Kosmetyczne zużycia i garść mini recenzji

środa, lipca 26, 2017 11

Kosmetyczne zużycia i garść mini recenzji

Ależ ja się za Wami stęskniłam! Kilkudniowa przerwa znów przedłużyła się do dwóch tygodni i oczywiście była całkowicie nieplanowana z powodu kilku niefajnych rzeczy, ale już jestem i na rozruch zapraszam Was na kolejną odsłonę denka! Trochę kosmetyków udało mi się zużyć, więc zapowiada się całkiem pokaźna garść mini recenzji. Ciekawe? No, to lecimy z tematem!


Jeszcze kilka słów na początek. Odkładam te puste opakowania i odkładam, a później mam problem (po prostu zebrać się w sobie nie mogę ;)), by to wszystko obfotografować. Wiadomo, że zużyte butelki, czy inne pojemniczki, nie wyglądają już tak ładnie, często są mocno sfatygowane, więc wycieram, szoruję, by Was nie straszyć. Zazwyczaj część daje radę, reszta prezentuje się względnie, ale niektóre egzemplarze jednak nie nadają się do pokazania, jak np. peeling BodyBoom, który kilka razy został na dłużej pod prysznicem i wyglądał strasznie. ;-) Czasem też odruchowo wyrzucę jakiś pusty pojemniczek podczas porządków (zazwyczaj dzieje się tak z żelami pod prysznic i odżywkami), ale coraz bardziej się pilnuję. ;-) Napisałam, to co chciałam, więc przechodzimy do zużyć. ;-)



Kolejna butelka Capitis Duo, Lefrosch dobiła dna. Jeśli zaglądacie do mnie regularnie, to wiecie, że bardzo polecam ten szampon, bo jako jeden z niewielu trzyma moją skórę głowy w ryzach. Dobrze oczyszcza, nie podrażnia i eliminuje problem łupieżu jednak muszę przyznać, że nieco mi się już znudził i chwilowo zrobiłam sobie od niego przerwę. Czasem potrafił mi splątać włosy (wymagają podcięcia i ostatnio szybciej się kołtunią) i troszkę je matowić, więc obecnie testuję inne kosmetyki do mycia. Jak nadal będą się tak dobrze sprawdzać (tfu, tfu, nie zapeszam!), to niedługo Wam więcej o nich opowiem.

Suchy szampon Batiste Divine Dark, to również stały punkt w mojej włosowej pielęgnacji, a raczej stylizacji. Ratuje mnie w awaryjnych sytuacjach, gdy muszę odświeżyć pasma na szybko lub dodać fryzurze objętości. Bardzo lubię tę wersję, bo nie bieli moich ciemnych włosów, ale coraz bardziej wkurza mnie to, że brudzi mi całą łazienkę. Jest dość spora, a po jednorazowej aplikacji widzę ciemny osad na podłodze, sedesie, czy też umywalce. No, ale coś za coś.


Odżywki Garnier Fructis lubię i często po nie sięgam. Goodbye Damage ułatwia rozczesywanie, dociąża, wygładza i dyscyplinuje. Nie wzmaga przetłuszczania, nie powoduje puszenia się końców. Dobrze sprawdza się w codziennej pielęgnacji i zapewne za jakiś czas do niej wrócę. 


Mydło w płynie Linda o zapachu black orchid nie wyróżniało się jakimś spektakularnym działaniem, ale zapach miało obłędny. Żałuję, że nie zrobiłam zapasu, bo nie pogardziłabym takimi perfumami. Nawet mi się coś kojarzy, że Yves Rocher miało podobne aromaty w swoim asortymencie, koniecznie muszę to sprawdzić! Wracając jednak do właściwości - mydełko nie przesuszało rąk, było wydajne i dobrze domywało dłonie, więc generalnie był to całkiem dobry zakup w Biedronce.

Co do nawilżającego mydła do rąk i pod prysznic Allverne Wanilia/Kokos mam już bardziej mieszane uczucia. Niby nawilżało i było delikatne, ale według mnie za słabo doczyszczało skórę. Niby myłam dłonie, ale nie miałam wrażenia, że są perfekcyjnie czyste. A, że kosmetyk był baaardzo wydajny, to trochę pod koniec już po prostu męczyłam butelkę.

Chcę też wspomnieć o czymś, o czym w zasadzie nigdy się nie mówi, a większość z nas po to sięga. Mam tu na myśli nić dentystyczną. Ja osobiście od nitkowania jestem uzależniona i przetestowałam wiele produktów tego typu, ale od dłuższego czasu jestem wierna Oral-B Satin floss. To kolejne zużyte przeze mnie (a w zasadzie przez nas) opakowanie i jeśli jeszcze nie próbowałyście, to polecam. 


Olejek pod prysznic Isana sprawdza się u mnie do mycia pędzli i gąbeczek. Szybko i skutecznie usuwa zabrudzenia i nadal jestem zadowolona z jego działania, ale muszę przyznać, że trochę mi się już znudził i z chęcią wypróbowałabym coś nowego - polecacie coś? :) Drażni mnie w nim też to, że olejowa konsystencja jednak trochę brudzi i nawet jak wytrę butelkę, to zawsze i tak zostawia ona tłuste ślady tam, gdzie stoi. 


