środa, 16 kwietnia 2014

Bez korektora nałożonego pod oczy nie wychodzę z domu. Mam naturalne zasinienia, które muszę przykryć. Może nie są ogromne, ale już cienka warstwa kosmetyku robi ogromną różnicę. Moim ulubieńcem jest korektor Healthy Mix od Bourjois (klik), ale nie próżnuję i z ciekawości sięgam także po inne produkty tego typu. Ostatnio w moje ręce wpadł korektor Essence Stay All Day, który dostałam w spadku po przyjaciółce. Dla niej był zbyt jasny.


Posiadam odcień 20 czyli soft beige. Gdybym sama miała planować zakup,zdecydowałabym się na 10 - natural beige, który jest jaśniejszy i bardziej żółty.

Korektor zamknięto w małej, plastikowej buteleczce. W środku znajdziemy miękki aplikator, charakterystyczny dla błyszczyków. Według producenta, kosmetyk ma formę "fluidu". Faktycznie, jego konsystencja jest niezwykle kremowa i łatwo wydobyć go z opakowania. Zapach jest nienachalny, ale chemiczny. 



Na opakowaniu napisane jest, że korektor można nakładać zarówno pod oczami, jak i na drobne niedoskonałości. Próbowałam go na dwa sposoby i jak w pierwszym przypadku spisuje się nieźle, tak w drugim jest niezłym koszmarkiem.  

Zaaplikowany w okolicy pod oczami, daje zadowalający mnie efekt. Ładnie ukrywa zasinienia i moje fioletowe cienie, nie przesusza skóry. Przypudrowany nie wchodzi w zmarszczki i trzyma się praktycznie cały dzień. Mocnych zmian jednak do końca nie ukryje. Jego pigmentację określiłabym jako średnią.
Jeśli chodzi o resztę twarzy, nie wchodzi w grę ukrywanie nim niedoskonałości. Nie potrafię tego rozgryźć, ale pod oczami korektor nie utlenia się i nie zmienia kolory, natomiast nałożony na dłoń, czy pojedyncze zmiany, w ekspresowym tempie ciemnieje. I to konkretnie. Pomarańcza wybija się na pierwszy plan i na nic wklepywanie, rozcieranie, czy cienkie warstwy. Nie mija nawet 5 minut a on już razi w oczy. Szkoda, bo kolor wyjściowy jest całkiem ładny. 


Poniżej możecie zobaczyć jak prezentuje się solo pod moim okiem, wklepany (korektora nigdy nie rozcieram, tylko wklepuję by uzyskać większe krycie) cienką warstwą. 

lewa strona: bez niczego / prawa strona: cienka warstwa Essence Stay All Day
A teraz czas na koszmarek na dłoni. Zaczynając od prawej strony, korektor tuż po nałożeniu, minutę po nałożeniu i pięć minut po nałożeniu. Masakra, co nie? ;)

od prawej strony: korektor tuż po nałożeniu, minutę po nałożeniu i pięć minut po nałożeniu
Podsumowując, korektor mnie rozczarował. Spodziewałam się czegoś lepszego. I choć od oczami spisuje się u mnie całkiem okej, to nie mogę go polecić. To utlenianie się, dyskwalifikuje go na całej linii i na pewno nie sięgnę po kolejną buteleczkę. W tej cenie (ok.12zł/7ml) dużo lepiej wypada chociażby kamuflaż Catrice (klik), czy Bell (klik).

