nowość: Æternum - stylowa pielęgnacja dla wymagających kobiet + KONKURS

wtorek, października 17, 2017 22

nowość: Æternum - stylowa pielęgnacja dla wymagających kobiet + KONKURS

Aeternum, to nowość na polskim rynku. Marka skierowana jest dla wymagających kobiet, które cenią sobie wysoką jakość, skuteczność działania, stylowy design oraz powiew luksusu na co dzień. Momentalnie zostałam skuszona, więc z chęcią przetestowałam linię Aeternum, w skład której wchodzą cztery kosmetyki i dziś dzielę się opinią. Na końcu wpisu czeka też na Was konkurs, zapraszam więc do lektury. 






W myśl marki Aeternum, piękne opakowania mają podkreślać świetną zawartość, czyli kremy i balsamy bogate w składniki aktywne. Głównym i zarazem wspólnym składnikiem wszystkich kosmetyków jest C-Tetra, czyli najbardziej nowoczesna, stabilna forma witaminy C, która doskonale się wchłania. Co więcej, nie powoduje podrażnień, łuszczenia się, jest odpowiednia nawet dla wrażliwej skóry, która nie toleruje kwasu askorbinowego, chroni przed stresem oksydacyjnym i walczy z wolnymi rodnikami. Poprawia również nawilżenie skóry, sprzyja walce z przebarwieniami, działa wzmacniająco na naczynia krwionośne, wygładza naskórek i poprawia wygląd cery trądzikowej. Pozostałe składniki aktywne, to między innymi TRI-molecule Hyaluron Acid zwany hialuronowym eliksirem młodości, Masło Moringa, czyli ekstrakt z drzewa długowieczności, Olej Perilla, antyoksydant o wysokiej zawartości kwasów omega, oraz  Olej Chia będący źródłem młodości i mocy dla organizmu. 

Coś co już na pierwszy rzut oka wyróżnia linię Aeternum na tle innych kosmetyków, to przepiękne opakowania. Róż i złoto, to kompozycja ponadczasowa, stylowa i niesamowicie kobieca. Codzienna pielęgnacja staje się przyjemnością, a słoiczki swym wyglądem wręcz zachęcają, by po nie sięgać.

Do tego dochodzi też wspaniały zapach, który jest delikatny, aromatyczny, lekko cytrusowy i pobudzający. Po posmarowaniu ciała i dłoni dość długo się utrzymuje, ale w żaden sposób nie drażni nosa i nie razi nachalnością.

Poniżej podzielę się z Wami wrażeniami po wypróbowaniu czterech kosmetyków marki. Zacznę od tych, wobec których jestem najbardziej wymagająca, czyli kremów do twarzy.

Aeternum, rewitalizujący krem młodości na dzień

Moja cera jest obecnie kapryśna i sprawia mi mnóstwo problemów. Z największą starannością dobieram więc codzienną pielęgnację. Od kremu na dzień wymagam, aby miał lekką konsystencję i jednocześnie był treściwy w swym działaniu. Musi dobrze nawilżać, szybko się wchłaniać, współgrać z nakładanym przeze mnie makijażem (podkładem i korektorem), nie skracać jego trwałości, nie zapychać i nie podrażniać. Rewitalizujący krem młodości na dzień świetnie wpisał się w moje obecne potrzeby. Ma lekką, odświeżającą formułę, nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze i ekspresowo się z nią stapia, a przede wszystkim doskonale odżywia i budzi cerę często zmęczoną i przesuszoną działaniem leczniczych preparatów. Staje się ona miękka i jakby bardziej ujędrniona. Jest też bardziej promienna i wygląda po prostu zdrowiej. Krem dobrze współpracuje także z podkładami, po które sięgam. Jest dobrą bazą zarówno dla tych bardziej treściwych fluidów, jak i lekkich kremów BB. Nie zmienia ich właściwości, pozwała równomiernie rozłożyć je na skórze. Co najważniejsze - nie zapycha mnie, a z pojawianiem się niedoskonałości mam ostatnio spory problem, dlatego obecnie zwracam na to jeszcze większą uwagę. Używanie go to czysta przyjemność. Cena 149zł/50ml.


Aeternum, odbudowujący  krem młodości na noc

Od kremu na noc wymagam przede wszystkim działania regenerującego, silnie nawilżającego i odżywczego. Obecnie nie może mieć jednak zbyt tłustej i treściwej konsystencji, bo nie służy ona mojej problematycznej cerze. Odbudowujący krem młodości na noc ma lekką i odświeżającą formułę. Przyjemnie się wchłania zostawiając na skórze delikatną warstewkę ochronną, nie jest jednak tłusty. Dobrze nawadnia, uspokaja i koi (szczególnie po silniejszym oczyszczaniu), wyraźnie zmiękcza, a przy okazji też odpręża i poprawia jędrność skóry. Nie spowodował u mnie powstania nowych zaskórników, nie potęguje nadprodukcji sebum (wręcz przeciwnie, reguluje jego ilość - pamiętajcie, że nawet tłusta cera potrzebuje właściwego nawilżenia, bo jej nadmierne przesuszanie tylko wzmocni błysk w strefie T) i dobrze współgra z preparatami zaleconymi od dermatologa. Myślę, że docenią go posiadaczki każdego rodzaju skóry, bez względu na wiek. Cena 149zł/50ml.


