Dermedic Capilarte: Szampon zwalczający łupież i jego przyczyny & Szampon kojący do włosów i nadwrażliwej skóry głowy

czwartek, sierpnia 17, 2017 8

Dermedic Capilarte: Szampon zwalczający łupież i jego przyczyny & Szampon kojący do włosów i nadwrażliwej skóry głowy

Jeśli zaglądacie do mnie regularnie, to wiecie, że moja skóra głowy potrafi sprawiać wiele problemów. Jest bardzo wymagająca, wrażliwa i posiada skłonności do łupieżu. Wielokrotnie opowiadałam jak trudno utrzymać ją w dobrej kondycji i jak ostrożnie muszę dobierać pielęgnację. Przetestowałam wiele szamponów, ale tylko nieliczne spełniają moje wymagania. Myślę, że zdążyłyście zauważyć, że w tym temacie częściej narzekam niż chwalę, ale nie tym razem! Dziś chcę Wam bowiem opowiedzieć o moich dwóch odkryciach spod szyldu marki Dermedic, z linii Capilarte. Oba szampony włączyłam do pielęgnacji ponad miesiąc temu i spisują się rewelacyjnie. Mam więc nadzieję, że i Wy je polubicie! Ciekawe? Zapraszam do dalszego czytania.


Tak jak wspomniałam we wstępie, bohaterami dzisiejszego wpisu są: Dermedic, Capilarte, Szampon kojący do włosów i nadwrażliwej skóry głowy oraz Dermedic Capilarte, Szampon zwalczający łupież i jego przyczyny. Dlaczego dwa na raz? To był świadomy wybór. Nauczona doświadczeniem wiem, że w moim przypadku najlepiej sprawdza się stosowanie szamponu przeciłupieżowego zamiennie z tym delikatnym i łagodzącym. Zresztą często polecałam Wam inny świetny szampon marki - Linum Emolient (nadal uważam, że jest super!).

Zacznijmy od tego, czego tak naprawdę wymagam od szamponów - poniżej moja lista:

→Ma skutecznie oczyszczać skórę głowy i włosów nie powodując podrażnień - delikatność to podstawa!
→Nie może przyspieszać przetłuszczania się skóry głowy i włosów
→Nie może powodować łupieżu, wręcz przeciwnie musi eliminować łuskę
→Ma łagodzić świąd
→Nie może włosów nadmiernie plątać
→Ma być wydajny i dobrze się pienić
→Musi dobrze zmywać oleje z włosów


Dermedic Capilarte, Szampon zwalczający łupież i jego przyczyny

Jakikolwiek wybryk z szamponem drogeryjnym kończy się u mnie pojawieniem łuski. Czasem wystarczy jedno mycie, bym na głowie miała masakrę, a później mijają tygodnie nim skóra wróci do normy. W lipcu byłam kilka dni u mojej mamy, która używa szamponu Elseve, tego z glinką, więc i ja po niego sięgnęłam i o losie, to była tragedia! Dostałam takiego łupieżu, że choć zawsze jest on tłusty, to tym razem sypało mi się dosłownie z głowy. Po powrocie do domu szampon Dermedic miał więc okazję, by się wykazać. I zdał egzamin celująco.

To szampon leczniczy, który ma za zadanie łagodzić objawy zarówno łupieżu suchego, jak i tłustego oraz zapobiegać ich nawrotom. Działa także w przypadku łojotokowego zapalenia skóry głowy (które u mnie zostało zdiagnozowane kilka lat temu), łuszczycy i wyprysku. Składniki aktywne w nim zawarte, to klotrimazol, pirytionian cynku, piroktonian olaminy, gliceryna,a także panthenol - trzy pierwsze mają silne właściwości przeciwgrzybicze i skutecznie działanie przeciwłupieżowe oraz przeciwłojotokowe. 

Wiem, jednak, że najbardziej interesuje Was faktyczne działanie. :) Już po pierwszym myciu poczułam ulgę i zauważyłam różnicę. Łuski było znacznie mniej, skóra głowy została oczyszczona i ustał okropny świąd. Po kilku kolejnych myciach zniknęło zaczerwienienie i wszystko zaczęło wracać do równowagi. Włosy były wolne od łupieżu - przestało się sypać i zniknęła również ta łuska, która przylegała do skóry i pasm u nasady. Co więcej, podczas mycia Dermedic nie plącze włosów, pozostaje dla nich delikatny (pewnie kojarzycie to uczucie przy niektórych szamponach, że włosy aż skrzypią - tu nie ma to miejsca) i sprawia, że nie są wysuszone i nadmiernie matowe.

Producent zaleca stosowanie szamponu przez 4 tygodnie, 2-3 razy w tygodniu, a w celach profilaktycznych 1-2 razy tygodniowo. Za każdym razem należy odczekać 3 minuty i dopiero przejść do spłukania kosmetyku. Ja na początku, czyli w pierwszym tygodniu sięgałam po niego przy każdym myciu, czyli zazwyczaj co drugi dzień (w żaden sposób nie skraca świeżości włosów, wręcz przeciwnie, nie musiałam wspomagać się suchym szamponem między myciami) i to sprawdziło się świetnie. Później zaczęłam stosować go zamiennie z szamponem kojącym do włosów i nadwrażliwej skóry głowy. 

Co jeszcze? Szampon ma wygodną butelkę, ładnie, delikatnie pachnie i przyjemnie się pieni. Ma odpowiednio gęstą, kremową konsystencję, która nie przelewa się przez palce - dzięki temu wzrasta jego wydajność. Zostało mi jeszcze około 1/3 opakowania i na pewno kupię kolejne! Koszt jednej buteleczki to 32zł/300ml.