Jestem ciekawa, czy miałyście z nim do czynienia i czy u Was także tak ciemniał? Jaki jest Wasz ulubiony korektor pod oczy? :)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Dawno nie było posta z nowościami. Powód jest jeden, naprawdę mało kupuję i w zasadzie uzupełniam jedynie zapasy. Ostatnio miałam jednak ochotę na kilka drobnostek i popełniłam małe zamówienie w drogerii ekobieca.pl. :)



Od dawna  kusił mnie top Sally Hansen, Insta-Dri (15,99zł) a nie mogłam dostać go stacjonarnie. Skusiłam się także na base coat Essie Fill The Gap! (14,99zł), którego jestem niesamowicie ciekawa.Mam nadzieję, że się sprawdzi. W koszyku wylądowała także baza pod cienie Lumene (23,99zł), która zbiera wiele pozytywnych recenzji. Sprawdzę ją na sobie i na pewno dam Wam znać. Długo zastanawiałam się także nad paletką Sleeka Vintage Romance (37,50zł). Dwa razy miałam ją w koszyku i z niej rezygnowałam, teraz nareszcie kliknęłam. Nie żałuję, kolory są boskie! Na końcu zdecydowałam się na pomadkę w kredce Revlon Just Bitten Kissable w odcieniu Smitten (14,99zł). Maxineczka polecała ją w jednym z filmików, a jak wiecie mam wiosenną manię pomadkową więc po prostu musiałam! :D



Nie wiem czy wiecie, ale od 25go marca, w drogerii ekobieca.pl ruszyła Próbkomania. Za pomocą zdobytych punktów lojalnościowych możemy dokonać "zakupu" próbek, wybierając jakie kosmetyki nas interesują (podkład, bazy pod makijaż, itdp). To produkty znanych marek - L'Oreal, Revlon, Max Factor itd., wszystko pozamykane w solidnych pudełeczkach o pojemności 1,5ml. Z tego co widzę,  oferta wciąż się poszerza więc każda z nas, znajdzie coś dla siebie. Fajna sprawa. Pozwala  m.in. na uniknięcie źle dobranego podkładu. Szczególnie takim bladziochom jak ja. ;) Więcej informacji znajdziecie tutaj.

W najbliższym czasie możecie spodziewać się recenzji. Myślę, że na pierwszy ognień pójdzie pomadka Revlon, która już zdążyła mnie zachwycić. ;)

Dajcie koniecznie znać co nowego zasiliło w ostatnim czasie Wasze zbiory? :D 




niedziela, 13 kwietnia 2014

Po weekendzie spędzonym z dala od swojego komputera, powracam z nowym postem. :) Dziś chcę Wam przedstawić niepozorny produkt, który zrewolucjonizował mój manicure. Zawsze wychodziłam z założenia, że moja płytka jest tłusta i muszę pogodzić się z malowaniem paznokci co drugi dzień. Każdy lakier już po 24 godzinach zaczynał odpryskiwać, nieestetycznie odchodził przy skórkach lub złaził całymi płatami. Strasznie mnie to wkurzało i było na maksa niekomfortowe. W pewnej chwili przestałam malować paznokcie. No bo ileż można...



Na szczęście, na mojej drodze spotkałam buteleczkę marki Sensique zawierającą odtłuszczacz do paznokci o zapachu winogrona z witaminą E. Początkowo nie wierzyłam w niego za bardzo, ale w dniu dzisiejszym nie wyobrażam sobie bez niego mani.

Głównym zadaniem kosmetyku, jak sama nazwa wskazuje, jest odtłuszczanie płytki, czyli usuwanie z niej resztek substancji oleistych pochodzących z balsamów, kremów do rąk, czy zmywaczy do paznokci (niektóre zwierają np. glicerynę). Takie przygotowanie płytki zapewnia lepszą przyczepność emalii i przedłuża jej trwałość. 

Odtłuszczacz faktycznie usuwa wszystko, nawet najbardziej tłuste i gęste olejki, które wcieram z uporem maniaka w swoje skórki. Pozostawia płytkę całkowicie suchą i matową. Odkąd zaczęłam go używać, nie zdarzyło mi się schodzenie lakieru płatami, czy odpryskiwanie. Nieważne jakim lakierem pomaluję paznokcie. Naprawdę jestem w szoku, że mamy niedzielę, a ja od  czwarku noszę ten sam mani i zauważyłam jedynie lekko starte końcówki. 