Rexona Motion Sense w spray'u, to moje ulubione antyperspiranty. Ładnie pachną i dobrze oraz przede wszystkim długotrwale chronią przed przykrym zapachem. Zużyłam dwie wersje - happy morning i sexy bouquet. Uprzedzając komentarze - z chęcią przerzuciłabym się na coś bardziej naturalnego, co nie posiada aluminium, ale po prostu nic nie spełnia moich oczekiwań odnośnie uczucia świeżości i komfortu, a smrodku nie zniosę. ;-) Może Wy mi polecicie skuteczny kosmetyk tego typu?

Calvin Klein Obsession Night, to jeden z zapachów, do którego mam ogromny sentyment. :-) Dla niektórych może te perfumy są już oklepane, ale ja je uwielbiam (tak jak zresztą kilka innych kobiet w moim otoczeniu). Nie są "płaskie", przepięknie otulają swym aromatem, zaskakują trwałością, pozwalają poczuć się seksownie i bardzo kobieco. To dobry wybór na wieczorne wyjścia, ale ja śmiało sięgałam po nie w ciągu dnia. 

To już kolejna mini tubka mleczka-serum Vichy Ideal Body, którą zużyłam. Cały czas chodzi mi po głowie pełnowymiarowe opakowanie, ale powstrzymują mnie zapasy. ;-) Mleczko świetnie nawilża oraz wygładza skórę, bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy, a poza tym bosko pachnie!


Enzymatyczny peeling drobnoziarnisty do twarzy z papainą i bromelainą, to ciekawa propozycja od Bielendy. Bardzo się polubiliśmy i zastanawiam się, czy do tego kosmetyku nie wrócić. Może być stosowany na dwa sposoby - tradycyjnie jako maseczka lub poprzedzony masażem i zostawiony na kilka minut. Pięknie oczyszcza skórę, odblokowuje pory i złuszcza martwy naskórek, a zarazem jest delikatny. Cera jest widocznie wygładzona, zmiękczona i wygląda zdrowiej. Peeling też przyjemnie pachnie i jest szalenie wydajny.

Trzy płyny micelarne, bo idą one u mnie jak woda. Bioderma Hydrabio, to po prostu dobry i łaskawy dla skóry wrażliwej oraz przesuszonej micel. Ładnie usuwa nawet mocniejszy makijaż, nie podrażnia, nie przesusza i nie powoduje łzawienia oczu. Mała butelka była super wygodna na wyjazdach.

La Roche-Posay, Effaclar Ultra, woda micelarna - to również przyjemny i skuteczny płyn micelarny, który szybko rozpuszcza wszelkie kosmetyki kolorowe, a jednocześnie jest łagodny nawet dla najbardziej uwrażliwionej cery. Nie zostawia tłustego filmu, nie szczypie w oczy i nie podrażnia. Godny polecenia.

Garnier, płyn micelarny 3w1, to według mnie najlepszy z drogeryjnych płynów micelarnych na ten moment. Tani, skuteczny, delikatny, jeśli nie wiem na jaki kosmetyk się zdecydować, sięgam po niego. Umożliwia szybki i dokładny demakijaż, nie przesusza, lubimy się!


Johnson' bedtime baby wash, żel do mycia ciała na dobranoc, to żel, którego plusem jest jedynie ładny, wyciszający zapach. I to tyle, bo łagodny i super przyjazny dla skóry, to on nie jest. :-) Nie wrócę już do niego.


Hydrożelowe płatki pod oczy Perfecta Ice Patch są ok, ale nie pobiły moich ulubionych Efektimy. Faktycznie odświeżają spojrzenie i minimalizują opuchliznę, ale też powodowały u mnie delikatne łzawienie, co nie było zbyt komfortowe. Dam im jeszcze szansę i zobaczę, jak wypadną za drugim razem. 

Bielenda, Blue Detox, metaliczna maska detox&nawilżanie, to obecnie jedna z moich ulubionych maseczek. Zamienia mnie w smerfa :D, ale przy okazji też skutecznie nawilża, zmiękcza i wygładza skórę. Po jednorazowej aplikacji wygląda zdrowiej, bardziej promiennie, a i podkład lepiej z nią współpracuje. Tania i dobra, polecam wypróbować. :-)


Wersja Gold Detox od Bielendy już nie zrobiła na mnie tak dobrego wrażenia, efekt po był po prostu przeciętny i raczej już po nią nie sięgnę. 

Fajnie natomiast sprawdziła się też łagodząca maseczka do twarzy Vianek, która przyjemnie uspokaja cerę, wycisza podrażnienia oraz wszelkie zaczerwienione miejsca. Do tego widocznie nawadnia i zmiękcza skórę.

Garnier Moisure+ Aqua Bomb również pozytywnie mnie zaskoczyła. Płat jest bardzo mocno nasączony, wręcz mokry i faktycznie odczuwalnie cerę nawilża, odświeża i regeneruje. Tuż po, skóra jest jakby bardziej sprężysta, mięsista i wygładzona. 