Aeternum, luksusowy odżywczy balsam do dłoni

Krem do rąk Aeternum kupił mnie przede wszystkim swą formułą. Nie toleruję tych lepkich, długo wchłaniających się, które po aplikacji ograniczają moją aktywność. Ten natomiast ma odpowiednią konsystencję, a skóra wręcz go pije. Chwilę po nałożeniu dłonie zostają pokryte niewidzialną woalką ochronną (absolutnie nie tłustą) i stają się aksamitne w dotyku. Znika uczucie napięcia, które towarzyszy przesuszonej skórze, wraca komfort, delikatność i miękkość. Najbardziej zauważalną różnicę widzę na zewnętrznej stronie dłoni i wokół skórek, a gdy na noc zaaplikuję grubszą warstwę kremu i nałożę bawełniane rękawiczki, to rano efekt jest piorunujący! Polecam, szczególnie teraz w okresie jesienno-zimowym, gdy nasze ręce są narażone na większe podrażnienia spowodowane wiatrem i chłodem. Tubka jest poręczna, więc można mieć ją zawsze przy sobie. Cena 49zł/100ml.

Aeternum, regenerujący balsam, odnowa ciała 

Jesienią, gdy robi się chłodniej moja skóra domaga się większej dawki nawilżenia. Chłodne powietrze na dworze, centralne ogrzewanie w domu, to moment, w którym szybciej zaczyna się przesuszać, robi się szorstka, czy zaczerwieniona. Lubię formuły, które nie są ulepkowate i pozwalają mi na szybkie wskoczenie spod prysznica w ciepłą piżamę lub ubrania z rana. Wszelkie balsamy, które są mocno tłuste odrzucam na starcie. Regenerujący balsam Aeternum spełnił moje oczekiwania. Ma wygodne opakowanie z pompką, nie zostawia klejącego się filmu na ciele, a zarazem odpowiednio dba o skórę. Tuż po aplikacji staje się satynowo gładka  i delikatna w dotyku. Znikają przesuszone, szorstkie miejsca, wzrasta jej elastyczność i pojawia się uczucie głębokiego nawilżenia. Na plus oceniam również wydajność oraz szybkie wchłanianie. Cena: 89zł/250ml.





Jeszcze jedna ważna kwestia na koniec - dostępność. Kosmetyki Aeternum dostępne są wyłącznie w drogerii  internetowej beglossy.com

Słowem krótkiego podsumowania, jestem na tak! Zarówno kremy do twarzy, jak i balsam oraz krem do rąk spisują się u mnie wzorowo i jednocześnie każdego dnia cieszą oko. Linia dedykowana jest dla każdego rodzaju skóry i myślę, że jest na tyle skuteczna i uniwersalna w działaniu, że faktycznie sprawdzi się niezależnie od typu, czy wieku naszej cery. 

***

KONKURS

Zakładam, że tak jak ja lubicie testować nowości kosmetyczne więc dla pięciu moich czytelniczek mam wybrany przez Was kosmetyk Aeternum!

Co należy zrobić? 

Odpowiedz na pytanie który produkt zachwycił Cię najbardziej i dlaczego? Wejdź na stronę drogerii beglossy.com wklej link do produktu w komentarzu (→ linia Aeternum dostępna tutaj) i napisz dlaczego chciałabyś go ode mnie otrzymać. :) I zostaw namiar mailowy na siebie.

Zabawa trwa od 17.10.2017 do 23.10.2017. Dzień później, na podstawie najciekawszych odpowiedzi wybiorę 5 osób, które otrzymają ode mnie kosmetyk marki. :) Na dane teleadresowe (w wiadomości zwrotnej na mojego maila do Was), będę czekać 3 dni, gdy ich nie otrzymam, zwycięzcę wybiorę ponownie. 




Rossmann, promocja -55% na kosmetyki do makijażu, co warto kupić?

poniedziałek, października 09, 2017 18

Rossmann, promocja -55% na kosmetyki do makijażu, co warto kupić?

Od jutra rusza promocja na kosmetyki do makijażu w Rossmannie, która potrwa do 19 października. Aby zrobić zakupy z rabatem -55% trzeba należeć do Klubu Rossmann i wrzucić do koszyka minimum 3 kosmetyki kolorowe. Zniżka ważna jest jednorazowo, ale spokojnie, przy każdych kolejnych zakupach naliczane będzie -49%. :) Jak zwykle przygotowałam dla Was małą ściągę, czyli listę kosmetyków, na które warto zwrócić uwagę podczas trwania promocji. Jeśli jesteście ciekawe moich typów i na jakie produkty zamierzam sama zapolować, zapraszam do dalszego czytania! :)


Zacznę od podkładów. Jeśli regularnie mnie czytacie, to wiecie, że za każdym razem polecałam między innymi Bell HYPOAllergenic CC Cream oraz Bourjois Healthy Mix. Nadal uważam, że to dwa świetne kosmetyki z tej kategorii i jeśli macie cerę suchą, normalną lub mieszaną oraz nie potrzebujecie większego krycia, to śmiało możecie po nie sięgnąć (choć krem Bell był wycofywany i trudno go dostać). Moja skóra w ostatnich miesiącach przeszła jednak sporą metamorfozę. Z mieszanej i lubiącej się odwadniać zamieniła się w ekstremalnie przetłuszczającą i problematyczną (nie chcę określać jej trądzikową, ale był moment, w którym dermatolog rekomendował mi Izotek, więc możecie sobie wyobrazić, w jakim była stanie). Obecnie skupiam się więc przede wszystkich na podkładach o przedłużonej trwałości, które nie spłyną mi po godzinie. No i muszą mieć jako takie krycie. Przetestowałam ich trochę i najbardziej lubię:

L'Oreal Infallible 24H - Matte - świetny matujący podkład, który długo się utrzymuje i bardzo gładko wygląda na skórze. Choć na dłoni oksyduje, to ładnie się z moją cerą stapia, nie odcina się i na twarzy nie zmienia koloru. Nie podkreśla rozszerzonych porów i suchych skórek, nie tworzy maski i pozwala na budowanie krycia. Bardzo go lubię!

Maybelline Fit Me, Matte + Poreless - kolejny dobry kosmetyk o właściwościach matującym i niezłym kryciu. Według mnie ma jednak nieco bardziej suchą formułę i gdy mam skórę w gorszym stanie lubi podkreślić na przykład suche skórki. Szybciej też ściera mi się ze skrzydełek nosa niż L'Oreal, ale mimo to lubię go i uważam, że jest godny uwagi!