Dermedic, Capilarte, Szampon kojący do włosów i nadwrażliwej skóry głowy

Szampon przeznaczony jest do codziennego mycia włosów i skóry nadwrażliwej, skłonnej do podrażnień, świądu, pieczenia. Jego formuła nie zawiera SLS ani SLES, a zawarty w składzie D-Panthenol oraz Polidocanol zmniejszają nadreaktywność skóry głowy i wyciszają stany zapalne. Przy skórze problemowej, z tendencją do łupieżu, niestety wszelkie zmiany skórne, to powszechny problem. Sama często borykam się z różnego rodzaju krostkami, strupkami, czy zaczerwienieniem i dobry szampon kojący w takim przypadku, to podstawa.

Dermedic skutecznie uspokaja skórę głowy i przywraca jej równowagę. U mnie rewelacyjnie uzupełnia działanie szamponu przeciwłupieżowego. Odczuwalnie nawilża naskórek i włosy na całej długości, trzyma skórę w ryzach, regeneruje, a jednocześnie dobrze myje i oczyszcza (bez problemu domywa oleje nałożone na noc). Fryzura utrzymuje świeżość i nie zauważyłam wzmożonego przetłuszczania się. Włosy są miękkie, elastyczne i puszyste (ale nie spuszone). Nie tracą swej objętości i dobrze się układają.

Butelka ma wygodny dzióbek i ułatwia dozowanie produktu. Konsystencja jest bardzo podobna do poprzednika - dość gęsta, odpowiednio zwarta, przyjemnie rozprowadzająca się na włosach. Szampon dobrze się pieni, dzięki czemu wystarczy niewielka ilość do jednorazowego mycia. Buteleczka ma pojemność 300ml i kosztuje 32zł.

Tak jak wspominałam szampon stosuję obecnie zamiennie z szamponem zwalczającym łupież i dzięki temu udaje mi się utrzymać skórę w dobrej kondycji. Nic mnie nie swędzi, nie mam drobnych ranek, nie widzę białych plamek na moich ciemnych włosach i nawet, gdy przejadę paznokciami po skórze jest czysto. U mnie to naprawdę rzadko się zdarza, więc uważam, że odniosłam niemały sukces doprowadzając do takiego stanu samodzielnie, bez pomocy specjalistów. Oczywiście dodatkowo staram się dbać o dietę (są produkty, które niestety wzmagają łupież i zaostrzają problemy skórne) i unikać stresu. Jeśli chcecie, przygotuję oddzielny wpis o tym jak dbam kompleksowo o włosy i skórę głowy, dajcie znać. 



Podsumowując, szampony Dermedic z nowej linii Capilarte dołączają do grona moich ulubieńców i z pewnością będę po nie sięgać regularnie. Z tej serii kusi mnie jeszcze Szampon kuracja stymulująca wzrost włosów, bo jak ze skóra głowy się uporałam, tak nie mogę poskromić wypadania.

Kosmetyków marki szukajcie w aptekach, są dostępne i stacjonarnie i online. Gdzie dostępny jest asortyment możecie sprawdzić na stronie Dermedic. :-)

Dajcie znać, czy znacie bohaterów dzisiejszego wpisu i po jakie szampony sięgacie! 

Makeup Revolution Renaissance Palette: Day, Night & Glow

środa, sierpnia 09, 2017 66

Makeup Revolution Renaissance Palette: Day, Night & Glow

Kosmetyki z linii Renaissance Makeup Revolution zachwycają od pierwszego wejrzenia. Nic dziwnego, opakowania naprawdę robią wrażenie i prezentują się niezwykle luksusowo. Solidne kasetki w kształcie mini torebeczek w odcieniu ponadczasowego złota, czerni i nude sprawiają, że kobiece serca biją mocniej. A gdy dodamy do tego stosunkowo niską cenę i naprawdę przyjemną jakość, mamy przepis na sukces! :) Zresztą same zobaczcie i oceńcie, ja przepadłam i uważam, że to MUR w najlepszym jak do tej pory wydaniu. Na końcu wpisu czeka też na Was niespodzianka! 


Renaissance Palette Day

Paleta zawiera pięć cieni do powiek, cztery z nich to maty, jeden ma wykończenie satynowe (pierwszy, ten najjaśniejszy). Zestawienie kolorystyczne jest przepiękne, bardzo uniwersalne i neutralne. Moim zdaniem tego typu odcienie to must have w każdej kobiecej kosmetyczce, są odpowiednie na wszelkie okazje, zarówno do pracy, jak i na większe wyjścia. Z matowymi formułami Makeup Revolution bywa różnie, jedne są napigmentowane mocniej, inne mniej. Zdarza się też, że różnią się od siebie jakością - te bardziej suche mocniej pylą i ciężej się z nimi pracuje, bo trochę gubią pigment przy rozcieraniu. Jednak nie tym razem! Mam wrażenie, że Palette Day, to całkiem inna konsystencja, wszystkie cienie są kremowe, aksamitne w dotyku i bardzo dobrze przyczepiają się do pędzla, a następnie rozkładają na skórze. Każdy kolor jest faktycznie widoczny na skórze i ładnie się rozciera. Ciemniejszymi barwami możemy z powodzeniem budować głębię i fajnie wymodelować zewnętrzny kącik. Gdy nanoszę je na bazę pod cienie (Urban Decay), to makijaż trzyma się do demakijażu. Absolutnie nic nie blednie, nie roluje się, nie osypuje, niezależnie czy postawię na delikatne, czy bardziej wyraziste podkreślenie powieki. Paleta naprawdę zaskakuje swoją pigmentacją i jakością. Myślę, że fanki tego typu wykończeń będą z niej bardzo zadowolone. Koszt paletki, to 36,99zł, moim zdaniem warto! Do kupienia na przykład TUTAJ.