Cettua Anti-Redness Facial Mask też zasługuje na pochwałę. Może nie usuwa zaczerwienienia całkiem, ale widocznie je zmniejsza, łagodzi i przywraca skórze zdrowy wygląd. Po aplikacji czuć nawilżenie oraz miękkość i widać różnicę w wyglądzie naszej twarzy. 

Koniecznie dajcie znać, czy znacie zużyte przeze mnie kosmetyki i jakie macie z nimi doświadczenia? Co Wam udało się w ostatnim czasie wykończyć? :-)

Przegląd kosmetyków Gosh

środa, lipca 12, 2017 17

Przegląd kosmetyków Gosh

Z kosmetykami Gosh miałam do tej pory małą styczność, ale wszystkie, które wypróbowałam sprawdzały się u mnie bardzo dobrze. Szczególnie miło wspominam krem CC. Z chęcią przystąpiłam więc do przetestowania kolejnych produktów z asortymentu marki (kosmetyki Gosh szukajcie w drogeriach Hebe, stacjonarnie są dostępne wyłącznie tam) i dziś podzielę się opinią na ich temat. Ciekawi Was jak się sprawdzają? Zapraszam na mały przegląd. :-)

Zacznę od podkładu, bo to on zaskoczył mnie najbardziej pozytywnie. Latem szukam czegoś lekkiego, co ładnie ujednolici koloryt cery, zamaskuje pory i moje zaczerwienienia, a jednocześnie będzie trwałe i nieobciążające dla skóry. Taki właśnie jest Gosh #Foundation Drops, czyli podkład nawilżająco-kryjący. Został zamknięty w zgrabnej buteleczce z pipetą, która pozwala na odpowiednie dozowanie kosmetyku. Jego konsystencja jest płynna, a w zasadzie dość wodnisto-olejowa i przed użyciem należy opakowaniem porządnie wstrząsnąć. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że tak rzadka formuła nie zapewni mi odpowiedniego krycia i przy pierwszej aplikacji nie żałowałam sobie podkładu podczas nanoszenia go na dłoń. Jakież było moje zdziwienie, gdy już pierwsza cienka warstwa zaaplikowana gąbeczką ukryła wszystko, co ukryć miała. Podkład naprawdę dobrze kryje i ładnie wygładza strukturę naszej cery - maskuje pory, zakrywa przebarwienia i zaczerwienienia. Korektor jest mi potrzebny jedynie pod oczami. Z płynną konsystencją dobrze się pracuje zarówno pędzlem, gąbeczką, jak i palcami, szczególnie gdy odczekamy chwilę po wyciśnięciu na rękę (po kilkunastu sekundach staje się jakby bardziej zwarta i stabilna). #Foundation Drops ładnie się ze skórą stapia i zapewnia naturalne,minimalnie pudrowe wykończenie bez efektu maski. Nie jest to podkład zastygający i według mnie najlepiej sprawdzi się w przypadku cer suchych, normalnych i mieszanych. Ja go zawsze przypudrowuję i odpowiednio zagruntowany trzyma się doskonale, a pierwszych poprawek wymaga w strefie T (głównie przy skrzydełkach nosa), po około 8 godzinach. Sięgam wtedy po bibułkę, przykładam do nosa, czoła i brody, aby ściągnąć nadmiar sebum, następnie zaś delikatnie wciskam w te miejsca puder (zawsze gąbeczką na mokro) - makijaż znów prezentuje się nienagannie.


Posiadam odcień 002 ivory, który jest ładnym, żółtawym beżem, idealnie zgrywającym się z moim obecnym odcieniem skóry. Nie zauważyłam, aby ciemniał, czy zmieniał kolor na dłoni albo twarzy, co również jest ogromnym plusem. Nie zapycha mnie i nie pogarsza stanu cery. Już wcześniej słyszałam o #Foundation Drops wiele pozytywnych opinii i nie zostaje mi nic innego, jak dołączyć do grona fanek tego podkładu. 

Lewa strona twarz bez niczego + olejek Gosh na ustach / Prawa strona - podkład Gosh #Foundation Drops 002 + odrobina korektora pod oczami, przypudrowany pudrem Bikor. Na oczach warstwa maskary Rebel Eyes, na ustach olejek Gosh 004.


Kolejnym kosmetykiem do makijażu twarzy jest Gosh Lumi Drops, czyli płynny rozświetlacz w kolorze 002 Vanilla. Odcień jest jasny, srebrzysty, bez wyraźnych drobinek, a wykończenie bardzo subtelne i eleganckie. Wbrew pozorom to kosmetyk wielofunkcyjny - wygląda ładnie zaaplikowany na szczyty kości policzkowych, tuż na podkład (mokre zawsza na mokre), ale też genialnie sprawdza się na przykład w roli rozświetlającej bazy. Lubię mieszać go również z podkładem lub kremem, uzyskuję wtedy efekt kontrolowanego glow. Bardzo przyjemny i wydajny kosmetyk, w wygodnym opakowaniu z tzw. dzióbkiem. 