Do zalet produktu zaliczam także niską cenę (w Naturze zapłaciłam za niego 8,99zł/120ml), sporą wydajność, wygodne opakowanie, z malutkim otworem oraz przyjemny zapach. 

Wadą może być słaba dostępność. Ostatnio zaliczyłam kilka wizyt w drogerii zanim go dostałam.

Skład: Isopropyl Alcohol, Ethyl Alcohol, Aqua, Parfum, Tocopheryl Acetate


Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam tę białą buteleczkę. Jeśli zmagacie się z podobnym problemem, być może będzie ona waszym wybawieniem. U mnie sprawdza się wyśmienicie i wreszcie z przyjemnością sięgam po kolorowe emalie.

Jestem ciekawa czy miałyście z nim do czynienia? Znacie inne preparaty tego typu? Jaki macie do nich stosunek? :)

piątek, 11 kwietnia 2014

O swoje stopy dbam z różną dozą systematyczności. Nie ukrywam, że najmniej lubianym przeze mnie zabiegiem jest ścieranie martwego naskórka. Zazwyczaj do tego celu używałam pumeksu lub tarki i miałam wrażenie, że cały proces to niekończąca się historia. Gdy zaproponowano mi przetestowanie nowego urządzenia do pielęgnacji stóp marki Scholl zgodziłam się bez wahania. Lada moment wskoczymy w sandałki, stopy więc muszą prezentować się nienagannie. Dlatego dziś przedstawiam Wam elektroniczny pilnik Scholl Velvet Smooth, który w mig przygotuje nasze stopy na nadejście lata.



Kilka kwestii technicznych. Velvet Smooth jest banalnie prosty w obsłudze więc każda z nas sobie z nim poradzi. Zasilany jest czterema bateriami AA, ukrytymi w niebieskim uchwycie. Biało-błękitna główka mieści w sobie obrotową głowicę.  Do zestawu dołączono także nakładkę ochronną, która ma chronić głowicę. Na środku znajduje się przycisk do uruchomienia pilnika. Wystarczy jeden ruch, aby włączyć urządzenie.

Obrotowa głowica wykonana jest z materiału o nazwie Micralumina™ i wygląda, jakby została posypana iskrzącym pyłkiem. Jedna wystarcza na 12 użyć. Bez trudu wymienimy ją na nową (zestaw dwóch to koszt rzędu 50zł). Ponadto, warto podkreślić, że pilnik nie jest wodoodporny i po każdym użyciu należy głowicę wyjąć i osobno opłukać. 




Najważniejsze - działanie. Moje stopy po zimie nie były w tragicznym stanie. Zmagałam się głównie z przesuszeniem i lekko zgrubiałym naskórkiem na piętach. Velvet Smooth używam bez wcześniejszego przygotowania stóp - nie moczę ich nawet w zwykłej wodzie. Przykładam pilnik do skóry i zaczynam nim poruszać. Mimo łaskotek na stopach, uczucie jakie towarzyszy mi w trakcie aplikacji, jest niezwykle przyjemne. Pilnik sunie po skórze niezwykle delikatnie, a my nie musimy wkładać żadnej siły by zabieg był bardziej skuteczny. Dodam jeszcze, że urządzenie całkowicie bezpieczne. Przy zbyt mocnym nacisku na skórę, głowica przestaje się ruszać. Nie ma opcji, by ktoś zrobił sobie krzywdę. 

Dzięki elektronicznemu pilnikowi Scholl Velvet Smooth, moja pielęgnacja stóp zyskała inny wymiar. Koniec z poszarpanym od pumeksu naskórkiem. Teraz mogę cieszyć się idealnie gładką skórą w zaledwie kilka minut. To zdecydowany must have nadchodzącego lata i nie tylko. Biorąc pod uwagę, łatwość obsługi, skuteczność działania oraz solidność materiału, z którego został wykonany, uważam, że jest absolutnie wart swojej ceny, która waha się w granicach 130-170zł. Dostaniecie go w różnych miejscach (sklepy internetowe, aukcje, drogerie, apteki), więc warto polować na okazję. To idealne rozwiązanie dla osób ceniących swój czas i wygodę.