Renaissance Palette Night

Jest błysk, jest impreza! Choć przyznam Wam, że ja ogólnie jestem sroką i nawet na co dzień stawiam na połyskujące powieki, albo chociaż jakiś mały, migoczący akcencik. ;) Tutaj także mamy pięć cieni - jasny, cielisty mat i cztery perły. Brakuje mi średniego matowego brązu, by podkreślić załamanie powieki (choć tutaj może posłużyć nam bronzer) i byłaby wtedy kompozycja idealna. Pigmentacja wypada celująco, praca z paletą to czysta przyjemność. Cienie pylą w minimalnym stopniu, ale nie osypują się nadmiernie. Ładnie się ze sobą łączą i rozcierają. Baza dodatkowo podbija ich połysk, bo nawet bez niej są dobrze widoczne na powiekach. Świetnie sprawdzają się na co dzień, a zarazem pozwalają też poszaleć przy tworzeniu wieczorowego makijażu. Lubimy się, więc Palette Night jest u mnie w częstym użyciu. Jej cena, to 36,99zł. Znajdziecie ją na przykład TUTAJ.

Renaissance Palette Glow

Wprawne oko zauważy tutaj mocną inspirację paletą do konturowania Charlotte Tilbury. Ta sama kompozycja kolorystyczna, tłoczenia, kształt - po otwarciu wnętrze łudząco przypomina oryginał. Nie do końca to fajne. Nie mam jednak porównania odnośnie jakości, ale jeśli paletka Glow wypada tak przyjemnie, to Charlotte pewnie jest wow! W środku mamy bronzer i rozświetlacz. Ten pierwszy jest jaśniutki, dość chłodny i na skórze, nawet tak bardzo jasnej jak moja, wygląda subtelnie, delikatnie i naturalnie. Jego wykończenie jest satynowe, przepięknie się rozciera, nie tworzy smug i plam, ma dobrą pigmentację i ładnie współgra z rozświetlaczem, czy różem. Myślę jednak, że dla ciemnych karnacji będzie zbyt jasny i po prostu zginie. Rozświetlacz natomiast jest genialny i myślę, że pokocha go każdy. Złocisty, bez widocznych drobinek, gwarantujący na skórze piękną, równomierną taflę. Naprawdę trudno zrobić nim sobie krzywdę, mam wrażenie, że niezależnie od ilości prezentuje się elegancko i świeżo. Oba kosmetyki są równie trwałe, na twarzy zagruntowanej pudrem utrzymują się +/- 8h w obecnych temperaturach. Później delikatnie bledną, ale ja też często dotykam twarzy, a raczej podpieram się ręką. Dużo również rozmawiam przez telefon więc z automatu skracam sobie trwałość makijażu. Glow również kosztuje 36,99zł i kupicie ją np. TUTAJ.



Oczywiście nie może zabraknąć swatchy. Jedynie lekko maznęłam wszystkie cienie palcem, a musicie przyznać, że kolory są mocno nasycone. Nawet maty robią wrażenie!

Dajcie znać co sądzicie o kolekcji Renaissance!

___

Na koniec, tak jak obiecałam już wcześniej mam dla jednej z Was zestaw składający się z trzech powyższych paletek. :-) Wystarczy, że w komentarzu pod postem opowiecie mi krótko jaki jest Wasz ulubiony makijaż oka na co dzień i zostawicie na siebie namiar (adres mailowy). Na komentarze czekam do 16.08.17, do godziny 23.59. Najpóźniej 20.08, w tym poście pojawią się wyniki. Powodzenia!


5 hitów lipca ❤

sobota, sierpnia 05, 2017 30

5 hitów lipca ❤

Sierpień rozgościł się na dobre, więc najwyższa pora podsumować kosmetycznie lipiec. Dziś zapraszam Was na perełki ostatnich tygodni - tym razem wybrałam absolutnie ulubioną piątkę! Ciekawe jakie kosmetyki spodobały mi się najbardziej? Zapraszam do dalszej części wpisu.


Moja miłość do matowych pomadek trwa w najlepsze! Najczęściej wybieram te w płynie. O szminkach Bell nasłuchałam się już wiele dobrego, ale zrażona kiepskimi doświadczeniami z Bell Moroccan Dream jakoś nie paliłam się do kolejnych zakupów. Ostatnio jednak będąc w Biedronce wrzuciłam do koszyka Bell Matt Liquid Lips w odcieniu 03 i przepadłam! Nie dość, że ma przepiękny odcień, w którym bardzo dobrze się czuję, to jeszcze bardzo komfortowo się nosi, jest długotrwała i równomiernie się ściera. Obecnie sięgam po nią praktycznie non stop! Super pomadka za grosze, koniecznie sprawdźcie!

Garść rozczarowań 

Ostatnio miałam też problem z doborem odpowiedniego podkładu. Większość (nawet tych sprawdzonych) warzyła mi się na nosie i po kilku godzinach noszenia kończyłam z klasycznym ciastkiem i podkreślonymi porami. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Z pomocą przyszedł mi po raz kolejny podkład Catrice HD Liquid Coverage w odcieniu 010. Znam go od dawna, a teraz polubliśmy się jeszcze bardziej. Nałożony za pomocą gąbeczki doskonale stapia się z cerą, wygląda bardzo gładko i ujednolica strukturę skóry. Maskuje pory i wszelkie niedoskonałości, nie oksyduje i nie wyświeca się, ani nie ciastkuje w strefie T. Dobrze utrwalony prezentuje się nienagannie do 8 godzin i daje radę nawet podczas upałów! Wiem, że dziewczyny skarżą się, że potrafi zapchać, ale mi nigdy nie zrobił krzywdy.