Bielenda, Make-Up Academie, fulid matujący - jasny odcień, przyzwoite krycie i ładne wykończenie. Długo trzyma mat, prezentuje się naturalnie, nie oksyduje, ma przyjemną formułę i nie podkreśla suchych skórek, ani rozszerzonych porów. Tani i warty wypróbowania.

L'Oreal True Match - dawno temu, w liceum i na studiach był to mój ulubiony podkład, później kompletnie przestał mi pasować i nawet objechałam go na blogu, ale w tym momencie polubiłam go na nowo! Chyba dlatego, że potrzeby mojej cery się zmieniły. Funduje mi efekt drugiej skóry, przepięknie się stapia i wygląda bardzo naturalnie. Jednocześnie ładnie kryje, przypudrowany długo trzyma mat.

Rimmel Match Perfection - tu już długotrwałego matu brak, jednak ten podkład fajnie się u mnie sprawdza, gdy mam bardziej przesuszoną cerę np. po maściach i kremach z kwasami. Nie podkreśla suchych skórek, przyjemnie nawilża, a zarazem utrwalony pudrem nie spływa po godzinie. Wyświeca się dość równomiernie i tak samo "ładnie" schodzi, bez plam, czy warzenia się. Krycie ma lekkie, ale można je budować.

Bourjois Healthy Mix - niedawno testowałam nową formułę i tak jak mówiłam, niestety obecnie na mojej cerze nie spisuje się najlepiej, bo krótko się utrzymuje, ale jeśli nie macie większych problemów z cerą, to polecam gorąco!


Co do korektorów, to wg mnie warto zwrócić uwagę na:


Maybelline, Age Instant Rewind - początkowo się nim nie zachwyciłam, ale wróciłam do niego po przerwie i uwielbiam jak prezentuje się pod oczami! Jest ładne krycie, lekkość i świeżość. Cienie są ukryte, korektor nie wchodzi w zmarszczki. Lubię go też nanosić na nos i strefę T. Fajny kosmetyk, tylko radzę Wam usunąć niezbyt higiEniczną gąbeczkę. 

Maybelline Affinitone - klasyk, po którego chętnie sięgam od lat. Jest fajny pod oczy, bo ładnie rozjaśnia tę okolicę i dość przyjemnie kryje. Nie podkreśla zmarszczek, nie przesusza. Przyjemniaczek. :)

L'Oreal True Match - również kosmetyk kultowy, do którego co jakiś czas wracam. Ma ładną gamę kolorystyczną, nadaje się pod oczy, do modelowania twarzy i na niedoskonałości.

L'Oreal Lumi Magique - rozświetlający korektor w pędzelku, który ma małą pojemność. Ładnie odbija światło, ale większych cieni nie ukryje. 

Bourjois Healthy Mix - jasny kolor, dobra pigmentacja, dość treściwa formuła w nowej odsłonie, a zarazem niezłe krycie, rozświetlenie i naturalne wykończenie. Korektor nie przesusza skóry, nie podkreśla zmarszczek.


Pośród pudrów jest w czym wybierać. W Rossmannie dostępne są zarówno formuły sypkie, jak i te w kamieniu. Polecam:

Deborah Dress Me Perfect Loose Powder - wygładza, zmiękcza, nie wchodzi w pory i nie podkreśla ich, a jednocześnie matuje na wiele godzin. Nie zmienia koloru podkładu, nie bieli, jest drobno zmielony i szalenie wydajny. 

Wibo Banana loose powder - według mnie świetny pod oczy, bo na mojej ekstremalnie przetłuszczającej się cerze zbyt słabo trzyma mat. Ma jednak bardzo gładkie i miękkie wykończenie.

Bourjois, Silk Edition - jeden z moich ulubionych pudrów w kamieniu, bardzo ładnie wygładza strukturę skóry, szczególnie, gdy borykacie się z rozszerzonymi porami na nosie. Zapewnia lekki kolor i nie daje mocnego matu.

Lubię też puder La Cipria Deborah Milano, o którym pisałam tutaj oraz puder Rimmel Stay Matte klik. Fajne sypkie pudry ma również Wibo!


W kwestii rozswietlaczy rządzi oczywiście Wibo Diamond Illuminator i Lovely Gold Highlighter. :) Tutaj chyba nie ma co się rozwodzić, bo wszystkie wiecie, że to świetne kosmetyki w niskich cenach, które dorównują propozycjom droższych marek!

Maybelline Master Strobing Liquid, to rozświetlacz w płynie, który fajnie wygląda wklepany tradycyjnie na skórę, ale jeszcze przyjemniej sprawdza się zmieszany z podkładem. Daje wtedy efekt zdrowej, rozświetlonej cery i zapewnia subtelny glow. Polecam wersję light!

Polecam też bazę Rimmel Lasting Finish Primer. Fajnie nawilża skórę i sprawia, że każdy podkład wygląda ładniej, bardziej gładko i naturalnie. Dłużej też się trzyma. 


Róże top 3, to:

Deborah Milano Rosa Pesca 46 - wypiekany, zgaszony odcień różu o satynowym wykończeniu. Pięknie wygląda na policzkach, gwarantuje subtelny, dziewczęcy efekt.

Lovely Oh Oh Blusher - róż w odcieniu rose gold, rozświetlający, na policzkach zapewniający świeże wykończenie, bez przesadnego połysku.

Wibo Ecstasy Blusher - efekt łudząco podobny do Lovely, świeży, dziewczęcy, rozświetlający róż w odcieniu rose gold. Ma dobrą pigmentację i niezłą trwałość! Wibo i Lovely mają ogólnie fajne róże! 