Na koniec wyniki konkursu! Z przyjemnością informuję, że elektroniczny pilnik Scholl Velvet Smooth wygrywa:  
  • Olga K. i poniższa odpowiedź:
Jakie są moje sprawdzone sposoby? Przewrotnie odpowiem, że wszystkie! I że mimo złuszczania, smarowania, zmiękczania - rezultat wciąż pozostawia wiele do życzenia. Czego to ja nie próbowałam! Moczenie w różnych specyfikach (płynach, solach, z dodatkiem płatków), ścieranie tradycyjnymi tarkami na mokro i na sucho, kremy z shea, bez, olej kokosowy. Nie mówię, że efektów nie było, ale to wciąż nie to. I teraz trochę dyskryminowana się czuję ;) Bo pytanie konkursowe dotyczy moich sprawdzonych sposobów, a ja nie mam czego polecić... A teraz, kiedy ciążowy brzuch zaczął mi przeszkadzać - wyczuwam moją niedaleką klęskę. Nie dość, że moje metody nie działają, to jeszcze ledwo sięgam do stóp, ufff :) To co ja tu mogę zaproponować? Skarpetki do sandałów? :D Pozdrawiam ciepło!
No nie mogłam pozwolić na te skarpetki w sandałach, nie znoszę tego widoku więc nie ma opcji! :P Tak poza tym, szczęśliwego rozwiązania! :)

Natomiast nagrody pocieszenia wędrują do:  
  • edka767
Pani pielęgnacja, zauroczona Panem gładkie nóżki postanowiła stworzyć dziennik swoich porad na zadbane i gładkie stopy nie tylko latem. Skusił ją do tego Pan poczucie zadowolenia, który porzucił Panią martwy naskórek .
Oto i owe urywki z zapisków z owego dziennika :
1. Po pierwsze masaż stóp. Wykonywany samemu bądź przez partnera . Dla mnie najlepsza wersja z kremem łagodnie chłodzącym. To fajny sposób na relaks, na poprawę kondycji stóp a także na fajny sposób spędzania czasu z mężem, chłopakiem ...
2. Po drugie peeling własnoręcznie wykonany : jogurt naturalny mieszamy z dużą ilością piasku, dodajemy małego żwiru . Po co kupować peelingi w sklepie? No właśnie, u mnie ta metoda sprawdza się znakomicie .
3, Po trzecie kąpiel w coli . Dość dziwne, jednak stopy po takiej kąpieli są mega gładkie .
4. Po czwarte nałożenie kremu nawilżającego do stóp, zawinięcie w złotko i tyle .
 
Nie wpadłabym na kąpiel stóp w coli oraz peeling z piasku, zawsze do tego służył mi cukier lub kawa. Do wypróbowania!
  •  cammie
Cudów nie ma, jedna niezawodna metoda na pielęgnację stóp nie istnieje. Cokolwiek dla stóp robimy, ważna jest po prostu regularność, w innym przypadku murowana katastrofa. Ja na co dzień stawiam na kremy zmiękczające i nawilżające do stóp, raz w tygodniu poświęcając im więcej czasu w ramach tak zwanego przeze mnie "dnia rolnika", czyli dnia, w którym cała się "odchwaszczam" ;)))
Dzień rolnika i odchwaszczanie sprawiły, że zaśmiałam się w głos, mimo bolącego zęba. :D

Gratulacje!  Dziewczyny, już spieszę z mailami do Was! :)

Jestem ciekawa, czy czujecie się skuszone? :) Jak dbacie o swoje stopy? :) 