Catrice HD Liquid Coverage


Żaden podkład nie utrzyma się na mojej skórze długo, jeśli nie użyję dobrego pudru. Niedawno odkryłam kultowy Vichy Dermablend i od razu zapałałam do niego sympatią. A z podkładem Catrice tworzy naprawdę zgrany duet! Skutecznie oraz długotrwale matuje i optycznie wygładza skórę. Nie jest jednak płaski i mocno pudrowy, wciśnięty gąbeczką na mokro funduje bardzo lekki i naturalny efekt. Doceniam go przede wszystkim za to, że radzi sobie wyśmienicie z moim niesfornym ostatnio nosem. Dermablend sprawia, że podkład prezentuje się w tym miejscu nienagannie nawet po kilku godzinach. Co jeszcze ważne - nie zapycha mnie, nie obciąża i nie przesusza. Jest drobniutko zmielony i aksamitny w swej konsystencji. Bez wahania dorzucam go do grona moich pudrowych ulubieńców i niebawem opowiem Wam o nim więcej, bo myślę, że jest tego wart!

Z moją cerą byłoby kiepsko, gdyby nie Effaclar Duo (+) La Roche-Posay. Może jestem nudna, ale nic nie poradzę, że trzymam się sprawdzonych kosmetyków, które mają widoczny, pozytywny wpływ na moją skórę. Krem ten jest w mojej kosmetyczce od dawna i genialnie radzi sobie ze wszelkimi zmianami na twarzy - usuwa grudki, przyspiesza gojenie się wyprysków oraz rozjaśnia przebarwienia po nich. Nie używam go codziennie - sięgam po niego wtedy, gdy widzę, że dzieje się coś nie tak. Ostatnio uratował moją skórę na plecach i dekolcie - podczas masażu potwornie zapchała mnie oliwka i miałam niesamowity wysyp. Effaclar poradził sobie z drobnymi krostkami w kilka dni.

Walka o piękną cerę z La Roche-Posay


Ostatnim kosmetykiem na liście jest zapach, a dokładniej woda toaletowa pochodząca z edycji limitowanej Yves Rocher Collection Ete. To typowo letnia, świeżo-owocowa mieszanka, wyczuwam tu cytrusy i dodającą pikanterii miętę z nutą pieprzu. Jest fantastycznym uzupełnieniem ciepłych dni, nie męczy, nie dusi, dodaje lekkości, a zarazem pobudza. Zdecydowanie mój zapach tegorocznego lata!

Najciekawsze nowości kosmetyczne

Tak prezentuje się moja ulubiona piątka lipca, koniecznie dajcie znać jakie kosmetyki Wy polubiłyście najbardziej w ostatnim miesiącu!
Czarna maska Pilaten - hit, czy kit?

niedziela, lipca 30, 2017 35

Czarna maska Pilaten - hit, czy kit?

O czarnej masce Pilaten Hydra Black Mask, czyli czarnej masce z aktywnym węglem z bambusa zrobiło się głośno kilka miesięcy temu. Na początku była wychwalana za spektakularne działanie i nazywana zabójcą wągrów, później zapał ostygł i zaczęła zbierać baty za swój skład. Nie ukrywam, że sama skusiłam się na nią pod wpływem pozytywnych opinii, ale wszelkie obietnice potraktowałam z przymrużeniem oka, bo po prostu nie wierzę, że istnieje produkt, który oczyści moje pory na nosie długotrwale i w stu procentach. ;-) Dziś po wielu tygodniach testów, zapraszam do zapoznania się z moją opinią na temat tego kontrowersyjnego kosmetyku. ;-)

Hit internetów
O Pilatenie usłyszałam po raz pierwszy, gdy jego dostępność w Polsce graniczyła z cudem. Wtedy maskę można było zamawiać między innymi na Aliexpress. Pamiętam, że koleżanka była nią zachwycona, a ja nie czułam się przekonana. Później coraz częściej przewijała się na blogach, na instagramie i co rusz dochodziły do mnie opinie "wow! super! hit"!", pojawiła się w drogeriach internetowych, więc nie trzeba było długo czekać, by zagościła i w mojej łazience. :-D Teraz myślę, że pięć minut czarnej maski już minęło i obecnie prędzej napotykam opinie neutralne, bądź negatywne, a nie zachwalające jej działanie. Dlaczego? O tym dalej.

Kontrowersyjny skład
Maska ma dość kontrowersyjny skład. Jest on krótki, ale nie ma nic wspólnego z naturą. W zasadzie to alkohol i konserwanty bez tytułowego węgla w składzie, dlatego według Piggypeg "kosmetyk zasługuje na czaszkę pod każdym względem", porównywany jest też do kleju. Przyznam szczerze, że osobiście, gdy ją kupiłam nie zwróciłam uwagi na składniki, a generalnie w sieci trudno też się do nich dokopać, bo kosmetyk jest bardzo często podrabiany. Jaki mam stosunek do tego wszystkiego? Nadal sięgam po Pilaten. Może wyjdę na ignorantkę, ale niestraszny mi jego skład, gdy widzę, że nie robi mojej cerze nic złego, a wręcz przeciwnie i gdy wiem, że nie używam maski codziennie, a raz na jakiś czas (raz na tydzień lub dwa) i po upływie kilkunastu minut po prostu ją usuwam ze skóry. Co innego, gdybym zauważyła jakiekolwiek negatywne działanie lub gdyby mowa była o kremie do twarzy, przeznaczonym do codziennej pielęgnacji. 