No i jeszcze kultowe róże Bourjois, które się kocha lub nienawidzi. Ja lubię, klasyka gatunku. Dużo ciekawych kolorów i ponadczasowa wypiekana formuła. :) 



Produktów do brwi jest wiele, ale ja jakoś nie przepadam za tymi wszystkimi kredkami, bo zazwyczaj nie pasują mi odcienie.  Uwielbiam natomiast:

Wibo eyebrow pomade i uważam, że to prawdziwa petarda pośród kosmetyków tego typu!

Maybelline Master brow pro palette - paletka zawiera cień, wosk i rozświetlacz, ma ładne kolory, fajną formułę i pigmentację.  


Pomadki wybrałam te najciekawsze według mnie. :) 

Deborah Milano  Fluid Velvet Mat Lipstick - najlepsze matowe pomadki w drogerii, jak dla mnie pobijają nawet moje ulubione dotychczas Bourjois REV. Bierzcie w ciemno! Idealna pigmentacja, super trwałość i komfort noszenia. No i piękna gama kolorystyczna!

Bourjois Rouge Edition Velvet - wiadomo, moi faworyci od lat. Lubię ich musową konsystencję, trwałość, przyjemne noszenie i kolory. 



Lovely K Lips - ciekawe sety konturówka + pomadka w płynie. Modne kolory, kremowa formuła i trwałość. 

Wibo Million Dollar Lips - odcień 01, inne się u mnie nie sprawdziły. Ten zgaszony róż fajnie się nosi. :)

Bell HYPOAllergenic - matowe szminki z linii klasycznej jak i te Marceliny Zawadzkiej. Boskie kolory, ekstra trwałość, brak wysuszania. 



Zwróćcie też uwagę na pomadki Deborah Formula Pura -  mój faworyt, to 02, czyli nudziak idealny na co dzień.

Maybelline Color Sensational 987 smoky rose matte zainteresuje fanki matów w tradycyjnej formie sztyftu. To piękny, dzienny odcień. :) 

Konturówki świetne ma Wibo, Lovely, Miss Sporty, Maybelline, te wykręcane.


W przypadku paletek u mnie wygrywa Wibo. Polecam zarówno wersję Neutral, jak i nową Modern. Obie sprawdzają się u mnie dobrze. Są nieźle napigmentowane, łatwo się rozcierają, nie gubią koloru i lubię po nie sięgać. 

Linerów nie używam obecnie praktycznie wcale, ale miło wspominam te w pisaku od L'Oreal. :) 

Kredki w zasadzie każda marka ma fajne - miękkie i dobrze napigmentowane. Polecam te z Deborah, Maybelline, Rimmel, Bourjois. 


Maskary godne uwagi, to:

L'Oreal z linii Volume Million Lashes (ulubiona, to So Couture).

Eveline - wszystkie, które testowałam się u mnie sprawdziły

Lovely Curling Pump Up Mascara (zamiennik to żółta z Miss Sporty)

L'Oreal Paradise Extatic - nowość marki z tradycyjną, włochatą szczotą, jestem zachwycona tym jak wydłuża i podkręca rzęsy. No i ich nie skleja.

I to chyba wszystko! 

Zajrzyjcie też do tego wpisu:


Czy zamierzam coś kupić? Tak! Co konkretnie? Nie wiem. Miałam tragiczny poniedziałek, kolejne dni nie zapowiadają się lepiej, więc zamierzam poszaleć na spontanie. Jeśli chcecie, abym przetestowała jakiś kosmetyk, to dajcie znać, wezmę Wasze propozycje pod uwagę!

A Wy planujecie zakupy? :)
Nowość: Rozświetlacze  Neauty Minerals

piątek, października 06, 2017 21

Nowość: Rozświetlacze Neauty Minerals

Wczoraj swoją premierę miały przepiękne rozświetlacze marki Minerals. Jako prawdziwa sroka i  fanka minerałów, nie mogłam odmówić sobie przyjemności wypróbowania ich.  Jeśli tak jak ja lubicie wszystko co pięknie się mieni i błyszczy, koniecznie musicie poznać je bliżej. Zapraszam na prezentację!

Neauty Minerals, to polska marka, a jej nazwa wywodzi się z połączenia dwóch słów - natura i piękno. Została założona przez właścicielkę z miłości do minerałów oraz z chęci i potrzeby stworzenia kosmetyków, które łączyć będą w sobie najlepsze cechy produktów tego typu. Obecnie w asortymencie Neauty znajdziemy podkłady, pudry, cienie, róże, korektory, akcesoria oraz od wczoraj rozświetlacze w czterech przepięknych kolorach, o których opowiem Wam w dalszej części wpisu.

Rozświetlacze zamknięto w malutkich i bardzo poręcznych słoiczkach z sitkiem. Dodatkowo zostały wyposażone w wygodny mechanizm umożliwiający zamkniecie i ochronę przed rozsypaniem się kosmetyku. Ich gramaturę - 2g, również oceniam na plus, bo jak wszystkie wiemy, tego typu formuły są niesamowicie wydajne. Większą pojemność najzwyczajniej w świecie trudno byłoby zużyć, a tak jest wygodnie i przede wszystkim taniej. Jeden pełnowymiarowy słoiczek kosztuje 19,90zł, natomiast próbkę 0,2g możecie zamówić w cenie 2,50zł. Fajna opcja, gdy trudno zdecydować się na konkretny odcień. 

Kosmetyki Neauty Minerals dostępne są na stronie internetowej marki - www.neauty.pl.