Maskara Gosh Rebel Eyes, to także kosmetyk udany. Posiada mój ulubiony typ szczoteczki, czyli tą silikonową, gumową i elastyczną. Jest ona lekko wygięta i usiana gęstymi, drobnymi igiełkami. Łatwo nią dotrzeć do każdej rzęsy i pokryć włoski kolorem od samej nasady. Czerń jest głęboka, a spojrzenie mocno podkreślone. Tusz ładnie wydłuża rzęsy, dobrze je rozdziela i delikatnie pogrubia. W połączeniu z zalotką stają się też podkręcone oraz uniesione przez cały dzień - nie prostują się i nie opadają w trakcie, bo maskara ich nie obciąża. To spora zaleta. Podczas noszenia nic się również nie osypuje, nie rozmazuje i nie kruszy, a demakijaż idzie gładko, szybko i przyjemnie. To już drugi tusz do rzęs marki Gosh, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie. 


Na koniec opowiem Wam jeszcze o Gosh Lip Oil, czyli o olejku do ust w kolorze 004 Raspberry. Na co dzień sięgam raczej po matowe szminki, ale nie zawsze moje usta są przecież w dobrym stanie. Wtedy właśnie w ruch idą bardziej kremowe formuły pomadek, błyszczyki lub odżywcze olejki właśnie. Mam ich kilka (tańsze i droższe - tak sobie myślę, że może zrobię Wam porównanie?) i jedne nawilżają lepiej, inne gorzej, ale ten akurat sprawdza się bez zarzutu. Widocznie usta pielęgnuje - odżywia, nabłyszcza, natłuszcza, zmiękcza optycznie wygładza strukturę ust i nieco je uwypukla. Prezentują się bardzo kobieco, zdrowo i wyglądają na zadbane, mimo iż tak naprawdę są czasem popękane i mają suche skórki. Kosmetyk nie zostawia lepkiej warstwy, ani nie ciągnie się. Łączy w sobie działanie pielęgnacyjne i upiększające, więc fajnie mieć go pod ręką. Z tego co wiem, dostępne są różne odcienie. 


Na koniec jeszcze szybkie swatche. :-)



Znacie kosmetyki Gosh? Lubicie je? Jakie macie z nimi doświadczenia! Dajcie znać! Tak jak wspomniałam we wstępie stacjonarnie kupicie je wyłącznie w drogeriach Hebe. A wszelkie szczegóły (odnośnie asortymentu, promocji, czy też lokalizacji drogerii) znajdziecie na stronie hebe.pl.
Ulubieńcy czerwca

czwartek, lipca 06, 2017 33

Ulubieńcy czerwca

Lipiec w pełni, więc zapraszam na kolejną odsłonę ulubieńców! Opowiem Wam dziś  między innymi o kilku świetnych pomadkach, dobrej zalotce i maseczce do twarzy oraz orzeźwiającym toniku. Gotowe? To lecimy!


Nie lubię mieć nagich ust i w zasadzie zawsze gości na nich jakaś pomadka. Na co dzień wybieram maty w odcieniach nude, bo wtedy nie muszę się martwić o ciągłe poprawki. W czerwcu zachwyciły mnie trzy szminki. Pierwsza, to Maybelline Colorsensational w odcieniu 987 smoky rose. Ma bardzo przyjemną, kremową formułę i gładko pokrywa usta jednolitym kolorem. Dobrze kryje i posiada aksamitne, półmatowe wykończenie. Nie wchodzi w załamania warg, nie podkreśla suchych skórek, równomiernie się ściera pozostawiając na ustach mgiełkę koloru nawet po kilku godzinach. Koniecznie zwróćcie na nią uwagę będąc przy szafie marki.

Druga, to Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick w odcieniu 13. Przyznam szczerze, że zazwyczaj stronię od tego typu kolorów, ale w trzynastce czuję się zaskakująco dobrze. To zdecydowanie ciepły i dość jasny odcień nude, więcej w nim beżu niż różu, także sama się sobie dziwię, że tak się polubiliśmy! O jakości matowych pomadek w płynie od Golden Rose rozwodzić się nie będę, bo chyba wszystkie już wiemy, że są doskonale napigmentowane, trwałe i komfortowe w noszeniu. :-) Linia dostępna jest np. tutaj.

Ostatnia natomiast, to matowa pomadka w płynie LashBrow w odcieniu 05 Naked. Kolor jest piękny - bezpieczny, uniwersalny zgaszony róż z domieszką beżu. Uzupełni każdy makijaż i myślę, że będzie pasował większości kobiet. Największym plusem szminki jest jednak trwałość - przetrwała weselny obiad z dwóch dań, w tym rosół i kilka kolejnych przekąsek. Nie tworzy nieestetycznej linii na łączeniu warg, nie podkreśla ich struktury, nie wygląda sucho i bardzo ładnie znika. Dla mnie petarda. Mam ochotę na więcej kolorów z tej linii - Lilac i Sorbet kuszą mnie najmocniej. Do kupienia tutaj.