Ała, boli!
Wiele dziewczyn narzeka, że ściąganie maski boli, że w gratisie otrzymujemy darmową depilację i że ogólnie trudno się ją usuwa. Ja nie odnotowałam żadnego z tych problemów, ponieważ aplikuję maskę wyłącznie w miejscu, gdzie moje pory są rozszerzone i gdzie borykam się z zaskórnikami otwartymi. Mam tu na myśli nos i jego najbliższą okolicę. Nie widzę potrzeby stosowania jej na policzkach, czole, czy brodzie, bo tam nawet manualnie (czyt. wyciskając ;)) trudno mi oczyścić pory i wiem, że Pilaten raczej na nic się zda. Co do wyrywania włosków - każda maska typu peel off, którą nałożę na całą twarz usuwa mi meszek, dlatego tak rzadko po nie sięgam. :-D Nie dziwię się, że i Pilaten to robi, gdy nałożymy go np. na krańce policzków, lub w okolice brwi, gdzie tych włosków naturalnie jest sporo. Zdejmowanie maseczki też idzie mi sprawnie, pod warunkiem, że nałożę grubszą warstwę. Wtedy odrywam czarną warstwę w zasadzie za jednym pociągnięciem. Mała ilość sprawi, że będą odchodziły małe kawałeczki i wtedy faktycznie staje się to upierdliwe. I tu powtórzę, że mam takie doświadczenia z każdą maseczką peel off. Na koniec kwestia bólu - ona faktycznie mocno przywiera do skóry, więc ja na całą twarz bym jej nie naniosła. 

Nie działa - dlaczego?
Wiele dziewczyn oczekuje spektakularnego działania, ja też! Umówmy się jednak, że żaden kosmetyk nie zdziała cudów, jeśli w większości mamy zaskórniki zamknięte i przede wszystkim, gdy przed aplikacją nie rozpulchnimy nieco porów i nie doprowadzimy do ich rozszerzenia. Szybka parówka, ciepły kompres i kilka minut cierpliwości z pewnością zwiększy działanie każdej maski tego typu. U mnie, tak jak pisałam już wyżej, wszelkie kosmetyki peel off z powodzeniem oczyszczają nos. Gdzie indziej wchodzi w grę oczyszczanie manualne, albo złuszczanie.

Jak stosować?
Uściślając: najpierw oczyszczamy twarz, następnie wykonujemy parówkę, by rozszerzyć pory. Osuszamy cerę i aplikujemy grubszą warstwę maski (tutaj uwaga - ona lubi się rozwarstwiać i robić lekkie prześwity) w wybranym obszarze (bezwzględnie omijając okolice oczu!). Czekamy aż zaschnie, u mnie trwa to zazwyczaj około 15-20minut. Delikatnie chwytamy za brzegi maseczki i powoli odklejamy. Pozostałe resztki możemy usunąć zwilżonym płatkiem kosmetycznym.

Jeszcze słów kilka o formule. Maska ma faktycznie czarny kolor i dość płynną konsystencję (mi przypomina płynną smołę) - cienka warstwa zastyga ekspresowo, grubsza potrzebuje więcej czasu więc uwaga na brudzenie i ściekanie - widać to na zdjęciach. Zapachowo nie powala, ja czuję alkohol. 

Efekty 
Ja mam bardzo rozszerzone pory na nosie, które zanieczyszczają się super szybko. Generalnie czasem mam wrażenie, że mój nos nie pasuje do reszty twarzy, bo to właśnie w tym miejscu mam największe problemy z cerą i wyglądem makijażu. Muszę więc regularnie złuszczać, oczyszczać i nawilżać, by jakoś wyglądać. :-) Przetestowałam mnóstwo kosmetyków oczyszczających pory - maski, plasterki, domowe mikstury. Jedne działają lepiej, drugie gorzej, inne wcale (za jakiś czas przygotuję przegląd i szerzej Wam o tym opowiem). Tej masce działania odmówić nie mogę. Faktycznie wyciąga sporo brudu z mojego nosa, a ja za każdym razem nie mogę się nadziwić, skąd tyle się tam tego bierze. Po zerwaniu widok jasnych kropek na czarnej warstwie bywa zaskakująco obrzydliwy. ;-) Cera natomiast wygląda w porządku - nie jest zaczerwieniona, podrażniona, ani wysuszona. 

Czy warto?
Nie odpowiem Wam jednoznacznie na to pytanie. U mnie maska spełnia swoje zadanie - skutecznie oczyszcza mój nos i w żaden widoczny sposób nie szkodzi skórze. Wiem jednak, że jej skład jest daleki od ideału, więc ani nie polecam, ani nie odradzam. Sama sięgam po sporo kosmetyków naturalnych, ale w całkowite bezpieczeństwo natury wierzyłam do czasu, gdy pewien kosmetyk o "super" składzie wywołał u mnie taką alergię, że wylądowałam w szpitalu. ;-) Aha, jeszcze jedno - pomijając skład, jeśli naprawdę nie macie zbyt dużo zanieczyszczeń, to też możecie się rozczarować. :-)

Gdzie i za ile kupić?
Maska stała się już bardzo łatwo dostępna, z tego co wiem, można ją nawet kupić stacjonarnie w drogeriach. Moja pochodzi z drogerii ekobieca.pl. Tubka o pojemności 60ml kosztuje obecnie 14,99zł, natomiast saszetka 1,99zł/6ml. Znajdziecie je tutaj

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń z maską Pilaten! Używałyście? Używacie? Planujecie wypróbować, czy trzymacie się od niej z daleka? Dajcie znać!

Kosmetyczne zużycia i garść mini recenzji

środa, lipca 26, 2017 19

Kosmetyczne zużycia i garść mini recenzji

Ależ ja się za Wami stęskniłam! Kilkudniowa przerwa znów przedłużyła się do dwóch tygodni i oczywiście była całkowicie nieplanowana z powodu kilku niefajnych rzeczy, ale już jestem i na rozruch zapraszam Was na kolejną odsłonę denka! Trochę kosmetyków udało mi się zużyć, więc zapowiada się całkiem pokaźna garść mini recenzji. Ciekawe? No, to lecimy z tematem!