Tak jak wspomniałam wyżej, rozświetlacze dostępne są w czterech odcieniach:

falling star - najchłodniejszy z całej czwórki, utrzymany w srebrzysto-szampańskiej tonacji
summer heat - ciepły, złoty kolor, przepięknie współgrający z letnią opalenizną,
pearl dust - według mnie najbardziej neutralny odcień, lekko złocisty, cudny i bardzo subtelny!
golden sand - złocisto-szampański odcień w ciepłej tonacji, mój faworyt ♥




Ich cechy wspólne to bez wątpienia fakt, że tak jak wszystkie kosmetyki Neauty nie posiadają szkodliwych substancji. Nie znajdziemy tu barwników chemicznych, konserwantów, substancji zapachowych, olejów, wosków, silikonów, czy talku. Rozświetlacze są niekomodogenne, czyli nie powodują zapychania porów, nadają się więc dla każdego rodzaju cery, nawet tych najbardziej problematycznych, czy wrażliwych. Nie powodują podrażnień i powalają skórze oddychać, a zawarty w nich tlenek cynku przyspiesza gojenie się ranek i niedoskonałości.

Rozświetlacze są bardzo drobno zmielone, dzięki czemu ich konsystencja jest niezwykle aksamitna. Podczas rozcierania między palcami nie sposób wyczuć grudek, czy większych drobin. Formułę mają gładką i kremową. Dzięki czemu też nie pylą zbyt mocno i nie brudzą wszystkiego wokół. Pigmentacja również należy do ich mocnych stron, co zresztą widać po swatchach. Proszek dobrze przyczepia się włosia pędzla i równomiernie rozkłada na skórze. Intensywność połysku możemy stopniować w zależności od użytego narzędzia oraz ilości kosmetyku. Delikatne muśnięcie pędzelkiem np. typu wachlarz, pozwoli uzyskać nam rozświetlającą mgiełkę, która pięknie odbija światło. Natomiast zbity pędzel lub wilgotna gąbeczka zafundują nam mocną, błyszczącą taflę. W obu przypadkach efekt końcowy prezentuje się pięknie oraz długo utrzymuje się na skórze.



Praca z nimi to czysta przyjemność. Bezproblemowo się rozcierają i łączą z pozostałymi kosmetykami do makijażu. Nie tworzą plam, ani smug. Nie podkreślają nazbyt struktury skóry, czy rozszerzonych porów (pamiętajcie jednak, że rozświetlające formuły z reguły lubią uwydatniać wszelkie grudki, czy nierówności). Na co dzień króluje u mnie golden sand, choć równie chętnie sięgam po pearl dust. Mam wrażenie, że te dwa kolory jakoś najbardziej zgrywają się z moją karnacją obecnie, choć pozostałym nie sposób odmówić uroku. 

Oczywiście każdy z rozświetlaczy może nam posłużyć także do makijażu oka. Wszystkie obłędnie wyglądają w wewnętrznym kąciku lub na powiece ruchomej. Zresztą jak to w malowaniu bywa, ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Możemy odrobinę proszku dodać do ulubionego podkładu, zmieszać z balsamem do ciała, a nawet połączyć z błyszczykiem i pomadką. Możliwości jest nieskończenie wiele. :)

Od lewej: falling star, summer heat, pearl dust, golden sand

Jestem ciekawa, czy znacie Neauty Minerals i co sądzicie o rozświetlaczach zaprezentowanych powyżej? Kochacie błyskotki tak jak ja? Używacie kosmetyków mineralnych? A może chciałybyście post o innych kosmetykach marki? Dajcie znać!
3 lata bez farbowania włosów - czy było warto? Jak pozbyłam się czerni?

niedziela, października 01, 2017 17

3 lata bez farbowania włosów - czy było warto? Jak pozbyłam się czerni?

Nie wiem czy jeszcze pamiętacie, ale kiedyś miałam czarne włosy. Wyszło całkiem przez przypadek, bo po prostu średni brąz Wellaton mnie tak urządził, a nosiłam się tak przez lata. Byłam wtedy przekonana, że to mój kolor i że jest on najlepszy na świecie. Czerń dodawała mi powagi i lat, wyglądała płasko, ostro i zbyt kontrastowała z moją ultra jasną karnacją. Wtedy nie lubiłam swojego naturalnego odcienia włosów i jak tylko pojawiał się odrost kupowałam kolejną tubkę farby. Na szczęście poszłam po rozum do głowy i zdecydowałam się na rozjaśnianie do brązu, a chwilę później  zaprzestałam farbowania całkowicie. Jak to się stało? Jak zapuściłam naturalny kolor włosów i czy w ogóle było warto? O tym przeczytacie w dalszej części wpisu.

Moje włosy obecnie, po nocnym olejowaniu i wysuszeniu suszarką na szczotce Tangle Angel PRO

Może wydać się to dziwne, ale do rezygnacji z farbowania namówił mnie mój fryzjer. To również on przekonał mnie do tego, że mój naturalny odcień włosów da się lubić i generalnie natura czasem wie co robi. :-) Jeśli się nie mylę, ostatni raz nakładaną farbę miałam pod koniec listopada 2014 roku, czyli prawie 3 lata temu. Kolor brązu miałam dobrany na tyle dobrze, że odrost nie był widoczny i idealnie stopił się z wypłukującą się farbą. Dziś absolutnie nie żałuję tej decyzji i jestem Maćkowi niesamowicie wdzięczna i że przez systematyczne podcinanie udało mi się całkowicie pozbyć farbowanych końców, choć nie wykluczam, że wkrótce na koloryzację zdecyduję się ponownie. Ilość siwych włosów powoli zaczyna mnie przytłaczać, a pojedyncze srebrne pasma coraz częściej zaczynają rzucać się w oczy (nieważne, że tylko w moje ;-)). 

Jak zmieniły się moje włosy bez farbowania? Co pozostało bez zmian?

