Loose Setting Powder

W tej chwili śmiało mogę napisać, że to najlepszy puder jakiego używałam. Nie jest to kosmetyk typowo matujący, więc jeśli macie cerę mieszaną lub tłustą nie utrwali makijażu na cały dzień i będzie wymagał poprawek, ale wierzcie mi, że jego wykończenie jest warte użycia bibułki matującej. ;-) Nie musicie martwić się o maskę, czy efekt płaskiego, tępego matu. Laura przepięknie wygładza strukturę skóry, optycznie ją zmiękcza, upiększa i ładnie odbija światło. U mnie bardzo dobrze sprawdza się również pod oczami.




Korektor MAC Pro Longwear Concealer

Skusilam sie na Pro Longwear po dłuższym zastanowieniu i nie żałuję. Jest odpowiednio jasny, więc fajnie odświeża spojrzenie, dość dobrze kryje, nie podkreśla zmarszczek i nie wchodzi w nie, utrwalony pozostaje na swoim miejscu cały dzień. Nie ciemnieje i bez zarzutu współpracuje z innymi kosmetykami. Jedyny zarzut mam do opakowania, bo pompka nie jest zbyt praktyczna - w większości przypadków wypluwa za dużo kosmetyku, a ja nie lubię, gdy coś się marnuje. Dostępny jest w salonach marki oraz na stronie, a także w Douglas online.




Inglot Refreshing Face Mist, odświeżająca mgiełka do twarzy wzbogacona o ekstrakt z brzoskwini

Choćbym chciała, to nie jestem w stanie doszukać się w tym kosmetyku minusów. Buteleczka z wygodną pompką rozpyla delikatną  wodną mgiełkę, która skutecznie usuwa pudrową warstwę makijażu, ściąga zbyt płaski mat, eliminuje uczucie napięcia, a jednocześnie dodaje lekkości i przyjemnie odświeża. Nie zauważyłaM jednak, by w jakiś sposób przedłużała trwałość makijażu. Aplikację umila również cudny zapach. Mgiełka przeznaczona jest do cery normalnej i suchej, ale z powodzeniem sprawdzi się w przypadku każdego rodzaju skóry. Do kupienia w salonach i wyspach Inglot.



Origins, Drink Up Intensive Overnight Mask to Quench Skin's Thirst, maseczka

Kupiłam mniejszą tubkę na próbę i przepadłam! To prawdziwy zastrzyk nawilżenia dla mojej lubiącej się odwadniać cery. Poza tym, z racji problemów z wypryskami, często ją złuszczam i zdarza mi się przesadzić, więc nieobce są mi suche skórki. Ostatnio miałam kilka takich łuszczących się placków i wystarczyło, że nałożyłam cienką warstwę maski na noc i rano moja skóra wyglądała jak nowa - mięciutka, gładka, przyjemna w dotyku, nawilżona, rozjaśniona. No wow! Teraz po Origins sięgam dwa razy w tygodniu. Jeszcze mam jej sporo, ale na pewno kupię kolejną tubkę, tym razem dużą!



Orientana, maseczka z glinki migdał i szafran

Nie mogę nie wspomnieć również o moim maseczkowym odkryciu z asortymentu naszej rodzimej marki, jaką jest Orientana. Kosmetyk, to mieszanka glinek wzbogacona olejkami. Nie dość, że naprawdę widocznie oczyszcza i odświeża cerę, to jeszcze ją skutecznie odżywia, regeneruje, uelastycznia oraz dodaje blasku. Przyjemnie pachnie, dobrze się nakłada, ma odpowiednio gęstą konsystencję i jestem przekonana, że gdy po nią sięgnięcie, na pewno się nie zawiedziecie. Do kupienia online na przykład na stronie marki.