Jeszcze kilka słów na początek. Odkładam te puste opakowania i odkładam, a później mam problem (po prostu zebrać się w sobie nie mogę ;)), by to wszystko obfotografować. Wiadomo, że zużyte butelki, czy inne pojemniczki, nie wyglądają już tak ładnie, często są mocno sfatygowane, więc wycieram, szoruję, by Was nie straszyć. Zazwyczaj część daje radę, reszta prezentuje się względnie, ale niektóre egzemplarze jednak nie nadają się do pokazania, jak np. peeling BodyBoom, który kilka razy został na dłużej pod prysznicem i wyglądał strasznie. ;-) Czasem też odruchowo wyrzucę jakiś pusty pojemniczek podczas porządków (zazwyczaj dzieje się tak z żelami pod prysznic i odżywkami), ale coraz bardziej się pilnuję. ;-) Napisałam, to co chciałam, więc przechodzimy do zużyć. ;-)



Kolejna butelka Capitis Duo, Lefrosch dobiła dna. Jeśli zaglądacie do mnie regularnie, to wiecie, że bardzo polecam ten szampon, bo jako jeden z niewielu trzyma moją skórę głowy w ryzach. Dobrze oczyszcza, nie podrażnia i eliminuje problem łupieżu jednak muszę przyznać, że nieco mi się już znudził i chwilowo zrobiłam sobie od niego przerwę. Czasem potrafił mi splątać włosy (wymagają podcięcia i ostatnio szybciej się kołtunią) i troszkę je matowić, więc obecnie testuję inne kosmetyki do mycia. Jak nadal będą się tak dobrze sprawdzać (tfu, tfu, nie zapeszam!), to niedługo Wam więcej o nich opowiem.

Suchy szampon Batiste Divine Dark, to również stały punkt w mojej włosowej pielęgnacji, a raczej stylizacji. Ratuje mnie w awaryjnych sytuacjach, gdy muszę odświeżyć pasma na szybko lub dodać fryzurze objętości. Bardzo lubię tę wersję, bo nie bieli moich ciemnych włosów, ale coraz bardziej wkurza mnie to, że brudzi mi całą łazienkę. Jest dość spora, a po jednorazowej aplikacji widzę ciemny osad na podłodze, sedesie, czy też umywalce. No, ale coś za coś.


Odżywki Garnier Fructis lubię i często po nie sięgam. Goodbye Damage ułatwia rozczesywanie, dociąża, wygładza i dyscyplinuje. Nie wzmaga przetłuszczania, nie powoduje puszenia się końców. Dobrze sprawdza się w codziennej pielęgnacji i zapewne za jakiś czas do niej wrócę. 


Mydło w płynie Linda o zapachu black orchid nie wyróżniało się jakimś spektakularnym działaniem, ale zapach miało obłędny. Żałuję, że nie zrobiłam zapasu, bo nie pogardziłabym takimi perfumami. Nawet mi się coś kojarzy, że Yves Rocher miało podobne aromaty w swoim asortymencie, koniecznie muszę to sprawdzić! Wracając jednak do właściwości - mydełko nie przesuszało rąk, było wydajne i dobrze domywało dłonie, więc generalnie był to całkiem dobry zakup w Biedronce.

Co do nawilżającego mydła do rąk i pod prysznic Allverne Wanilia/Kokos mam już bardziej mieszane uczucia. Niby nawilżało i było delikatne, ale według mnie za słabo doczyszczało skórę. Niby myłam dłonie, ale nie miałam wrażenia, że są perfekcyjnie czyste. A, że kosmetyk był baaardzo wydajny, to trochę pod koniec już po prostu męczyłam butelkę.

Chcę też wspomnieć o czymś, o czym w zasadzie nigdy się nie mówi, a większość z nas po to sięga. Mam tu na myśli nić dentystyczną. Ja osobiście od nitkowania jestem uzależniona i przetestowałam wiele produktów tego typu, ale od dłuższego czasu jestem wierna Oral-B Satin floss. To kolejne zużyte przeze mnie (a w zasadzie przez nas) opakowanie i jeśli jeszcze nie próbowałyście, to polecam. 


Olejek pod prysznic Isana sprawdza się u mnie do mycia pędzli i gąbeczek. Szybko i skutecznie usuwa zabrudzenia i nadal jestem zadowolona z jego działania, ale muszę przyznać, że trochę mi się już znudził i z chęcią wypróbowałabym coś nowego - polecacie coś? :) Drażni mnie w nim też to, że olejowa konsystencja jednak trochę brudzi i nawet jak wytrę butelkę, to zawsze i tak zostawia ona tłuste ślady tam, gdzie stoi. 


Rexona Motion Sense w spray'u, to moje ulubione antyperspiranty. Ładnie pachną i dobrze oraz przede wszystkim długotrwale chronią przed przykrym zapachem. Zużyłam dwie wersje - happy morning i sexy bouquet. Uprzedzając komentarze - z chęcią przerzuciłabym się na coś bardziej naturalnego, co nie posiada aluminium, ale po prostu nic nie spełnia moich oczekiwań odnośnie uczucia świeżości i komfortu, a smrodku nie zniosę. ;-) Może Wy mi polecicie skuteczny kosmetyk tego typu?

Calvin Klein Obsession Night, to jeden z zapachów, do którego mam ogromny sentyment. :-) Dla niektórych może te perfumy są już oklepane, ale ja je uwielbiam (tak jak zresztą kilka innych kobiet w moim otoczeniu). Nie są "płaskie", przepięknie otulają swym aromatem, zaskakują trwałością, pozwalają poczuć się seksownie i bardzo kobieco. To dobry wybór na wieczorne wyjścia, ale ja śmiało sięgałam po nie w ciągu dnia. 