✓ Moje włosy są w zdecydowanie lepszej kondycji - mniej się łamią, mniej plączą, są bardziej miękkie w dotyku i lepiej się układają. Końcówki praktycznie się nie rozdwajają, nie są przesuszone, szorstkie i popalone. 
✓ Znacznie zmniejszyła się porowatość - moje włosy raczej nigdy nie będą gładką taflą, zawsze jakiś kosmyk odstaje, albo baby hair żyją własnym życiem, ale odkąd zaprzestałam katowania ich farbą praktycznie wcale się nie puszą, są wygładzone i bardziej śliskie w dotyku. Nie potrzebuję prostownicy, aby były proste, mogę je z powodzeniem układać na szczotce. Jedynie od święta prostuję jakieś pojedyncze, wywijające się końce.
✓ Nie mam płaskiego hełmu na głowie - jednolity kolor, szczególnie farbowana czerń zawsze wygląda bardzo płasko i sztucznie. Naturalny kolor ma różne odcienie, niektóre pasemka są jaśniejsze od słońca, inne odrobinę ciemniejsze. Taka wielowymiarowość podoba mi się o wiele bardziej. 
✓ Widocznie szybszy porost włosów - naturalnie włosy znacznie szybciej mi rosną, chociaż nie, być może rosną tak samo, ale mniej się kruszą i łamią na końcach, przez to efekt jest mocniej dostrzegalny. 
✓  Włosów wydaje się być mniej - choć moje włosy wypadały bardziej za czasów farbowania, teraz jest ich jakby mniej. Wydają się też cieńsze. Czarna farba oblepiała każdy kosmyk dookoła i przez to włosy wizualnie były gęstsze i grubsze. 
✓ Nadal nie ma wymarzonego połysku - niestety moje ciągnące się problemy ze zdrowiem i wahania hormonalne odbijają się na kondycji włosów, które jak to określił fryzjer obecnie są dość "zmęczone i brakuje im życia".  Wciąż brakuje mi więc połysku, który po tuż po farbowaniu zyskiwał na sile. Pracuję nad jego odzyskaniem, ale nie pomagają mi w tym również problemy skóry głowy i konieczność stosowania leczniczych szamponów przeciwłupieżowych o dość silnym działaniu.
✓ Włosy mocniej i szybciej się przetłuszczają - kiedy je farbowałam przetłuszczały się od nasady, później zaczęły coraz mocniej, a teraz, gdy ich porowatość się zmniejszyła oraz dołączyły do tego wahania hormonalne, muszę myć włosy codziennie. Na drugi dzień mam bowiem smętne strąki, błyszczące na kilometr, którym nawet suchy szampon nie pomoże.
✓ Szybsza utrata objętości - przez to, że włosy są cieńsze, szybciej się przetłuszczają i mają niższą porowatość, szybciej tracą swą objętość po umyciu. 
✓ Siwe włosy są moją zmorą - gdy farbowałam włosy widziałam pojedyncze siwe odrosty, ale była to naprawdę rzadkość, no i na bardzo małym odcinku. Obecnie coraz częściej odnajduję długie, srebrne pasma, a w przeciągu ostatniego miesiąca mam wrażenie, że jest ich jakby więcej, co nieco mnie frustruje. :(  Z tego też powodu zaczynam myśleć o ponownym farbowaniu.
✓ Mam więcej pieniędzy i czasu - to chyba oczywiste, że rezygnacja z farbowania to ulga dla portfela, szczególnie, gdy regularnie korzystałyśmy z usług fryzjera. Ja i tak miałam ten komfort, że nie musiałam biegać do salonu, czy sięgać po drogeryjną farbę  (no dobra, na początku wydało mi się, że musiałam i czernią traktowałam całe włosy!) co miesiąc, bo kolor się nie odcinał. Dochodzi do tego oszczędność czasu, który można spożytkować chociażby na pielęgnację. ;-)

moje włosy w czerni i po pierwszym rozjaśnianiu
Jak pozbyłam się czerni?

Powyżej widzicie moje włosy za czasów czerni. Co z tego, że były długie, jak końce były strasznie przerzedzone i suche, a włosy mocno pogniecione. Zdjęcie z prawej strony przedstawia natomiast włosy tuż po pierwszym rozjaśnianiu. Do tej pory nie wiem jak mój fryzjer wyczarował mi taki brąz z czerni. Ogólnie, do dziś nie do końca ogarniam co się wtedy stało, bo w tym temacie jestem zielona, ale dekoloryzacja zawsze kojarzyła mi się ze ściąganiem koloru do żółtka i następnie nałożenia farby, a tu nic takiego nie miało miejsca. :D Kilka miesięcy później miałam jeszcze jedno farbowanie (właśnie w listopadzie 2014), by wyrównać różnice i koniec. Wtedy zaczęło się moje zapuszczanie naturalnych.

Jeśli szukacie sprawdzonego fryzjera w Szczecinie, polecam @maciej.jastrzebski na instagramie!

Rady dla osób chcących wrócić do naturalnego koloru włosów:

→ Pozwól farbie maksymalnie się wypłukać. Przeciągaj moment farbowania jak najdłużej!
Wybierz się do sprawdzonego, zaufanego fryzjera na dekoloryzację! Niech dobierze Ci kolor jak najbardziej zbliżony do Twojego naturalnego odcienia. Nie zawsze uda się to za pierwszym razem. Czasem potrzebnych jest kilka wizyt w salonie. Możliwe też, że początkowo będą to delikatne refleksy/pasemka. Sposobów jest sporo, dobry fryzjer powinien dobrać odpowiedni dla Ciebie i Twoich pasm. 
→ Jeśli się nie znasz, nie masz doświadczenia, nie czujesz tematu, nie kombinuj sama w domu. Chyba nie chcesz wylądować z dziwnym kolorem, bądź po prostu spalić włosów?
→ Zapuszczaj, dbaj, przyspieszaj porost, ścinaj i tak w kółko. :-) Dobrze dobrana farba po jakimś czasie idealnie zgra się z odrostami, nawet jeśli nie odcieniem, to tonacją.
→ Uzbrój się w cierpliwość. Wszystko wymaga czasu, a ten i tak upłynie, szybciej niż myślisz. :-) 