Anwen, olej mango do włosów średnioporowatych

Lubię oleje w pielęgnacji włosów, więc skusiłam się na propozycję Anwen. No i muszę przyznać, że Ania stworzyła bardzo dobry kosmetyk będący tak naprawdę mieszanką olejów: migdałowego, śliwkowego i kameliowego. Moje włosy z migdałem bardzo się lubią, więc po każdej aplikacji są bardzo gładkie, mięsiste, nawilżone i dociążone. Lepiej się też układają i łatwiej rozczesują. Zazwyczaj nanoszę olejek na godzinę przed myciem, czasem na suche włosy, ale częściej na odżywkę (olejowanie na odżywkę to jedno z moich urodowych odkryć minionego roku, serio!). To wystarcza, by cieszyć się zadbanymi kosmykami. :-) Do kupienia na przykład w ekobieca.pl


I to już wszystkie perełki z ostatnich dwóch miesięcy. Wybrałam te, które zachwyciły mnie najbardziej. :-) Każdy z kosmetyków wymienionych powyżej mogę polecić Wam z czystym sumieniem, są świetne!

Koniecznie dajcie znać jakie produkty wpadły Wam w oko pod koniec 2017 i czy poszalałyście na kosmetycznych wyprzedażach! :-)


Moje cele i plany na 2018 rok

środa, stycznia 03, 2018 45

Moje cele i plany na 2018 rok

Cześć w nowym roku! Nawet nie wiecie jak bardzo czekałam na jego nadejście! 2017 był słaby i mam nadzieję, że 2018 porządnie skopie mu tyłek. Nie będę się więc rozwodzić nad tym co było, robić podsumowań i analizować co wyszło, a co nie, bo ostatnie miesiące chcę oddzielić grubą krechą. Styczeń, to nowy, świeży start i tego się trzymam. Mam mnóstwo energii, planów i pomysłów do zrealizowania, a dziś zdradzę Wam część z nich! :) Ciekawe? Zapraszam do lektury!



Aparat ortodontyczny

Moje zęby dają mi nieźle do wiwatu i akurat krzywy zgryz, to mój najmniejszy problem, ale jego wyprostowanie będzie początkiem spełnienia mojego marzenia o zdrowym, ładnym, wolnym od kompleksów uśmiechu. W zasadzie już podjęłam pierwsze kroki ku temu i zadrutowana zostanę jeszcze w styczniu, najpóźniej w lutym. Pewnie będzie bolało i nie raz ponarzekam pod nosem "po co mi to było", ale wiem, że warto. 

Unormowanie snu

Jestem w tej kwestii niereformowalna, od lat mam spore zaburzenia rytmu dnia i nie umiem sobie z tym trwale poradzić. Wystarczy, że jednego dnia np. po imprezie pośpię i pozamiatane. Wiem, że z perspektywy osób muszących wstać wcześnie, zarwane noce i późne pobudki mogą wydawać się godne pozazdroszczenia, ale wierzcie mi, na dłuższą metę, to męczące i przede wszystkim frustrujące. Szczególnie, gdy zasypiasz o 5 nad ranem, a o 9 odbierasz telefon i pierwsze co słyszysz "Ty jeszcze śpisz?! Rety jak tak można/O jaaa, zazdroszczę!". A ja zazdroszczę wszystkim, którzy śpią po 8 godzin dziennie, zasypiają przed północą i są na nogach o 7-8. Serio, fajnie macie. :)

Metamorfoza salonu

Nasz salon pamięta jeszcze czasy byłych właścicieli i zdecydowanie potrzebuje remontu. W planach jest całkowita metamorfoza, bo to co jest teraz totalnie nie wpisuje się w mój gust i nie mogę już patrzeć na beżowe ściany, czy zniszczoną kanapę. Mam nadzieję, że ruszymy z tematem w pierwszej połowie 2018 a efektem końcowym będę mogła się z Wami podzielić na łamach bloga.