To już kolejna mini tubka mleczka-serum Vichy Ideal Body, którą zużyłam. Cały czas chodzi mi po głowie pełnowymiarowe opakowanie, ale powstrzymują mnie zapasy. ;-) Mleczko świetnie nawilża oraz wygładza skórę, bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy, a poza tym bosko pachnie!


Enzymatyczny peeling drobnoziarnisty do twarzy z papainą i bromelainą, to ciekawa propozycja od Bielendy. Bardzo się polubiliśmy i zastanawiam się, czy do tego kosmetyku nie wrócić. Może być stosowany na dwa sposoby - tradycyjnie jako maseczka lub poprzedzony masażem i zostawiony na kilka minut. Pięknie oczyszcza skórę, odblokowuje pory i złuszcza martwy naskórek, a zarazem jest delikatny. Cera jest widocznie wygładzona, zmiękczona i wygląda zdrowiej. Peeling też przyjemnie pachnie i jest szalenie wydajny.

Trzy płyny micelarne, bo idą one u mnie jak woda. Bioderma Hydrabio, to po prostu dobry i łaskawy dla skóry wrażliwej oraz przesuszonej micel. Ładnie usuwa nawet mocniejszy makijaż, nie podrażnia, nie przesusza i nie powoduje łzawienia oczu. Mała butelka była super wygodna na wyjazdach.

La Roche-Posay, Effaclar Ultra, woda micelarna - to również przyjemny i skuteczny płyn micelarny, który szybko rozpuszcza wszelkie kosmetyki kolorowe, a jednocześnie jest łagodny nawet dla najbardziej uwrażliwionej cery. Nie zostawia tłustego filmu, nie szczypie w oczy i nie podrażnia. Godny polecenia.

Garnier, płyn micelarny 3w1, to według mnie najlepszy z drogeryjnych płynów micelarnych na ten moment. Tani, skuteczny, delikatny, jeśli nie wiem na jaki kosmetyk się zdecydować, sięgam po niego. Umożliwia szybki i dokładny demakijaż, nie przesusza, lubimy się!


Johnson' bedtime baby wash, żel do mycia ciała na dobranoc, to żel, którego plusem jest jedynie ładny, wyciszający zapach. I to tyle, bo łagodny i super przyjazny dla skóry, to on nie jest. :-) Nie wrócę już do niego.


Hydrożelowe płatki pod oczy Perfecta Ice Patch są ok, ale nie pobiły moich ulubionych Efektimy. Faktycznie odświeżają spojrzenie i minimalizują opuchliznę, ale też powodowały u mnie delikatne łzawienie, co nie było zbyt komfortowe. Dam im jeszcze szansę i zobaczę, jak wypadną za drugim razem. 

Bielenda, Blue Detox, metaliczna maska detox&nawilżanie, to obecnie jedna z moich ulubionych maseczek. Zamienia mnie w smerfa :D, ale przy okazji też skutecznie nawilża, zmiękcza i wygładza skórę. Po jednorazowej aplikacji wygląda zdrowiej, bardziej promiennie, a i podkład lepiej z nią współpracuje. Tania i dobra, polecam wypróbować. :-)


Wersja Gold Detox od Bielendy już nie zrobiła na mnie tak dobrego wrażenia, efekt po był po prostu przeciętny i raczej już po nią nie sięgnę. 

Fajnie natomiast sprawdziła się też łagodząca maseczka do twarzy Vianek, która przyjemnie uspokaja cerę, wycisza podrażnienia oraz wszelkie zaczerwienione miejsca. Do tego widocznie nawadnia i zmiękcza skórę.

Garnier Moisure+ Aqua Bomb również pozytywnie mnie zaskoczyła. Płat jest bardzo mocno nasączony, wręcz mokry i faktycznie odczuwalnie cerę nawilża, odświeża i regeneruje. Tuż po, skóra jest jakby bardziej sprężysta, mięsista i wygładzona. 

Cettua Anti-Redness Facial Mask też zasługuje na pochwałę. Może nie usuwa zaczerwienienia całkiem, ale widocznie je zmniejsza, łagodzi i przywraca skórze zdrowy wygląd. Po aplikacji czuć nawilżenie oraz miękkość i widać różnicę w wyglądzie naszej twarzy. 

Koniecznie dajcie znać, czy znacie zużyte przeze mnie kosmetyki i jakie macie z nimi doświadczenia? Co Wam udało się w ostatnim czasie wykończyć? :-)

Przegląd kosmetyków Gosh

środa, lipca 12, 2017 17

Przegląd kosmetyków Gosh

Z kosmetykami Gosh miałam do tej pory małą styczność, ale wszystkie, które wypróbowałam sprawdzały się u mnie bardzo dobrze. Szczególnie miło wspominam krem CC. Z chęcią przystąpiłam więc do przetestowania kolejnych produktów z asortymentu marki (kosmetyki Gosh szukajcie w drogeriach Hebe, stacjonarnie są dostępne wyłącznie tam) i dziś podzielę się opinią na ich temat. Ciekawi Was jak się sprawdzają? Zapraszam na mały przegląd. :-)