Choć moje włosy wciąż nie są idealne, nie żałuję tego kroku i uważam, że to była jedna z lepszych decyzji jakie mogłam podjąć. Pomijając lepszy stan pasm czuję się po prostu lepiej, młodziej i wydaje mi się, że w naturalnym odcieniu wyglądam bardziej delikatnie. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. :-)

Koniecznie dajcie znać jak to jest u Was! Farbujecie, czy nie? Jeśli tak, to samodzielnie, czy u fryzjera? 
Jesienne cele ♥

niedziela, września 24, 2017 25

Jesienne cele ♥

Jesień nadeszła, nie da się ukryć. Ja nie mam nic przeciwko, bo bardzo lubię ten czas. Niestraszny mi nawet chłód, deszcz, czy szaruga za oknem. Zawsze, to jakiś pretekst, by zakopać się pod kocem z kubkiem herbaty i nadrobić zaległości na ulubionych blogach. Jesienią zresztą mam zawsze więcej energii, przychodzą mi do głowy nowe pomysły i jakoś tak bardziej mi się chce. Zamierzam więc ten okres dobrze wykorzystać i sprawić, że najbliższe tygodnie będą piękne, na przekór wszystkiemu! Moje plany i jesienne cele do realizacji poznacie w dalszej części wpisu, zapraszam do lektury. :)


Czas się ogarnąć

Tak po prostu, całościowo zrobię ze sobą porządek. I nie, nie chodzi tutaj o jakieś odchudzanie, gubienie kilogramów, czy nagłe zrywy w temacie aktywności fizycznej. Chcę najzwyczajniej w świecie wypracować na nowo stały rytm dnia, własną rutynę, za którą cholernie tęsknię i mieć czas nie tylko na sprawy do załatwienia na wczoraj, ale też na prawdziwy odpoczynek, chwilę z książką, spacer, czy trening. Łatwo się zajechać, łatwo oddać siebie innym, zapominając, że to przecież własne JA powinno być najważniejsze. Chcę więc przede wszystkim zacząć chodzić na pilates, kłaść się spać o normalnej porze, a nie o 3 nad ranem, wrócić na masaże, zrobić wszystkie badania, z którymi zwlekam i przede wszystkim załatwić wszystkie niedokończone sprawy, które nade mną wiszą. Jestem mistrzem w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę i generowania sobie zaległości. Uciekam od sytuacji i rzeczy, których nie chcę lub nie lubię robić odkładając pewne działania na później. W niczym to nie pomaga, wręcz przeciwnie, gryzie od środka i nie pomaga się zrelaksować, więc czas załatwić, to co załatwienia wymaga. I tyle. ;) 


A może morze?

Kocham polskie morze. To moje miejsce na ziemi. Działa niezwykle relaksująco, kojąco i odprężająco. Przechadzając się brzegiem plaży, słysząc szum fal odpoczywam najbardziej. Na szczęście nad Bałtyk mam blisko, ale zdecydowanie za rzadko tam bywam. Czas to zmienić. Poprzedni weekend spędziłam w przepięknej Ustce, a jesienią z chęcią wybiorę się w jakieś kolejne, nieznane mi dotąd nadmorskie miejsce!





10 000 kroków dziennie

Odkąd przez przypadek odkryłam w moim nowym telefonie aplikację, która mierzy ilość kroków zaczęłam jakoś bardziej dbać, o to ile ich robię w ciągu dnia. To fajna motywacja, by więcej się ruszać, bo pracując w domu łatwo się zasiedzieć. Mój cel, to 10000 kroków dziennie. 

Codzienne pisanie i robienie zdjęć

Nie chodzi tu wyłącznie o aktywność związaną z blogiem. Po prostu regularne pstrykanie i pisanie po pierwsze jest dla mnie czystym relaksem, po drugie sprawia, że nabiera się wprawy, rozpędu i wszystko jakoś tak bardziej gładko idzie, a po trzecie jest fajnym treningiem, no a przecież to niby on czyni mistrza, prawda? :) Nie ukrywam jednak, że bardzo chcę wypracować sobie blogowy rytm publikacji, o czym już wspominałam w migawkach. Póki co idzie mi kiepsko, ale właśnie zamknęłam dwie sprawy, które przez wiele miesięcy zaprzątały moją głowę, więc będzie poprawa. ;) I niesamowicie mnie to cieszy.


Celebrowanie jesieni

Chcę przeżyć jesień świadomie, bez poczucia, że czas przecieka mi przez palce. Cieszyć się małymi przyjemnościami, dostrzegać pierwsze spadające liście, pójść na długi spacer do kolorowego lasu i ugotować krem z dyni. Spokojnie, bez pośpiechu. Taki jest plan. Chyba nawet zrobię sobie listę miłych drobnostek do odhaczenia tuż przed nadejściem zimy - może się nią z Wami podzielę? Co Wy na to? :)


I to już wszystko. :) Gdybym całość miała podsumować w kilku słowach, to moim głównym celem tej jesieni jest zwolnienie tempa i sprawienie, by po kiepskiej wiośnie i fatalnym lecie był to po prostu fajny czas. Nie dam się szarudze, niskiej temperaturze i coraz krótszym dniom. Was zachęcam do tego samo - nie prześpijmy tej jesieni, tylko wyciśnijmy ją jak cytrynkę! ♥

Koniecznie podzielcie się w komentarzach swoimi jesiennymi planami! Lubicie tę porę roku, czy z utęsknieniem odliczacie już do kolejnej wiosny i lata? ;-) 
Haul z Rossmanna

czwartek, września 14, 2017 32

Haul z Rossmanna

Dziś wpadam do Was z moimi ostatnimi zakupami z Rossmanna. Uzupełniłam braki i skusiłam się na kilka kosmetycznych nowości. Jeśli jesteście ciekawe jakie produkty wrzuciłam do koszyka, zapraszam do dalszego czytania!