Zdrowe odżywianie

Już w grudniu wystartowałam ze specjalnie rozpisaną dietą, która uwzględnia moje problemy zdrowotne i w tym roku nie zamierzam odpuszczać. Nie chodzi nawet o kilogramy, choć zrzucenie ich również by mi się przydało, ale o samopoczucie. Poza tym od jakiegoś czasu w ekspresowym tempie zamieniam się w jednego wielkiego pryszcza, gdy zjem więcej nabiału, albo cukru. Zbilansowany jadłospis jest więc dla mnie jedynym sensownym wyjściem.

Ruch, ruch

Nie mam teraz motywacji do ciężkich treningów, ani czasu, by jeździć na siłownię, ale jedno jest pewne - ruch oczyszcza głowę, relaksuje i pozwala zebrać myśli. Nie wspominając już o przyspieszeniu metabolizmu i kształtowaniu sylwetki. Zamierzam więc wrócić do mojego wyzwania 10000 kroków dziennie, a ponadto w moim mieszkaniu zagościł rower stacjonarny, który już oswajam. :D Godzinkę pedałowania w towarzystwie youtube da się nawet przeżyć.

Wychodzenie ze strefy komfortu

Jestem introwertykiem, mogę się też nazwać domatorką. Jestem jedynaczką i lubię spędzać czas sama ze sobą, w samotności zawsze znajduję sobie zajęcie i w zasadzie nigdy się nie nudzę. Przerażają mnie tłumy, nie lubię (boję się?), nawiązywać nowych znajomości, słabo pielęgnuję relacje. Wiele z moich znajomych mówiło mi, że na początku sprawiałam wrażenie niedostępnej, niezbyt przyjaznej, a moja przyjaciółka, zdradziła, że przy naszym pierwszym szkolnym poznaniu pomyślała sobie, że jestem ostatnią osobą, z którą by się mogła dogadać. :D Edukację zakończyłyśmy dawno temu, a nasza przyjaźń trwa do dziś, ponoć zyskuję przy bliższym poznaniu. :D Chcę więc otworzyć się bardziej na ludzi, na Was, brać udział w blogerskich spotkaniach, niektórych eventach, nie odmawiać ze strachu przed nieznanym i próbować nowych rzeczy. Nie tkwić w strefie komfortu, tylko wychodzić z niej. To będzie trudne do zrealizowania, ale wierzę, że się uda. ;-)

Balans

Odkąd zaczęłam pracować na własny rachunek zgubiłam gdzieś balans między pracą, a czasem wolnym. Doszło do tego, że zawsze było coś do zrobienia i gdy siadałam obejrzeć serial, albo sięgałam po książkę miałam ogromne wyrzuty sumienia. Mogłam przecież w tym czasie pracować. Nie da się jednak funkcjonować bez odpoczynku, dlatego od jakiegoś czasu planuję przyjemności tak samo jak obowiązki. Uwzględniam w planie dnia zarówno 30 minut z książką, kawę z przyjaciółką, czy domowe spa wieczorem w łazience. My kobiety ogólnie bardzo często spychamy siebie na szary koniec, a przecież nie warto. Widzę sama po sobie, że gdy jestem wypoczęta, zrealaksowana i czuję się zadbana, to od razu mam więcej energii i działam bardziej produktywnie. 

Weekendy offline

Kiedyś często spędzałam weekendy przed komputerem, a od jakiegoś czasu sobota i niedziela, to świętość. Bardzo sporadycznie odpalam laptopa, pozwalam sobie jedynie na aktywność na instagramie, gdy mam coś do przekazania. Wyjątkiem jest jakaś awaria, albo przygotowany dla Was wcześniej post, który chcę opublikować w niedzielę wieczorem. Poza tym, to czas spotkań towarzyskich, nadrabiania seriali, czytania książek, spacerów, relaksu, czy bardziej przyziemnych aktywności, takich jak porządki domowe. Bardzo dobrze mi z tym i nie zamierzam z tego rezygnować, wręcz przeciwnie, chcę wdrożyć jeden dzień całkowicie offline, z wyłączonym telefonem  schowanym do szuflady. Polecam, te dwa dni ładują moje bateryjki na full.