Zacznę od podkładu, bo to on zaskoczył mnie najbardziej pozytywnie. Latem szukam czegoś lekkiego, co ładnie ujednolici koloryt cery, zamaskuje pory i moje zaczerwienienia, a jednocześnie będzie trwałe i nieobciążające dla skóry. Taki właśnie jest Gosh #Foundation Drops, czyli podkład nawilżająco-kryjący. Został zamknięty w zgrabnej buteleczce z pipetą, która pozwala na odpowiednie dozowanie kosmetyku. Jego konsystencja jest płynna, a w zasadzie dość wodnisto-olejowa i przed użyciem należy opakowaniem porządnie wstrząsnąć. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że tak rzadka formuła nie zapewni mi odpowiedniego krycia i przy pierwszej aplikacji nie żałowałam sobie podkładu podczas nanoszenia go na dłoń. Jakież było moje zdziwienie, gdy już pierwsza cienka warstwa zaaplikowana gąbeczką ukryła wszystko, co ukryć miała. Podkład naprawdę dobrze kryje i ładnie wygładza strukturę naszej cery - maskuje pory, zakrywa przebarwienia i zaczerwienienia. Korektor jest mi potrzebny jedynie pod oczami. Z płynną konsystencją dobrze się pracuje zarówno pędzlem, gąbeczką, jak i palcami, szczególnie gdy odczekamy chwilę po wyciśnięciu na rękę (po kilkunastu sekundach staje się jakby bardziej zwarta i stabilna). #Foundation Drops ładnie się ze skórą stapia i zapewnia naturalne,minimalnie pudrowe wykończenie bez efektu maski. Nie jest to podkład zastygający i według mnie najlepiej sprawdzi się w przypadku cer suchych, normalnych i mieszanych. Ja go zawsze przypudrowuję i odpowiednio zagruntowany trzyma się doskonale, a pierwszych poprawek wymaga w strefie T (głównie przy skrzydełkach nosa), po około 8 godzinach. Sięgam wtedy po bibułkę, przykładam do nosa, czoła i brody, aby ściągnąć nadmiar sebum, następnie zaś delikatnie wciskam w te miejsca puder (zawsze gąbeczką na mokro) - makijaż znów prezentuje się nienagannie.


Posiadam odcień 002 ivory, który jest ładnym, żółtawym beżem, idealnie zgrywającym się z moim obecnym odcieniem skóry. Nie zauważyłam, aby ciemniał, czy zmieniał kolor na dłoni albo twarzy, co również jest ogromnym plusem. Nie zapycha mnie i nie pogarsza stanu cery. Już wcześniej słyszałam o #Foundation Drops wiele pozytywnych opinii i nie zostaje mi nic innego, jak dołączyć do grona fanek tego podkładu. 

Lewa strona twarz bez niczego + olejek Gosh na ustach / Prawa strona - podkład Gosh #Foundation Drops 002 + odrobina korektora pod oczami, przypudrowany pudrem Bikor. Na oczach warstwa maskary Rebel Eyes, na ustach olejek Gosh 004.


Kolejnym kosmetykiem do makijażu twarzy jest Gosh Lumi Drops, czyli płynny rozświetlacz w kolorze 002 Vanilla. Odcień jest jasny, srebrzysty, bez wyraźnych drobinek, a wykończenie bardzo subtelne i eleganckie. Wbrew pozorom to kosmetyk wielofunkcyjny - wygląda ładnie zaaplikowany na szczyty kości policzkowych, tuż na podkład (mokre zawsza na mokre), ale też genialnie sprawdza się na przykład w roli rozświetlającej bazy. Lubię mieszać go również z podkładem lub kremem, uzyskuję wtedy efekt kontrolowanego glow. Bardzo przyjemny i wydajny kosmetyk, w wygodnym opakowaniu z tzw. dzióbkiem. 


Maskara Gosh Rebel Eyes, to także kosmetyk udany. Posiada mój ulubiony typ szczoteczki, czyli tą silikonową, gumową i elastyczną. Jest ona lekko wygięta i usiana gęstymi, drobnymi igiełkami. Łatwo nią dotrzeć do każdej rzęsy i pokryć włoski kolorem od samej nasady. Czerń jest głęboka, a spojrzenie mocno podkreślone. Tusz ładnie wydłuża rzęsy, dobrze je rozdziela i delikatnie pogrubia. W połączeniu z zalotką stają się też podkręcone oraz uniesione przez cały dzień - nie prostują się i nie opadają w trakcie, bo maskara ich nie obciąża. To spora zaleta. Podczas noszenia nic się również nie osypuje, nie rozmazuje i nie kruszy, a demakijaż idzie gładko, szybko i przyjemnie. To już drugi tusz do rzęs marki Gosh, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie. 


Na koniec opowiem Wam jeszcze o Gosh Lip Oil, czyli o olejku do ust w kolorze 004 Raspberry. Na co dzień sięgam raczej po matowe szminki, ale nie zawsze moje usta są przecież w dobrym stanie. Wtedy właśnie w ruch idą bardziej kremowe formuły pomadek, błyszczyki lub odżywcze olejki właśnie. Mam ich kilka (tańsze i droższe - tak sobie myślę, że może zrobię Wam porównanie?) i jedne nawilżają lepiej, inne gorzej, ale ten akurat sprawdza się bez zarzutu. Widocznie usta pielęgnuje - odżywia, nabłyszcza, natłuszcza, zmiękcza optycznie wygładza strukturę ust i nieco je uwypukla. Prezentują się bardzo kobieco, zdrowo i wyglądają na zadbane, mimo iż tak naprawdę są czasem popękane i mają suche skórki. Kosmetyk nie zostawia lepkiej warstwy, ani nie ciągnie się. Łączy w sobie działanie pielęgnacyjne i upiększające, więc fajnie mieć go pod ręką. Z tego co wiem, dostępne są różne odcienie. 


Na koniec jeszcze szybkie swatche. :-)



Znacie kosmetyki Gosh? Lubicie je? Jakie macie z nimi doświadczenia! Dajcie znać! Tak jak wspomniałam we wstępie stacjonarnie kupicie je wyłącznie w drogeriach Hebe. A wszelkie szczegóły (odnośnie asortymentu, promocji, czy też lokalizacji drogerii) znajdziecie na stronie hebe.pl.