W dalszym ciągu lubię też korektor Catrice Liquid Camouflage w stosunkowo nowym odcieniu 005. Ładnie kryje, nie ciemnieje, nie obciąża skóry pod oczami, nie wchodzi w zmarszczki, a przypudrowany staje się niesamowicie trwały. Nawet wieczorem, gdy patrzę w lustro, on jest na swoim miejscu i wygląda naprawdę dobrze. Jestem tym faktem trochę zaskoczona, bo używana do tej pory 10 nie trzymała się aż tak dobrze. Stacjonarnie znajdziecie go w Naturach, a online np. tutaj.


Nareszcie wymieniłam też swoją starą zalotkę i kupiłam zachwalaną przez wszystkich profesjonalną zalotkę z Inglota. To był dobry wybór, bo jest ona dobrze dopasowana do kształtu oka i pozwala na szybkie podkręcenie rzęs w zewnętrznym kąciku, z czym wcześniej miewałam problem. Sprawdza mi się super, więc polecam jeśli szukacie dobrej zalotki dostępnej od ręki. Nie jest najtańsza - kosztowała 41zł, ale bez wątpienia warta jest swojej ceny.


Na liście czerwcowych ulubieńców jest również L’Oréal Paris, Skin Expert, maska czysta glinka, detoksykująco-rozświetlająca. Spośród trzech dostępnych wersji, to ją polubiłam najbardziej, dlaczego? Skutecznie oczyszcza cerę, a przy okazji ją rozpromienia, dodaje świeżości i sprawia, że jest wyraźnie rozjaśniona. Zaczerwienienia po wypryskach są uspokojone, a skóra po aplikacji prezentuje się zdrowiej, ładniej, jest bardziej gładka i mięciutka. Nigdy mnie nie podrażniła i nie zapchała. Plus także za wygodne opakowanie - słoiczek i szybkość aplikacji. Lubię tradycyjne glinki, ale czasem taka gotowa forma bywa przydatna, bo po prostu oszczędzamy czas. Znajdziecie ją w Rossmannie, jest również w saszetkach.

Kolejnym faworytem ostatnich tygodni jest serum rewitalizujące MIYA myPOWERelixir. Uwielbiam je w zasadzie za wszystko, począwszy od pięknego słoiczka i zapachu, skończywszy na olejkowej formule oraz działaniu. Doskonale nawilża, zmiękcza, ujędrnia i zdrowo napina. Ponadto dodaje skórze energii i zdrowego blasku. Serum lubię też za wielofunkcyjność, gdy jestem wieczorem bardzo zmęczona czasem sięgam tylko po nie i odpuszczam sobie już krem pod oczy, czy balsam do ust - ono robi całą robotę! Widocznie poprawia stan skóry pod oczami i przyjemnie odżywia usta. A grubsza warstwa naniesiona na twarz, to już w ogóle genialny kompres łagodzący i nawilżający. Na sam koniec dodam, że myPOWERelixir używam już kilka tygodni i nie zauważyłam żadnego zapychania, mimo treściwej, bogatej formuły. Do kupienia online tutaj lub stacjonarnie w Super-Pharm.


Listę zamyka różany tonik Evree, Magic Rose, który towarzyszy mi w pielęgnacji już od dłuższego czasu. Wspaniale odświeża, dodaje skórze energii, nawilża, koi oraz łagodzi zaczerwienienia.Stosuję go kilka razy dziennie, zarówno rano, wieczorem, jak i w ciągu dnia. Niewątpliwą jego zaletą jest butelka z wygodnym atomizerem i ładny zapach. Znajdziecie go w drogeriach stacjonarnych i np. tutaj.



Dajcie znać jakie kosmetyki zachwyciły Was w ostatnich tygodniach!

Wakacyjne małe cele

wtorek, lipca 04, 2017 26

Wakacyjne małe cele

Pod koniec każdego miesiąca rozpisuję sobie działania na kolejne tygodnie, ale nie zawsze wychodzi tak jak powinno. Publiczne deklaracje zawsze bywają bardziej motywujące, więc dziś dzielę się z Wami moimi małymi celami i to nie lipcowymi, a wakacyjnymi. Zaczynamy z przytupem, a co!



Choć niezbyt fajnie pisze się o porażkach, to cóż, w ostatnich miesiącach strasznie się zaniedbałam. I wizualnie, i fizycznie i psychicznie. Stres utrzymujący się na najwyższym poziomie w pewnym momencie lekko mną pozamiatał, ale jak to mówią: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Zakasałam więc rękawy, wzięłam się w garść i działam. ;-) Muszę zadbać przede wszystkim o swoje zdrowie, bo to ono jest moim priorytetem w tej chwili. Chcę mieć energię i siłę, a nie formę staruszki. :-) 

W wakacje, czyli w lipcu i sierpniu stawiam zatem na:

✓ Aktywność fizyczną minimum trzy razy w tygodniu. Świeżutka karta Multisport już w mym portfelu. Kupiłam ją asekuracyjnie do końca roku, abym nie mogła się wycofać. Siłownio nadchodzę!
✓ Regularne i zdrowe odżywianie. Śniadanio-obiad-kolacja o godzinie 15 jako jedyny posiłek w ciągu dnia, to nie jest dobry wybór. A pożeranie połowy pudełka lodów wieczorem by się odstresować tym bardziej. W tym temacie nawet nie próbuję działać sama, więc po raz kolejny skorzystałam z pomocy specjalisty. Jadłospis rozpisany, a ja już działam.
✓ Masaże od dwóch do czterech razy w miesiącu. Tutaj za bardzo nie mam nic do powiedzenia, bo to zalecenie lekarza. ;-) Moje pospinane plecy wołają o pomstę do nieba, więc najwyższa pora coś z tym zrobić, tym bardziej, że ból towarzyszył mi coraz częściej. Pierwszy już za mną i zdradzę Wam, że bolało, zarówno w trakcie jak i dwa dni po. Jutro kolejny, mam nadzieję, że będzie lepiej. :-)
 Kupno roweru. To planowany zakup na lipiec i mam nadzieję, że uda się wykreślić zadanie z listy jak najszybciej. Obym tylko nie wybiła sobie zębów po tak długiej przerwie. 

Co jeszcze?

✓ Bardziej regularne i długofalowe planowanie w moim BuJo. Wciąż uczę się ogarniać ten system, ale czasem jeszcze się gubię i nie notuję wcale, a gdy nie mam listy zadań na papierze, to jest pewne, że mój dzień będzie totalnie nieogarnięty. Dzięki Kasi z bloga worqshop.pl odkryłam ostatnio świetny sposób na planowanie tygodnia i póki co sprawdza się on u mnie idealnie! A ja chyba coraz bardziej się wkręcam. Kupiłam sobie nawet pastelowe zakreślacze!
✓ Opracuję nowy rytm pracy. Zatarłam granicę obowiązków i odpoczywania, i chcę to zmienić. Choć elastyczność w pracy freelancera jest fajna, to jednak bardziej lubię uporać się z zadaniami do konkretnej godziny, a resztę dnia spędzić poza komputerem, na luzie, bez presji, że mam coś jeszcze do zrobienia.
✓ Przeczytam co najmniej 5 książek. Stosik rośnie, a ja wciąż nie czytam tyle, ile bym chciała. Obecnie pochłaniam książkę "Jak zostać panią swojego czasu? Zarządzanie czasem dla kobiet" Oli Budzyńskiej (jest super!), w kolejce czekają kolejne tomy Tess Gerritsen.
Kupię obiektyw. Body wymieniłam jakiś czas temu, teraz pora na lepsze szkło, bo moja wysłużona 50mm przestaje mnie już zadowalać. Wciąż szukam, czytam i myślę na co postawić. Może polecicie mi coś jasnego i dość uniwersalnego?
✓ Zaliczę co najmniej jeden weekendowy wyjazd. W tym roku raczej nie znajdę czasu na dłuższy urlop, ale w planie jest nasze ukochane morze, które na szczęście mamy blisko plus być może kilka innych miejscówek idealnych do odwiedzenia w weekend. 
✓ Chcę pisać więcej, nie tylko o kosmetykach. Zarówno tutaj na blogu, dla Was, jak i poza nim, być może wyłącznie dla siebie. Nie wszystko pewnie nada się do publikacji, ale im częściej tworzę teksty, tym szybciej i sprawniej mi to idzie, a poza tym jeden pomysł rodzi drugi i to jest genialne!
Ogarnę swoją szafę, bo ostatnio zaczęła żyć własnym życiem. ;-) Muszę przebrać ciuchy, posegregować je i część z nich puścić dalej w świat.
Wywołam ulubione zdjęcia i stworzę album. Dość magazynowania wszystkich fotografii na dysku.



I to już wszystkie moje małe cele. :-) Nie będę ukrywać, że ostatnio zaliczyłam spory kryzys energii, zdrowia i ogólnie mówiąc - bywało lepiej niż w poprzednich miesiącach, ale naładowana pozytywną energią, zainspirowana i zmotywowana biorę się do działania. Zmiany zawsze zaczyna się od zmian, prawda? A nowe półrocze jest doskonałą okazją do świeżego startu! ;-)

Koniecznie dajcie znać jakie macie plany na najbliższe dwa miesiące - stawiacie na relaks? Odpoczywacie, czy może latem planujecie popracować nad sobą? :-) Co tam u Was słychać? :-) 

6 makijażowych prawd

środa, czerwca 28, 2017 39

6 makijażowych prawd

Makijaż pozwala zakryć niedoskonałości, poczuć się lepiej, ładniej i pewniej. Czasem jednak presja, którą narzuca nam sieć i czasopisma, bywa bardzo przytłaczająca. Popadamy w kompleksy, czujemy się niewystarczająco dobre i na siłę próbujemy udowodnić coś światu ukrywając się pod coraz to grubszą maską kosmetyków. Czy jest sens? Myślę, że nie i w dalszej części wpisu zdradzę Wam dlaczego. 