Regularne blogowanie

W 2017 roku się nie popisałam. Mam poczucie, że mogłam więcej, lepiej, bardziej, ale teraz mam zamiar nadrobić. Kiedyś potrafiłam pisać codziennie, ale raczej do takiej częstotliwości nie wrócę (jakość ponad ilość). Chciałabym jednak, by posty pojawiały się co dwa - trzy dni. Nie chcę sobie niczego narzucać i działać pod presją, ale mam już w głowie wstępny zarys i wiem jak mniej więcej będą wyglądały kolejne tygodnie na blogu. Mam nadzieję, że mój zapał nie osłabnie, a pomysły na nowe artykuły nigdy się nie skończą. :-)

Angielski online

W zeszłym roku przez krótką chwilę chodziłam na lekcje angielskiego. Z nauczycielki byłam zadowolona, ale po pierwsze pokonał mnie kiepski dojazd ode mnie z domu, a po drugie, mój plan dnia potrafi się zmienić z dnia na dzień, więc ciężko mi się umawiać, na konkretny dzień i godzinę (w dodatku o stałej porze) z tygodniowym wyprzedzeniem. Chciałabym więc spróbować konwersacji i lekcji online. Jeszcze nie wiem, co, jak, kiedy i z kim, ale wydaje mi się, że to najsensowniejsza opcja dla mnie w tym momencie. Angielski podszkolić muszę, bez dwóch zdań, bo mam w sobie obecnie taką blokadę, że nie wydukam najprostszych zdań, mimo iż w głowie układam całe dialogi. Jeśli więc możecie mi kogoś polecić, albo same uczycie języka, dawajcie znać. :-)

Auto

Chcę wrócić do jazdy autem (prawko mam od dawna, jeździłam kilka lat, później przestałam), ale postanowiłam sobie, że zostanę na nowo kierowcą tylko wtedy, gdy będę miała w stu procentach swój samochód. Taki wiecie, na rozjeżdżenie, którego nie będzie mi bardzo szkoda, gdy go gdzieś obiję (czy to w ogóle możliwe? ;-)). Mam więc zamiar rozejrzeć się za czymś małym i w rozsądnej cenie, a później, to już wróżę sobie wielki powrót i zostanie królową szos. :-D 

I to już wszystko na dziś. Może i sporo tego, ale rok ma przecież aż 366 dni więc wierzę, że mi się uda. :D Poza tym oczywiście zamierzam dbać o swoje zdrowie, regularnie się badać i wciąż aktywnie pomagać kotom. :-) Jeśli śledzicie mnie na instagramie pewnie zdążyłyście już poznać moją nową kocią asystentkę, pchełkę Pipi. :-D



A jak to jest u Was? Tworzycie postanowienia noworoczne, czy uważacie, że to totalna strata czasu? Dajcie znać i koniecznie napiszcie jakie macie plany na ten rok! :-) 


Wesołych Świąt!

niedziela, grudnia 24, 2017 3

Wesołych Świąt!

Świąteczne przygotowania tak mnie pochłonęły, że nie miałam możliwości przygotowania wczorajszego wpisu w ramach akcji blogmas (jakość ponad ilość zawsze na tak!), ale dzisiaj nie mogłam odmówić sobie złożenia Wam życzeń!

Dziewczyny, życzę Wam zdrowych, wesołych i spokojnych Świąt spędzonych w rodzinnym gronie. Celebrujcie ten czas, najcieszcie się obecnością bliskich, odłóżcie wszelkie niesnaski na bok i bądźcie tu i teraz. Bez telefonów i scrollowania social mediów. :-) Święta, to piękny czas i warto przeżyć go wyjątkowo! 

No i oczywiście niech Mikołaj przyniesie same trafione prezenty, pierogi nie pójdą w biodra, a pierwsza gwiazdka świeci najjaśniej! ;-)

Uściski, 
Agu