Post powstał w ramach kampanii reklamowej.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Płyny micelarne stały się ostatnio bardzo popularne. Producenci prześcigają się w wypuszczaniu na rynek kolejnych butelek. Powinnyście wiedzieć, że bez tego typu kosmetyku nie wyobrażam sobie demakijażu. Mam kilka sprawdzonych i ulubionych, ale z chęcią testuję nowości. Bohaterem dzisiejszego wpisu będzie więc nowość od Under Twenty- płyn micelarny o działaniu antybakteryjnym Ani Acne. Na samym wstępie zaznaczę, że nie jest to kosmetyk dla każdego. Dlaczego? O tym poniżej. 

Płyn umieszczono w charakterystycznej dla marki butelce. Zamknięcie chodzi bez zarzutu, a otwór jest odpowiedni i pozwala na właściwe dozowanie produktu. Zapach jest świeży, kwiatowy, bardzo odświeżający.

Kosmetyk przeznaczony jest dla skóry, ze skłonnościami do powstawania trądziku. Jego zadaniem jest zmywanie makijażu oraz oczyszczanie skóry z zanieczyszczeń. Ponadto ma nawilżać i wygładzać. Według producenta, płyn wykazuje działanie łagodzące, a jego skuteczność jestem efektem połączenia aktywnych substancji przeciwtrądzikowych oraz oczyszczających. Znajdziemy tutaj: 
  • wyciąg z soczewicy - zwęża pory, redukuje produkcję sebum, złuszcza naskórek, odblokowuje pory, rozjaśnia i ujednolica skórę.
  • salicylan sodowy - znany środek delikatnie złuszczającym naskórek.
  • glicerynę - wykazuje silne działanie nawilżające i zmiękczające naskórek
  • d- pantenol - wykazuje silne działanie łagodzące szczególnie nieprzyjemnych objawów wywołanych czynnikami alergogennymi.
Co z działaniem? Warto podkreślić, że płyn przeznaczony jest jedynie do demakijażu twarzy. Nie należy nim usuwać makijażu oka. Podejrzewam, że nie dość, że sobie z nim nie poradzi, to jeszcze może solidnie podrażnić delikatną skórę powiek. Intensywny zapach plus składniki o działaniu antybakteryjnym, nie są dobrą opcją dla naszych oczu. Zresztą producent informuje na opakowaniu, by omijać te okolice. Dla niektórych może być to utrudnieniem, ja jednak nie nazwę tego wadą, gdyż od jakiegoś czasu sięgam po płyny dwufazowe (których swoją drogą kiedyś nie lubiłam). 

Z oczyszczaniem twarzy radzi sobie nieźle. Ładnie usuwa podkład i wszystkie inne kosmetyki, które nosiłam w danym dniu. Ponadto przyjemnie odświeża moją mieszaną skórę, nie ściąga jej i nie podrażnia. Zdarza mi się go używać nawet w ciągu dnia, jako tonik. Nie zauważyłam żadnych długofalowych właściwości wygładzających i łagodzących. Nie mogłam też sprawdzić jak radzi sobie z wypryskami, gdyż od jakiegoś już czasu ich nie posiadam. Dla mnie to po prostu średniak. Ani mnie nie zachwycił, ani nie zawiódł. 


Podsumowując, mimo, że kosmetyk zużywam z chęcią, uważam, że jest to jednak najlepsza propozycja dla młodych dziewczyn, posiadających cerę tłustą/mieszaną. Takie osoby najbardziej go docenią. Ja daję mu trójkę bo w tej cenie (15zł/200ml) znam zarówno lepsze micele, jak i gorsze. Dlatego też, ani nie polecam, ani nie odradzam. :)

SKŁAD: Aqua, Glycerin, Poloxamer 188, Propylene Glycol, PPG-26-Buteth-26, Panthenol, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Salicylate, BHT, Lens Esculenta (Lentil) Seed Extract, Ethylhexylglycerin, Polyaminopropyl Biguanide, Phenoxyethanol, Parfum.