Makijaż to zabawa

Makijaż nie jest czymś trwałym. Jeśli Ci nie wyjdzie, zaliczysz jakąś wpadkę, zawsze możesz go zmyć. Wiadomo, że każda z nas chciałaby zawsze dobrze wyglądać, ale pamiętaj, świat się nie zawali, gdy narysujesz nierówną kreskę, przesadzisz z różem, albo podkład zwarzy Ci się na nosie. Co więcej, gwarantuję Ci, że połowa osób nawet nie zwróci na to uwagi. Gdybyśmy nie popełniały błędów, nie uczyłybyśmy się na nich, więc wrzuć na luz i odpuść sobie czasem. 

Maluj się dla siebie

Makijaż powinnyśmy wykonywać dla samych siebie. Nie dla faceta, przyjaciółki, czy reszty społeczeństwa. Malujemy się dlatego, aby podkreślić swoją urodę, poczuć się bardziej komfortowo i kobieco, a nie dlatego, by udowodnić coś innym. Jeśli ktoś Cię lubi i szanuje, to za to jaka jesteś, a nie jak wyglądasz. :-) Podobnie jest zresztą z gubieniem kilogramów, jeśli Twoim priorytetem jest schudnięcie, by się komuś spodobać, a nie robisz tego głównie dla siebie, by poczuć się lepiej, to coś jest nie tak. 

Ćwicz

Praktyka czyni mistrza, w każdej dziedzinie. :-) Nie zrażaj się krzywo namalowaną kreską, czy słabo rozblendowanym cieniem. Każda z nas kiedyś zaczynała. Jeśli zależy Ci na tym, by dojść do perfekcji, to po prostu rób ćwicz. Postępy zauważysz szybciej niż myślisz. 

Znajdź swój własny styl 

Każda z nas jest inna, ma inny kształt twarzy, oczu i inny typ urody. To co pasuje Twojej koleżance, niekoniecznie będzie pasować Tobie. Ja na przykład do tej pory źle czuję się w kreskach i zawsze stawiam na rozdymioną kredkę nad linią rzęs. Mam typ makijażu, w którym czuję się najpewniej i nie mam parcia na jakieś wybitne eksperymenty. Nie jestem wizażystką, nie zajmuję się tym zawodowo, więc zawsze robię tak, aby to mi było dobrze. :-) 

Mniej znaczy lepiej

Chciałabym to wiedzieć kiedyś i chciałabym aby dziś dziewczyny również zdawały sobie z tego sprawę. Pocięte na instagramie filmy, mocne makijaże prezentowane na YT, instabrows, pełne konturowanie, to wszystko wygląda dobrze tylko w kamerze, na zdjęciach i przy sztucznym oświetleniu. Tony kosmetyków kolorowych na skórze nigdy nie będą prezentować się naturalnie na żywo. 

Nie podążaj ślepo za trendami 

Trendy w makijażu mnożą się jak grzyby po deszczu. Sine szminki do ust, czerwony i pomarańczowy makijaż oka, aplikacja podkładu najdziwniejszymi gadżetami, takimi jak silisponge, czy nawet prezerwatywą, czerwony pigment pod oczami, to tylko jedne z nielicznych. Okej, fajnie czasem poeksperymentować, ale tak jak zawsze należy zachować zdrowy rozsądek. Coś co jest modne, nie oznacza wcale, że nam pasuje. Myślę, że wiecie o czym mowa. :-)


To chyba wszystkie prawdy, o których moim zdaniem warto pamiętać, ale jestem ciekawa co dopisałybyście do powyższej listy? Malujecie się na co dzień? Czym jest dla Was makijaż? :-) Dajcie znać! 
Pędzle i akcesoria do makijażu Hebe Professional

piątek, czerwca 23, 2017 31

Pędzle i akcesoria do makijażu Hebe Professional

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z makijażem na próżno było szukać dobrych pędzli w drogeriach. Pamiętam, że pierwsze egzemplarze zamawiałam na allegro i musiałam się spieszyć, bo pojedyncze sztuki rozchodziły się w mgnieniu oka. Na szczęście te czasy już dawno za nami. :-) Stacjonarna dostępność świetnych jakościowo narzędzi do wykonywania make-up'u wzrasta, a ja dziś opowiem Wam o kilku nowościach własnie z tej kategorii. W roli głównej Hebe Professional, czyli marka własna drogerii Hebe oferująca 18 pędzli oraz akcesoria do makijażu. 


Do przetestowania otrzymałam cztery pędzle - dwa do makijażu oczu, dwa do twarzy, gąbeczkę 3D oraz etui. Na potrzeby tego wpisu chciałam do kupić chociażby pędzel flat top, albo typowego puchacza do blendowania cieni, ale ciągle są wyprzedane, co świadczy o ich popularności i jakości. Skupię się więc na modelach, które posiadam.