Zacznę od makijażu, bo tutaj skusiłam się na trzy nowości, głównie z waszego polecenia. 

Pierwszy kosmetyk, to bananowy puder sypki od Wibo. Wiele z was go chwali, a ja szukałam akurat czegoś lekkiego i zarazem fajnie utrwalającego. Puder faktycznie ma delikatną formułę i na skórze nie jest zbytnio widoczny, a największym jego plusem jest fakt, że ładnie prezentuje się pod oczami - miękko i gładko. Dość słabo jednak trzyma mat na przetłuszczającej się skórze i wciągu dnia konieczne są poprawki. Moja cera ostatnio wariuje i niestety mam problem z utrzymaniem strefy T w ryzach, dlatego puder bananowy mi nie wystarcza. Z powodzeniem jednak stosuję go właśnie do utrwalania korektora pod oczami. Jeśli nie macie większych problemów z błyskiem, polecam!

Jedna z Was poleciła mi także Bielenda Make-Up Academie fluid Matujący MATT, więc niedawno chwyciłam najjaśniejszy odcień. Faktycznie numerek 0 jest przyjemnym beżem, który obecnie nawet dla mnie jest odrobinę za jasny (szok!), a wcale opalona nie jestem. Na okres jesienno-zimowy będzie idealny. Jakie mam wnioski po pierwszym użyciu? Konsystencja jak najbardziej na plus - kremowa i dość lekka.  Fluid dobrze się rozprowadza, nie tworzy maski i świetnie się ze skórą stapia. Ma średnie krycie, które można budować, ale aby przykryć większe zmiany konieczny będzie korektor. Przypudrowany utrzymał mat około 6 godzin, później strefa T uraczyła mnie błyskiem. Lekko wytarł się na nosie, ale mimo wszystko, do końca dnia wyglądał całkiem ok. Zobaczymy jak będzie zachowywał się dalej.

Skusiłam się także na pomadkę Eveline Cosmetics Velvet Matt Lip Cream w odcieniu 413. To kolor idealny na co dzień, widoczny na ustach, ale jednocześnie subtelny i odpowiedni na każdą okazję. Lubię takie niezobowiązujące zgaszone róże, które mogę nosić w torebce. Miałam wobec szminki wielkie oczekiwania, bo wiele z Was poleca tę linię. Nie zawiodłam się, choć nie jest to kosmetyk bez wad. Kolorek jest ładny, pigmentacja odpowiednia, komfort noszenia  i wykończenie (nie jest to płaski zastygający mat, raczej aksamitna, półmatowa warstwa) również, jednak drażni mnie nieco, że aplikator "chwyta" małą ilość produktu i muszę kilka razy zanurzyć go w opakowaniu, by uzyskać satysfakcjonujący mnie efekt. Tak, czy inaczej, uważam, że to jedna z bardziej przyjemnych drogeryjnych szminek tego typu.


Bardzo lubię perfumy Moschino I Love Love. To taki dziewczęcy, świeży, wakacyjny zapach (przypomina mi D&G Light Blue, ale jest mniej ostry), który towarzyszy mi od lat i chętnie do niego wracam. Ostatnio pojemność 100ml była w dobrej cenie w Rossmannie, więc długo się nie zastanawiałam. 


Nie mogło zabraknąć zapasu mojej ulubionej maseczki Bielenda Blue Detox, detox & nawilżenie, maska metaliczna do cery suchej i wrażliwej. Wiem, że nie u każdej z Was się ona sprawdza, ale ja nadal ją lubię. Świetnie rozpromienia, nawilża i koi moją skórę. Skusiłam się także na wersję srebrną Silver Detox, czyli maskę metaliczną do cery mieszanej i tłustej.




Wreszcie dorwałam też te nowe galaretkowe maski Bielendy! Długo nie było ich w moim Rossmannie. Pierwsza, to Bielenda matt booster jelly mask, czyli żelowa maseczka normalizująco-matująca, druga natomiast, to Bielenda hydro boost jelly mask, czyli żelowa maseczka ultra nawilżająca. Jeszcze nie miałam czasu ich użyć, ale wkrótce Wam o nich więcej opowiem! 


Uzupełniłam też braki w kosmetykach do włosów. Zdecydowałam się na sprawdzony duet z Isany Oil Care, czyli odżywkę do włosów bardzo zniszczonych i suchych oraz kurację olejową do włosów z olejkiem arganowym. Oba produkty znam, stosuję od kilku lat i lubię. Świetnie dbają o moje pasma i zapewniają im ładny, zdrowszy wygląd. Ułatwiają rozczesywanie, dociążają i minimalizują plątanie się. Dobre i tanie!

→10 za 10zł - tanie i dobre kosmetyki pielęgnacyjne


Kupiłam też dwufazową odżywkę Gliss Kur Ultimate Resist, która ma mi pomóc w rozczesywaniu włosów. Czasami tak się pioruńsko plączą, że nie mogę poradzić sobie z kołtunami. Mam takie jedno, szczególnie upierdliwe pasmo. Poza tym odżywki bez spłukiwania fajnie radzą sobie z elektryzującymi się pasmami i ujarzmiają odstające baby hair'y.


Ostatnim kosmetykiem jest żel pod prysznic Dove deeply nourishing, czyli klasyk marki. Nie wyróżnia się on jakoś specjalnie właściwościami pielęgnacyjnymi, ale uwielbiam go za zapach. Jest taki delikatny, odprężający i uspokajający po ciężkim dniu. A, że ostatnio znów chodzę spać koło 3 nad ranem, to taki relaksujący prysznic jest dla mnie jedną z niewielu chwil tylko dla mnie. ;) 


I to już całe moje zakupy! Dajcie znać, co ciekawego Wy ostatnio kupiłyście. Skusił Was Rossmann swoimi promocjami? :)