Jestem ciekawa, czy go znacie, czy miałyście okazję używać i jak się u Was sprawdził? Gdybyście miały wybrać tylko jeden micel, który wytypowałybyście jako swój ulubiony? :)

środa, 9 kwietnia 2014

Włosomaniactwo dopadło mnie na całego. Skupiam się na pielęgnacji mej czupryny jak nigdy wcześniej i mam z tego niesamowitą frajdę. Poza tym widzę efekty, co motywuje mnie do dalszej pracy. :) Zanim jednak zacznę rozpływać się w zachwytach nad kosmetykami i sprawdzonymi metodami pielęgnacji, chciałabym zrobić mały rachunek sumienia i przedstawić swoje stare, złe nawyki. Być może któraś z Was także popełnia nieświadomie te same błędy, a od dziś przestanie? :) Ja zauważyłam ogromną poprawę stanu swoich włosów po ich wyeliminowaniu. Podobny wpis robiła też kiedyś Paulina, koniecznie do niej zajrzyjcie [klik]. 



1/ PROSTOWNICA
Dawno temu byłam wręcz uzależniona od prostowania włosów. Pamiętam, że gdy popsuła się moja pierwsza prostownica (z metalową płytką, kupiona za 30zł, o losie) wpadłam w panikę. Prostowałam włosy codziennie, często, gdy były jeszcze wilgotne. Im bardziej je katowałam, tym krócej były proste i mocno się puszyły. Nie wyobrażałam sobie odstawienia, ale później zrobiłam to i udało się. Na początku nie czułam się komfortowo, nosiłam zazwyczaj włosy związane w kucyk. Bardzo szybko zauważyłam różnicę na lepsze. Teraz po prostownicę sięgam sporadycznie. W zasadzie, w ostatnim czasie częściej nią kręciłam (zanim odkryłam metodę na opaskę) włosy niż prostowałam bo przestało mi się podobać to, jak wyglądam w całkowicie wyprasowanych włosach.

2/ SUSZARKA 
Identycznie było z suszarką. Codziennie chodziła ustawiona na gorący nawiew, by było szybciej. W dodatku trzymałam ją bardzo blisko włosów. Teraz pozwalam moim kosmykom schnąć naturalnie, jeśli wyjątkowo mi się spieszy, nakładam kosmetyk termoochronny, włączam chłodne powietrze i cierpliwie suszę zachowując odpowiednią odległość.

3/ SPANIE W MOKRYCH WŁOSACH
Zdarzało mi się bardzo często, jeszcze w tamtym roku. Z czystego lenistwa. Teraz myję włosy wcześniej, wracam do swoich obowiązków i zanim kładę się spać są już całkowicie suche. Włosy mokre są bardziej podatne na uszkodzenia i faktycznie, za każdym razem, po takiej nocce nie prezentowały się dobrze. :/

4/ SPANIE W ROZPUSZCZONYCH WŁOSACH
Bywało, a jakże. I to jeszcze w połączeniu z mokrymi kosmykami. O zgrozo. W trakcie snu, szczególnie, gdy mamy długie włosy i wiercimy się my lub nasz partner, nasze włosy naprawdę cierpią. Łatwiej się łamią i niszczą. Poza tym rano serwowały mi niezły oklap. Wiele razy byłam zaskoczona ile znajduję ich rano na poduszce. Aktualnie związuję włosy w luźny koczek bo tak jest mi najwygodniej. Warkocza nie lubię.

5/ GUMKI Z METALOWYMI ELEMENTAMI
Kiedyś kupowałam tylko takie bo nie miałam świadomości, że mi szkodzą. Aktualnie używam gumek typu twistband, które kupiłam w H&M, ale możecie zrobić je również same (klik) lub grubszych, czarnych, bez żadnych łączeń. W domu często też spinam włosy klamrą. 