Największy pędzel z całej gromadki to F01, który przeznaczony jest do aplikacji pudrów sypkich, mineralnych i prasowanych. To precyzyjny puchacz z zaokrąglonym końcem. Jest odpowiednio zbity - nie jest ani za rzadki, ani zbyt gęsty, a włosie charakteryzuje się wysoką sprężystością i niesamowitą miękkością. Muszę przyznać, że swą jakością włosie bije na głowę np. Hakuro H55, po który do tej pory sięgałam bardzo często. Pędzelek F01 gładko sunie po twarzy, wręcz muska skórę i jest dla niej bardzo delikatny. Równomiernie rozkłada puder, czy to sypki, czy w kamieniu, czy ten mineralny. Łatwo się myje, szybko schnie i nie gubi kształtu. Co tu dużo mówić, jestem z niego bardzo zadowolona. 

F07, to typowy języczkowy pędzel przeznaczony do podkładów płynnych i baz pod makijaż. Ja dodam jeszcze, że tego typu kształt świetnie sprawdza się także w kremowym konturowaniu, rozświetlaniu, czy też wklepywaniu pudru pod oczami (w tym celu stosuję go najczęściej) albo przy skrzydełkach nosa. Pędzelek jest płaski, na końcu zaokrąglony, ale też przyjemnie gęsty i zbity. Pracuje się z nim przyjemnie, równomiernie "chwyta" kosmetyki i rozkłada na skórze. Nie tworzy smug. Włosie jest miękkie, delikatne i odpowiednie nawet dla najbardziej wrażliwej skóry. Nie zauważyłam, aby chłonął nadmierną ilość kosmetyków, szybko się domywa, jeszcze szybciej schnie. 


Natomiast E02, to pędzelek do aplikacji korektora i kremowych cieni. Precyzyjne rozłożenie włosków sprawia, że po raz kolejny muszę to napisać - Hebe bije na głowę Hakuro H61. :-) Włosie jest sprężyste, mięciutkie, a zarazem bardzo dobrze trzyma kształt. Łatwo nim dotrzeć w trudno dostępne miejsca na twarzy, na przykład skrzydełka nosa, czy wewnętrzny kącik oka. Ten płaski, języczkowy pędzelek pomaga nie tylko zatuszować niedoskonałości, ale też świetnie wydobywa błysk ze wszelkich cieni kremowych bądź tych prasowanych, o dość suchej formule. Ułatwia też aplikację folii z MUR.

Ostatni pędzelek to E07, do smoky eyes. Krótkie, gęste i na końcu spłaszczone włosie pozwala perfekcyjnie rozetrzeć cień na dolnej powiece i rozdymić kreskę przy górnej linii rzęs. Jest mięciutkie, nie drażni powieki oraz zapewnia precyzję. Niby niepozorny, ale bardzo przydatny maluszek jeśli jesteście fankami makijażu oka. Szybko się czyści, nie traci kształtu. 


Gąbeczka do makijażu 3D ma zbitą, zwartą strukturę, dzięki temu nie chłonie więc zbyt dużo podkładu. Kształtem przypomina jajko - góra, to ostro zakończona końcówka, podstawa natomiast jest lekko spłaszczona. Możemy więc szybko nałożyć podkład na całą twarz i równie precyzyjnie zaaplikować korektor pod oczami. Spełnia swoje zadanie bez zarzutu - rozprowadza kosmetyki jednolicie bez efektu maski i smug. Pozwala budować krycie i funduje gładki efekt końcowy. Bez problemu się dopiera, dość szybko schnie.



Wszystkie pędzle zostały wykonane z włosia syntetycznego, które jak już wspomniałam wielokrotnie, cechuje miękkość, sprężystość i delikatność. Szczerze powiedziawszy bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, nie spodziewałam się, że będzie ono aż tak przyjemne. Ponadto, z żadnego modelu nie wypadł ani jeden włosek do tej pory. Czarna, metalowa skuwka dobrze trzyma całość w ryzach, a czarny trzonek zawierający nazwę modelu ma wygodną długość. 

Etui może nie jest rzeczą codziennego użytku, ale przydaje się w podróżach. Chroni pędzle przed odkształceniem i zabrudzeniem. Te marki Hebe Professional zostało wykonane z miękkiego, ale grubego i mocnego czarnego materiału i zapisane jest na rzepy. W środku składa się z dwóch części - ośmiu siateczkowych przegródek (mniejszych i większych) na dole, oraz foli chroniącej włosie u góry. Składa/rozkłada się na cztery, ma kompaktowy rozmiar i zmieści się nawet w najmniejszej i najbardziej wypchanej walizki. Przydatny gadżet, któremu wróżę niezłą trwałość.



Podsumowując, pędzelkom i akcesoriom do makijażu Hebe Professional daję duży kciuk w górę. Dobra jakość idzie w parze z przystępną ceną, także zapowiada się drogeryjny hit. Super, że możemy pójść do drogerii Hebe, sprawdzić egzemplarze testowe, sprawdzić, dotknąć, pomacać, a nie kupować w ciemno. Czasami bowiem rzeczywistość nieco odbiega od oczekiwań, same wiecie jak to jest w sieci. :-) 

Lokalizację drogerii Hebe możecie sprawdzić tutaj: www.hebe.pl.

Znacie już akcesoria Hebe Professional? Na co stawiacie na co dzień - na pędzle, czy gabeczki? :-)