6/ ROZCZESYWANIE NA MOKRO
Zanim poznałam szczotkę Tangle Teezer, przez chwilę używałam grzebienia z szeroko rozstawionymi zębami, ale wcześniej... W użyciu były najzwyklejsze szczotki z metalowymi igiełkami, zakończone kuleczkami, które często wypadały. Rozczesanie nimi mokrych włosów, było dla nich zabójstwem. Połowę wyrywałam, klnąc przy tym pod nosem. Jak sobie pomyślę, ile ich przez to straciłam to samej mi siebie szkoda. 

7/ NIEODPOWIEDNIA PIELĘGNACJA
To temat rzeka bo oczywiście każdy wie, że źle dobrane kosmetyki do pielęgnacji mogą narobić więcej szkody niż pożytku. Kiedyś byłam zielona w temacie. Sięgałam po pierwszy lepszy produkt z drogerii, ograniczałam się jedynie do szamponu i odżywki. Wszystko oczywiście napakowane silikonami. Nie wiedziałam co to maski, zabezpieczenie końcówek (stosowanie Biosilku z alkoholem przez chwilę się nie liczy), oleje. Przeżyłam szok, kiedy na chwilę odstawiłam silikony całkowicie i zobaczyłam jaki jest faktyczny stan moich włosów. Nadal po nie sięgam, ale z umiarem i rozwagą. 

8/ WYCIERANIE WŁOSÓW RĘCZNIKIEM
Niestety, przez bardzo długi czas, po umyciu, pocierałam włosy ręcznikiem zamiast po prostu odcisnąć nadmiar wody. Piękne sobie uszkodzenia mechaniczne fundowałam. I to dzień w dzień, bo kiedyś codziennie myłam włosy.

9/ FARBOWANIE
To, że chemiczne farby niszczą włosy jest oczywiste. Niestety nadal to robię i nie potrafię z tego zrezygnować. Co gorsza bardzo chciałabym zejść z mojej czerni i zafundować sobie chłodny, ciemny brąz. Ostatnio mnie ona męczy, przytłacza i mam wrażenie, że trochę postarza. Swego czasu chodziło mi po głowie także ombre, ale nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się na taki krok. W tym momencie, na swe usprawiedliwienie mam jedynie fakt, że włosy farbuję rzadko. Moje naturalne są ciemne więc odrost nie rzuca się w oczy. Czekają mnie na pewno włosowe eksperymenty z kolorem, ale nie jestem jeszcze pewna, jaki kierunek obiorę. Na pewno dam Wam znać. ;)

Więcej grzechów nie pamiętam. Poniżej możecie zobaczyć jak wyglądały moje włosy przed ścięciem (nie prezentowały się najlepiej) w zeszłym roku (obcięłam swoje pasma do ramion, dokladnie 27 listopada, w swoje urodziny co pokazywałam tutaj), oraz jaki był ich stan w lutym. Teraz wizualnie wyglądają dość podobnie więc kolejna aktualizacja mam nadzieję w maju, z podsumowaniem kwietniowej pielęgnacji). Cięcie bardzo dużo im dało i absolutnie go nie żałuję. Moim celem są włosy o długości do połowy pleców, błyszczące i wygładzone. Moją zmorą są końcówki, które często sterczą na wszystkie strony. Pracuję też nad poprawą ich gęstości. Kiedyś miałam ich znacznie więcej, jeśli uda mi się odzyskać choć 1/4, będę zadowolona. Niedługo też muszę je lekko podciąć. Chcę wrócić do równej długości, ściętej na prosto bo taka fryzura sprawia mi najmniej problemów, sama się układa i nie muszę jej w żaden sposób stylizować. :) 

bodajże sierpień 2013

luty 2014, włosy po maseczce Joanny - miód i cytryna [recenzja]

A Wy jakie macie włosowe grzeszki na sumieniu? Koniecznie dajcie znać, a ja zabieram się za zaległe komentarze. :)